dziś pożegnałam 6-ty kilogram ciała i pomyślałam, że właściwie mogę
sobie pozwolić na jakieś uogólnienia...
po pierwsze biorę Meridię, więc nie odczuwam głodu, a to jest
(przynajmniej w moim przypadku) niezwykle istotne. Nie każdy może to
świństwo połykać, bo niestety ma mnóstwo skutków ubocznych... znam
panienkę ok. 30-tki, która niestety popadła w uzależnienie od
niejedzenia i dziś wygląda jak szkielet

((
odkryłam, że niejedzenie węglowodanów dobrze mi robi, choć tak na
marginesie, uwielbiam kluchy, ziemniaki, pieczywo, kasze, ryż itp...
nigdy nie jadałam słodyczy, bo nie lubię. Od 6 tygodni nie tknęłam
nawet grama węglowodanów, że o cukrze nie wspomnę...
Ostatnio nawet śniło mi się, że przez nieuwagę, zjadłam kawał
szarlotki, której, nota bene, prawie nie jadam, bo mnie po każdym
słodkim kwasi jak diabli...

((
tak więc tworzę coraz to bardziej proste wersje kombinacji sałaty w
odmianach (lodowa, endywia, roszponka, radicchio i szpinak) z
pomidorami, cykorią i papryką, czasem jakieś kiełki. Plus "Fix" do
sałatek z błonnikiem, oliwa i ocet balsamiczny.
Rano do tego chude twarogi, szynka lub jajko. Na obiad, grillowane
cycki kurze lub indycze, albo ryba z wody, czasem bób, albo jakaś
forma "chińczyka". I tyle. Podejrzewam, że chudnąc, jednocześnie
dramatycznie osłabiam organizm, ale jeszcze tylko miesiąc, ciekawa
jestem, czy po takiej diecie, mój cholesterol będzie wzorowy???