Dodaj do ulubionych

pomozcie bo sama sobie juz nie radze...

24.08.06, 16:43
Jestem juz zalamana, jest we mnie tyle zlosci i gniewu, to mnie zzera i nie
daje rady. Dzis mi matka powiedziala, ze ciezko im ze mna zyc i to mnie
dobija. Mam jakas depresje, jest mi strasznie zle, jestem na jakims zakrecie
zyciowym. Rozumiem, ze moze im byc ze mna zle, ale staram sie. W kazdym razie
schodze wszystkim z drogi, a i tak zdarza im sie na mnie warczec. Sama nie
wiem co mam robic. Wrocilam teraz do domu po studiach, ale planuje znowu
wyjechac, daleko stad, zeby nie musieli sie ze mna meczyc. Najchetniej bym
wyjechala daleko, na inny kontynent, zaczela wszystko od nowa, ale to chyba
nie mam sensu, a ja sie boje. Mam niestety niskie poczucie wlasnej wartosci,
bardzo niskie. Mam chyba jakas depresyjna osobowosc, bo czesto mam takie stany
chandry, ze najchetniej bym siedziala sama. Tez dlatego, ze zawsze sie boje,
ze komus pospuje humor, choc nie mam takiech intencji. Moja matka nigdy mi nie
powiedziala, zebym poszla do jakiegos teraupeuty, pogadala z kims. Zawsze
tylko slyszalam, ze jestem za wrazliwa, za taka, za owaka, itd. nigdy jednak
nie powiedziala mi jak mam z tym walczyc. Wbila mi tylko do glowy, ze ciezko
ze mna zyc. Boze ja sie naprawde nadaje chyba tylko na bezludna wyspe, po co w
ogole ktos z taka osobowoscia jak ja ma zyc, spoleczenstwu nie jest potrzebny.
Nie mam juz sily, nie radze sobie :(((
Obserwuj wątek
    • beata2802 Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 24.08.06, 16:48
      Wyprowadź się gdzie pieprz rośnie od takiej matki, która podcina Ci skrzydła.
      • malgorzata_i_mistrz Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 24.08.06, 16:50
        Nie pomoże, skrzydła już podcięta.

        Smętna, mam dla Ciebie trzy rady: po pierwsze dobry terapeuta, po drugie dobry
        terapeuta, po trzecie dobry terapeuta.

        ___________________________

        They called me mad, I called them mad, and damn them, they outvoted me.
        • smetna Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 24.08.06, 17:13
          Ja juz sama nie wiem czy nawet terapeuta mi pomoze. Mam 26 lat i wydaje mi sie,
          ze zbyt gleboko mam wszystko zakodowane, ze jestem slaba i zla. Chyba te lata
          zycia, ktore sa pdobno najfajniejsze mam za soba. Co gorsza, skonczylam studia
          jakie zasugerowali mi rodzice (inaczej nie mialabym zycia z nimi). Teraz po
          studiach nie wiem co dalej, siedze w domu juz dwa miesiace, sparalizowana
          strachem, jestem przerazona tym, ze mam szukac pracy, nie wiem nawet jak sie do
          tego zabrac. To tez mnie dobija, pewnie przez to mam te doly, moja mama juz
          chyba patrzec na mnie nie moze. Za kilka dni ona wyjezdza i jesli starczy mi sil
          i odwagi, to wykombinuje tak, zeby sie wyprowadzic z domu, zanim ona wroci. A
          potem to sie moze na swieta zobaczymy, bo pojade chyba za granice. Bardzo sie
          boje, bo nie mam takiej osoby na swiecie, ktora by mnie zaakceptowala i
          przytulila, niezaleznie od tego jak mi jest, co nabroje, itd. Kiedy jestem poza
          domem tesknie bardzo za rodzina, ale jak jestem z nimi, to po dwoch dniach mam
          dosyc. Boje sie, ze cale zycie zmarnuje przez takie myslenie, ale nie wiem jak
          to zmienic, na czym sie oprzec, bo na kim to nie mam. Na rodzicach nie moge, ich
          jedyna rada to zawsze taka ze musze byc silna, wyplakac sie nie moge, bo to
          oznaka slabosci. A mi czasem jest tak zle... Przepraszam za tak narzekam. :(
          • malgorzata_i_mistrz Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 24.08.06, 17:22
            Oj dziewczyno, Ty chyba nie wiesz, z jakich problemów można się wyterapeucić...
            Słuchaj, chodzę na terapię od lat. Nie twierdzę, że jest to łatwe, proste i
            przyjemne, że trwa krótko i natychmiast rozjaśnia świat. Wręcz przeciwnie, to
            qrewsko skomplikowany proces, bez natychmiastowych efektów, ale w przypadkach,
            kiedy sprawy zaszły za daleko - śmiem twierdzić, że konieczny.
            Jak na moje oko, to popełniasz ten sam błąd co ja przez długie lata -
            uzależniasz swoje poczucie własnej wartości, samopoczucie i te pe od tego, co
            zewnętrzne. W twoim przypadku - od wyprowadzki z domu, w moim było to coś
            innego. A potem panika, bo jak to - to się ułożyło, a ja nadal taka sama? Być
            nie może. Kilka lat szarpania się ze sobą i prób doskakiwania do tego, co miałam
            za ideał, a potem kryzys, załamanie, ogólna chu.jnia.
            Nie tędy droga.

            ___________________________

            They called me mad, I called them mad, and damn them, they outvoted me.
            • smetna Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 24.08.06, 17:29
              malgorzata_i_mistrz napisała:

              > Oj dziewczyno, Ty chyba nie wiesz, z jakich problemów można się wyterapeucić...
              >
              > Słuchaj, chodzę na terapię od lat. Nie twierdzę, że jest to łatwe, proste i
              > przyjemne, że trwa krótko i natychmiast rozjaśnia świat. Wręcz przeciwnie, to
              > qrewsko skomplikowany proces, bez natychmiastowych efektów, ale w przypadkach,
              > kiedy sprawy zaszły za daleko - śmiem twierdzić, że konieczny.
              > Jak na moje oko, to popełniasz ten sam błąd co ja przez długie lata -
              > uzależniasz swoje poczucie własnej wartości, samopoczucie i te pe od tego, co
              > zewnętrzne. W twoim przypadku - od wyprowadzki z domu, w moim było to coś
              > innego. A potem panika, bo jak to - to się ułożyło, a ja nadal taka sama? Być
              > nie może. Kilka lat szarpania się ze sobą i prób doskakiwania do tego, co miała
              > m
              > za ideał, a potem kryzys, załamanie, ogólna chu.jnia.
              > Nie tędy droga.



              Malgorzato, a moglabys mi krotko napisac jak sie szuka dobrego terapeuty?
              Popytac nie moge, bo nie mam kogo, nie chce tez zeby to sie wydalo (tzn. zeby
              rodzice wiedzieli, jeszcze nie teraz). Zreszta nikt kogo znam nie chodzi do
              terapeuty, wszyscy sa "poskladani", nie to co ja. W internecie jest mnostwo
              nazwisk i adresow, nie wiem na co mam zwrocic uwage, jaki powinien miec warsztat
              taki psycholog, czym sie kierowac w poszukiwaniach.
              • malgorzata_i_mistrz Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 24.08.06, 17:49
                Nawet lekarza pierwszego kontaktu? Oni zazwyczaj mają swoje listy.
                Trudno radzić na odległość, to, co się sprawdza w przypadku jednego człowieka,
                nie sprawdzi się w przypadku drugiego. Tak ogólnie to trzeba sprawdzać
                certyfikaty, doświadczenie i rozmawiać, żeby się przekonać, czy terapeuta będzie
                Ci odpowiadał podejściem i temperamentem. I nie zrażać się w razie niepowodzeń.

                ___________________________

                They called me mad, I called them mad, and damn them, they outvoted me.
          • iza30_1979 Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 24.08.06, 20:07
            ty masz 26 latek
            moja mama niala 45 lat jak ja na sile prowadzilam do lekarza tzn
            ona siedzial w jednym pokoju a lekarz czekal na nia w drugim pokoju za sciana
            ona twierdzila ze jest juz tak nienormalna ze nic jej nie pomoze najlepiej by
            bylo jak by ze soba skonczyla bo nic sie jej nie udaje i takie tam
            i po chwili zdecydowala ze pojdzie do pokoju gdzie jest lekarz ale tylko po to
            aby mi udowodnic ze nawet terapeta jej nie pomoze
            i jaki wynik dzis jest jak nowo narodzona po 9 miesiecznej terapi wrocila do
            pracy ma zupelnie nowe nastawienie jest bardziej otwrta wedlug mnie stala sie
            mlodsza o 20 lat
            i nie zaluje tej decyzji do dzis mi dziekuje ze wlasnie w tamtej chwili
            przyprowadzilam lekarza do domu mimo jej sprzeciwu
            TY jestes mloda wiec tym bardziej udaj sie jak najszybciej do terapety uwierz w
            obecnych dniach srednio co 3 mloda dziewczyna miewa stany depresyjne w wiekszej
            i mniejszym stopniu a terapeta ci pomoze
            MASZ PRZED SOBA CALE ZYCIE WIELE CUDOWNYCH I WSPANIALYCH CHWIL WIEC NIE MARNUJ
            ICH

            p.s. zawsze mozesz pisac na moja poczte sluze pomoca
            trzymam kciuki :)))))
            • nupik Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 24.08.06, 20:42
              ja tez jestem za terapia. sama ja przeszlam, pozornie problem dotyczyl
              malzenstwa a i tak doszlam do matki i do tego ze mam w sobie taka niesamowita
              zlosc ze cale zycie podcinala mi skrzydla i traktowala jak konkurentke do
              wzgledow ojca. przerobilam to, trwalo to 4 lata. zaczelam w twoim wieku, teraz
              mam 30 lat i moge isc spokojnie z mama na spacer. nigdy nie bedzie moja
              przyjaciolka, ale symbolicznie jej wybaczylam i zyje mi sie od tego czasu o
              wiele lepiej. nie lubie nadal sie do niej przytulac i nadal mnie denerwuje ale
              juz jej slowa nie rania. powiedzialam jej wprost o moich uczuciach, na 3 lata
              oddalilam sie od niej (fizycznie, wyjechalam za granice) i to pomoglo. nie
              oczekuj zmiany, walcz o siebie. co do szukania terapeuty to najlepszy jest z
              polecenia, ale mozna poszukac w osrodkach.trzymaj sie i uwierz, dopeiro
              zaczynasz zycie
              aga
              • smetna prosba do nupik 24.08.06, 23:07
                Nupik, czy mozesz mi napisac, czy ten Twoj terapeuta to psycholog,
                psychoteraoeuta czy po prostu psychiatra? Nie wiem do kogo uderzyc...

                Acha, jesli jeszcze mozesz, napisz mi prosze czy po takich sesjach
                terapeutycznych musialas tez rozmawiac z mama (jako "zadanie domowe"). Czy po
                prostu taki terapeuta prostuje czlowieka, czy tez kaze mu rozgrzebywac stare
                rany i np. naprawiac stosunki z matka. Chyba bym umarla gdybym musiala to
                robic... Ona pewnie tez...
    • oxygen100 Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 24.08.06, 21:28
      no pewniejest Ci ciezko. Ale pomysl ilu jeszcze samcow do zaliczenia przed
      Toba:P:P ale dopoki sie nie pozbierasz zaden Cie nie przeleci:P:P
      • agawka77 Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 24.08.06, 22:16

        Nie zwrcaj uwagi na >oxygen<, on/a już tak ma.

        A poza tym ja też podpisuje się pod terapią. To wszystko może zmienić, choć
        będzie wymagało od ciebie wielkiej pracy. Uwierz mi, nie ma osób, które mają
        same wady, więc na pewno nie jest z tobą tak źle... :) a na początek - wypisz
        sobie na kartce listę cech, za które można cię lubić - nie udawaj, że takich
        nie masz, nie, nie słucham żadnych wykrętów - zrób sobie taki folder reklamowy
        własnej osoby. To dziecinne, ale pomaga. Może wcale nie jesteś tchórzem, tylko
        jesteś do bólu rozsądna, a to juz coś. Jesteś bardzo (nad?-)wrażliwa - tyle
        wywnioskowałam z twoich postów, a to też coś. Dzisiejszemu światu brak
        wrażliwości. A ty ją masz! Masz jakiś talent? Piszesz wiersze? Malujesz?
        Spróbuj dać ujscie negatywnym emocjom w tym, co umiesz robić. Uważam, że
        podstawa to choć trochę polubić siebie. Ale do tego potrzebujesz terapii...
        Proszę cię, pomóż sobie. Już widzę, czuję, że jesteś fajna i miło byłoby cię
        znać. A ogólne stwierdzenie "jestem beznadziejna" właściwie nic nie znaczy.
        • oxygen100 Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 24.08.06, 22:36
          no przeciez trzeba dziewczynie wyeksponowac dobre strony zycia. Terapia to nic
          fajnego i nie zawsze daje oczekiwany efekt. Jesli ktos nie zechce znalezc w
          sobie tyle sily abo pomoc samemu sobie aden terapeuta niewiele tu pomoze.
          przerabialam to na wlasnej skorze niestety. A Ona o tym sama wie ze musi isc na
          te terapie to po mlocic ten temat bez konca.
        • smetna Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 24.08.06, 22:46
          Dziekuje Wam bardzo za wszystkie slowa pociechy. Milo tak, ze ktos sie martwi,
          zebym sie pozbierala :)
          Rano mialam nieprzyjemna sytuacje, nie wiem skad ale nagle wstapila we mnie
          straszna zlosc, wscieklam sie i troche za mocno zareagowalam, niestety na ulicy.
          Mama mi powiedziala, ze te moje wybuchy gniewu sa nienormalne (to jest nowosc,
          bo dotad zawsze bylam za spokojna), ze obawia sie ze juz nie wierze w zadne
          wartosci, w nic, ze szkodze sobie sama. Na moja uwage, ze mi to nie przeszkadza
          (co nie jest prawda, ale sie miotam i nie moge tego opanowac) powiedziala, ze im
          (rodzinie) to przeszkadza, ze to w jakis sposob psuje tzw. "rodzinna sielanke".
          Mialam na koncu jezyka, ze niedlugo beda mieli spokoj, bo sie znow wyprowadze,
          ale juz nic nie powiedzialam, zeby nie pogarszac. Zepsulo mi to humor na caly
          dzien, jest mi glupio ze sie tak zachowalam, ale nic na to nie poradze, stalo
          sie i czasu nie cofne. Teraz mnie gryzie, ze jestem wstretnym czlowiekiem. Przez
          wiekszosc dnia odzywalam sie do mamy zdawkowo, a wieczorem sie mnie spytala czy
          chce pogadac. Chyba pierwszy raz w zyciu jej powiedzialam ze nie. Nigdy jej nie
          odmawialam, zeby jej nie bylo przykro i sie na mnie znow nie obrazala (moja
          zmora przez cale zycie), ale taka rozmowa polegala zawsze na prawieniu mi
          moralow, co robie zle i na moim ryczeniu, ze jestem taka wstretna. Wiec tym
          razem jej odmowilam. Wiem ze bylo jej przykro, ale ja juz bym tego nie zniosla.
          Teraz mam wyrzuty sumienia, ze jej odmowilam, ale z drugiej strony nie mam juz
          sil sie podkladac.
          Boze jak ja ludziom zazdroszcze normalnych cieplych kontaktow z matka. Moja mama
          miala cale zycie pretensje do swoich rodzicow, ze zostala przy nich a nie
          pojechala za swoim mezem (do pracy). Cale zycie tego wysluchiwalam, ona mi
          mowila, zebym nigdy nie zrobila podobnego bledu, jednoczesnie (chyba
          podswiadomie) wychowywala nas tak, zebysmy mieli zakodowane, ze trzeba sie
          trzymac domu. Od paru lat walcze z tym, zeby odciac ta "pepowine", ale nie daje
          rady. Teraz mi sie wszystko wali na glowe i nie mam juz sil. I nawet checi zeby
          to zmienic.
          Przepraszam za slowotok, pewnie i tak nikomu sie nie chce tego czytac.
          • martabg Przepraszam, że żyję? 24.08.06, 22:55
            "pewnie i tak nikomu nie chce się tego czytać...", "przepraszam za to, za
            owamto", "jestem taka beznadziejna"...

            Ciężko się czyta takie posty, chociaż na forum depresji są już uodpornieni.
            Wiesz, że jest źle, więc zrób coś. Wiesz, że masz problem nie od dzisiaj,
            zacznij coś z tym robić.
            Wejdź na "depresję". Tam poszukaj listy psychologów, terapeutów. Umów się na
            wizytę i zacznij coś robić z własnym życiem. Wyprowadź się od matki. Nie masz
            za co? Idź do pracy, ale najpierw pomyśl, że ci się coś uda, że do czegoś się
            nadajesz.
            Sama pewnie zauważyłaś, że z mamą lepiej się żyło, jak nie mieszkałaś w domu.

            I nie wkręcaj sobie robali, że jesteś wstrętnym człowiekiem.
            Takim myśleniem sobie nie pomożesz.

            Piszę z własnego doświadczenia. Kiedyś doprowadziłam się do takiego stanu, że
            mąż kazał mi się pakować, bo już nie wiedział, co ma ze mną robić...
            Wszystko siedzi w głowie. Pozytywnymi myślami można dużo zdziałać.
            A jak mnie nimi, to pozostają antydepresanty;)


            Głowa do góry.
            I szukaj pomocy tam, gdzie możesz ją uzyskać.
    • oxygen100 Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 25.08.06, 08:17
      mi pomoglo spakowanie dupy w troki i wyjazd do Stanow. Ale moje promblemy byly
      malzenskie i nie dotyczyly stosunkow z rodzicami. Pobylam sama, przemyslalam
      wszytsko. Jak skonczyl mi sie kontrakt wracalam z dusza na ramieniu co dalej.
      Ale dalej bylo dobrze. Niestety kase ktora wydalam na terapie wolwlabym wydac
      na pojscie z kolezankami na drinka. Wieeeele razy :))
      Rozumiem ze jednak chcesz zeby wkrotce Cie ktos przelecial:))
      grzeczna dziewczynka:P
      • fireexit1 Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 25.08.06, 10:37
        oxygen100 daj se na luz :-(((((

        nie wszyscy sa takimi seksocholikami jak ty.
        Nieraz gadasz fajnie i zabawnie ale chyba nie widzisz granicy kiedy przestac i
        jest za duzo co?
    • mrowkojad2 Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 25.08.06, 10:51
      Smetna, napisałaś, cos takiego: "Moja matka nigdy mi nie
      powiedziala, zebym poszla do jakiegos teraupeuty, pogadala z kims. Zawsze
      tylko slyszalam, ze jestem za wrazliwa, za taka, za owaka, itd. nigdy jednak
      nie powiedziala mi jak mam z tym walczyc."
      Przeciez to nie matka ma cię za rękę zaprowadzic do terapeuty, jeżeli odczuwasz
      taką potrzebę albo konieczność, to idź, pomóż sobie.
      Ja również mam bardzo trudne relacje z matką, zupełnie nie mam potrzeby
      kontaktowania się z nią, przez kilka lat wcale z nią nie rozmawiałam ani się
      nie widywałam, a wcześniej, kiedy byłam młodsza, robiła mi piekło,
      nienawidziłam jej. Nawet teraz, mimo że jakoś te kontakty doprowadziłysmy do
      porządku, to prawie się nie widujemy, a po każdej rozmowie telefonicznej jestem
      rozbita.
      • kachaa17 Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 25.08.06, 11:22
        Ja też wg mojej mammy zawsze byłam nadwrażliwa, i byłam zła (w sensie złości)
        po ojcu. I mama mi mówiła: ja nie wiem jak ktos z tobą wytrzyma. Tzn. że jestem
        cieżka we współżyciu. A dopiero parę dni temu moja mama obejrzała film o dda
        (dorosłych dzieciach alkoholika) i doznała wstrząsu. Powiedziała mi, ze wie
        jaką krzywdę mi wyrządziła i ze prosi o wybaczenie. A ja juz od 3 lat chodzę na
        terapię. Od kiedy dowiedziałam sie, ze to nie moja wina, ze taka jestem i ze to
        nie moja nadwrażliwosć jest przyczyna mojej nerwicy tylko picie ojca i
        sytuacja w domu z tym związana. Jeśli u ciebie w domu równiez był alkohol to
        mogę cie podać namiary i na psychologa i na psychiatrę. Aha tylko nie wiem skąd
        jesteś. Ja mieskzam w Warszawie
        • smetna Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 25.08.06, 11:40
          Kachaa17, nie u mnie nie bylo alkoholu w rodzinie. Raczej taki problem, ze moja
          mama nie umiala sie oderwac od swoich rodzicow i zaczac zycia z mezem. Patrzyla
          przede wszystkim na to, zeby byc blisko swoich rodzicow, no bo gdyby jej
          potrzebowali... Moj ojciec chcial natomiast wyjechac z Polski do pracy (tu nie
          mial, a poza tym ciagnely go tez troche jego zagraniczne "korzenie"). Efekt jest
          taki, ze moj ojciec i tak pojechal, bo tu nie mial pracy, mama zostala w Polsce
          blisko swoich rodzicow, my widywalismy ojca 1-2 razy na miesiac. I choc wiem, ze
          moj ojciec jest kochany, ciezko pracuje zebysmy mieli dobre zycie, to jest mi w
          sumie obcym czlowiekiem i nie potrafimy ze soba raczej rozmawiac.
          A mama jest dzis sfrustrowana, bo jest sama. Ojciec nadal bywa 1-2 razy na
          miesiac w domu, babci juz nie ma, dziadkowi jest obojetne kto sie nim zajmuje,
          bo ma demencje. Dzis moja mama zaluje tamtych dedyzji, jednoczesnie wychowala
          nas tak, zebysmy powielili jej bledy.
      • smetna Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 25.08.06, 11:29
        mrowkojad2 napisała:

        > Smetna, napisałaś, cos takiego: "Moja matka nigdy mi nie
        > powiedziala, zebym poszla do jakiegos teraupeuty, pogadala z kims. Zawsze
        > tylko slyszalam, ze jestem za wrazliwa, za taka, za owaka, itd. nigdy jednak
        > nie powiedziala mi jak mam z tym walczyc."
        > Przeciez to nie matka ma cię za rękę zaprowadzic do terapeuty, jeżeli
        odczuwasz taką potrzebę albo konieczność, to idź, pomóż sobie.



        No wiem, tylko ja tak mam od kiedy jestem nastolatka. Majac 15 lat, w zyciu nie
        wpadlabym na pomysl, zeby isc do terapeuty jesli rodzice tego nie pochwalaja. U
        mnie w domu zawsze sie wyznawalo zasade, ze nie pierzemy brudow rodzinnych poza
        domem, nawet u lekarzy (ktorych obowiazuje przeciez tajemnica lekarska!). Zdaje
        sobie sprawe, ze niektorzy pomysla, ze jestem nienormalna, ze sie z tym mecze
        zamiast dzialac, ale sprobujcie zrozumiec, jesli sie od urodzenia zyje wg
        jakichs tam zasad narzuconych przez rodzicow i jest sie przekonanym, ze te
        zasady sa jedynymi slusznymi, to ciezko sie tak z dnia na dzien zmienic. Mi
        rodzice wpoili, ze ich zasady i racje sa jedynymi slusznymi i ich mam sie
        trzymac, bo inaczej w zyciu zgine. Wiem, taka zahukana jestem.
        Pozdrawiam.
        • kiecha3 o co ci tak na prawdę... 25.08.06, 20:23
          chodzi.. dziewczyno.. opisałas sytuację... sama stwierdziłas że jest źle... a
          jak ci ludzie dają rady.. to wybrzydzas.. ze niby takie zasady...

          sama piszesz ze te zasady sa złe.. moze nie czekaj aż ktoś cie za rączkę
          zaprowadzi na ta terapię.. moze przestań wszystko rozrtrząsać...moze zajmij się
          swoim życiem .. a nie tylko narzekasz i szukasz dziury... staram się cię
          zrozumiec i nie umiem.. Nielubie siedzieć i beczec do poduszki.. rusz zad i coś
          zrób.. najwyżej sobie powiesz "próbowałam cos zmienić"...
          nikt nie ponosi odpowiedzialności za twoje życie. ono jest twoje i tylko
          twoje.. i to od ciebie zalezy jakie ono będzie.. przepłakane i pełne użalania
          sie nad sobą.. jaka to ja jestem niedubra,,, nikt mnie nie kocha, wszyscy na
          mnie plują... czy sewołe kolorowe i pełne.. jezeli nie miłości to chociaz zajęć
          ciekawych i absorbujących.. np sport...

          dasz sobie rade.. wierzę w ciebie.. tylko zacznij działac...
          • smetna Re: o co ci tak na prawdę... 25.08.06, 20:55
            kiecha3 napisała:

            > chodzi.. dziewczyno.. opisałas sytuację... sama stwierdziłas że jest źle... a
            > jak ci ludzie dają rady.. to wybrzydzas.. ze niby takie zasady...

            Nie wybrzydzam, tylko chcialam sie wyzalic. A ze nie mam komu, to zostaje forum.
            Wiem, ze masz racje, ja tylko po prostu musze w sobie bardzo szukac sily i
            odwagi, zeby zaczac dzialac, tak czasem jest niestety, nie wszyscy ludzie sa
            tacy silni i potrafia zmieniac swoje zycie, kiedy im tylko przyjdzie na to ochota.
            • mikams75 Re: o co ci tak na prawdę... 25.08.06, 21:01
              no i pierzesz brudy na forum wbrew zasadom
              • ewadorra Re: o co ci tak na prawdę... 27.08.06, 10:18
                mikams75 napisała:

                > no i pierzesz brudy na forum wbrew zasadom


                Tak????? A to jakas nowosc chyba. Wiekszosc watkow na tym forum to pranie
                brudow, skargi na wredna tesciowa, na meza i jego kochanki, na wlasnego
                kochanka, itd. Slowem skargi na wszystko mozliwe.
                Nie wierze, ze cale forum funkcjonuje wbrew zasadom...
                • martabg Chyba chodziło o zasadę autorki postu 28.08.06, 00:01
                  że w jej rodzinie nie pierze się brudów poza domem...
            • kiecha3 Re: o co ci tak na prawdę... 25.08.06, 21:46
              a może łaskawie sie zdecydujesz... dziewczyno...czy tobie ta melancholia muzg
              wyżarła..??? przeciez to twoje życie..kurde no... za dużo masz w dupie żeby tak
              sie zachowywać>>??? przepraaszam.. ponosi mnie...

              po prostu nie umiem zrozumieć.. jak można być tak biernym w stosunku do własnego
              zycia.. tak obojętnym... ech.. szkoda słów... ty chyba wiesz o czym piszę... mam
              nadzieje , że podejmiesz decyzję... i zaczniesz działac...

              a powyżalac sie możesz... to nawet lepiej jak co z serca i wątroby wszystko
              zejdzie...

              pozdrawiam cieplutko ;)
              • miezekatze_78 Re: o co ci tak na prawdę... 29.08.06, 23:21
                Kiecha, daj sobie spokój z takimi radami.
                Nie mówię tego złośliwie, żeby Cię zranić, tylko zwrócić uwagę, iż nie masz w
                sobie krzty empatii.
                Na wszystko patrzysz ze swojego punktu widzenia, tak, jakbyś nie wiedziała, że
                charaktery i osobowości są różne.

                Ja mam podobne problemy do autorki postu, więc potrafię ją zrozumieć. A nawet,
                gdybym nie miała, to też potrafiłabym wczuć się w jej położenie.
                Być może ma to być taka terapia szokowa z Twojej strony, aby wyrwać dziewczę z
                marazmu, ale reakcja może być różna. Być może ona jeszcze bardziej się rozklei
                i poczuje zraniona.

                więc pomyśl, zanim coś napiszesz

                .........
                Morgen wirst du sein was du heute denkst
                .........
                Byłam Daschą
                • kiecha3 Re: o co ci tak na prawdę... 30.08.06, 06:44
                  pisze co myslę.... i jezeli ma ( macie?!) choć trochę oliwy w głowie nie
                  skoczycie z mostu przeze mnie... a nawet jesli..pozostawiam to waszemu sumieniu...
                  rzweczywiście może trochę za ostro napisałam...

                  chodziło mi o to żeby (ście) zrozumiały że to jets tylko i wyłącznie wasze
                  zycie..i jezeli same nie zechcecie sobie pomóc... starania, rady, pocieszania na
                  nic się zdadza...
                  wiem co mówie... w bliskiej rodzinie dziewczyna się do shizofrenii doprowadziła
                  przez hroniczną deprehe.. i nic nie pomagało.. prośby, groźby, płacze, żale,
                  krzyki.. nic.. totalnie nic... jak by ogłuchła na starania, na rzeczywistość, na
                  miłość najbliższych... siłą ją zaciągnęłi do psychologa, potem psychiatry...
                  leki terapia.. itp.. na dzień dzisiejszy jest wszystko ok... śmieje się, ma
                  udane życie zawodowe.. bo jak na razie nie ma partnera... ale mysle że w pewnym
                  momencie sama zapragnęła zyc szcześliwie...

                  reaguję na tego typu posty być może zbyt, agresywnie... takak też jestem.. ale
                  wkurzam się gdy czytam, że mloda dziewczyna.. ma deprechę... bo wiem do czego
                  może ją to doprowadzić... zwłaszcza że jest tochoroba.. i to choroba leczona
                  terapia i farmakologicznie... WYLECZALNA !!!!
                  więc nie siedziec na dupie tylko do psychologa... bo życie czeka !!!
                  • ewadorra nie tedy droga... 30.08.06, 09:27
                    kiecha3 napisała:

                    > pisze co myslę.... i jezeli ma ( macie?!) choć trochę oliwy w głowie nie
                    > skoczycie z mostu przeze mnie... a nawet jesli..pozostawiam to waszemu sumieni
                    > u...
                    > rzweczywiście może trochę za ostro napisałam...
                    >
                    > chodziło mi o to żeby (ście) zrozumiały że to jets tylko i wyłącznie wasze
                    > zycie..i jezeli same nie zechcecie sobie pomóc... starania, rady, pocieszania n
                    > a
                    > nic się zdadza...
                    > wiem co mówie... w bliskiej rodzinie dziewczyna się do shizofrenii doprowadziła
                    > przez hroniczną deprehe.. i nic nie pomagało.. prośby, groźby, płacze, żale,
                    > krzyki.. nic.. totalnie nic... jak by ogłuchła na starania, na rzeczywistość, n
                    > a
                    > miłość najbliższych... siłą ją zaciągnęłi do psychologa, potem psychiatry...
                    > leki terapia.. itp.. na dzień dzisiejszy jest wszystko ok... śmieje się, ma
                    > udane życie zawodowe.. bo jak na razie nie ma partnera... ale mysle że w pewnym
                    > momencie sama zapragnęła zyc szcześliwie...
                    >
                    > reaguję na tego typu posty być może zbyt, agresywnie... takak też jestem.. ale
                    > wkurzam się gdy czytam, że mloda dziewczyna.. ma deprechę... bo wiem do czego
                    > może ją to doprowadzić... zwłaszcza że jest tochoroba.. i to choroba leczona
                    > terapia i farmakologicznie... WYLECZALNA !!!!
                    > więc nie siedziec na dupie tylko do psychologa... bo życie czeka !!!


                    Kiedys sporo czytalam na temat leczenia depresji i nawet w mediach byla kampania
                    na ten temat. I wszedzie wyraznie podkreslano, ze gadanie typu "wez sie w garsc,
                    pozbieraj sie, itp." jest najgorsza rada jaka mozna dac choremu na depresje.
                    Gdyby taki czlowiek mial na to sile, to poszedl by sie leczyc. A jesli to nie
                    depresja tylko jakas chandra, to samo przejdzie. Skoro nie przechodzi i czlowiek
                    nie umie sie wziac w garsc, to trzeba go zaprowadzic (nawet niemalze sila) do
                    lekarza. Bo porady by sie wzial w garsc, to moze pomagaja na zly dzien czy
                    dolek, ale nie na depresje. To jest choroba jak kazda inna i nalezy ja leczyc.
                    Jak kogos boli zab czy ma wrzody na zoladku, to tez mu nie powiemy "wez sie w
                    garsc", prawda? A moze ta dziewczyna nie ma kogos takiego, kto by ja zabral do
                    lekarza, dlatego sie tu wyzala.
                    Pozdrawiam!
                    • kiecha3 Re: nie tedy droga... 30.08.06, 11:04
                      już przyznałam że za ostro jej odpowiedziałam...

                      ale najlepiej jak bysmypoużalali się nad nia wszyscy zgodnym chórem...
                      Dziewczyna wie co ją boli..widzi co się dzieje..a jak dostaje gotowe rozwiązanie
                      zaczyna krecic nosem..

                      ona wie co ma robić.. tylko zwyczajnie jej się nie chce... woli sie poużalać,
                      poplakac w poduszke.. tak jest łatwiej... a i wszyscy chodza dookoła jak dookoła
                      zgnitego jaja.... może cherbatkę, może obiadku troszkę.. tra tra tra... a ona
                      sobie spieprzy zycie... nie zrozumiem tego.. może ją dyskryminuje, może i
                      obrażam...ale nie umiem tak obojetnie podchodzić do tej sprawy.. jestem daleko
                      od niej, a nawet jak bym była blisko, to pewnie tez bym nie pomogła... mam swoje
                      zycie i swoje problemy... kazdy z nas ma... i chyba nikt nie odważył by się jej
                      pomóc bezpośrednio...

                      Napisala na forum... świetnie.. szuka pomocy... ale co z tego że 100 osób powie
                      jej.. idz do specjalisty.. to jest choroba.... myslicie że pójdzie..?? ja myśle
                      że nie.... a szkoda..bo to by była jedyna rozsądna rzecz na jej miejscu.. spapra
                      sobie życie, na własne życzenie..a najgorsze będzie to, że wszyscy bliscy beda
                      sie obwiniac za jej głupote.. wszyscy beda pamiętac jacy byli dla niej
                      niedobrzy, bo matka jej powiedziała ze ma dośc jej himerów, bo ktos tam cos
                      powiedział,albo nie powiedział... cała rodzina choruje przez ta jej
                      przypadłość.. i obawiam sie zennie wiedza co robić.. a to w jej rękach jest jej
                      życie.. nikt jej nie poprowadzi za raczke... nikt nie będzie ciagle głaskał po
                      glówce.. słodkie zieciństwo już mineło.. trzeba wziąć oddech pełna piersia i
                      przec przez zycie... brac z niego ile się da.. wydzierac kazda sekunde... a nie
                      leżec i biadolic..
                      • woi.mi Re: nie tedy droga... 30.08.06, 11:53
                        Twoja wiedza o depresji jest zerowa.Lepiej nic nie pisz.
                        • kiecha3 szkoda gadać.. 30.08.06, 13:02
                          przyklasnijmy nierobieniu nic...
        • seszka Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 28.08.06, 13:06
          jeśli chcesz to odezwij się na seszka@gazeta.pl . Nie jestem terapeutka itp ale
          zawsze możesz pogadać ,czasem rozmowa z drugim człowiekiem duzo daje. Pozdrawiam
          seszka
    • mikams75 Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 25.08.06, 20:07
      kilka krotkich rad:
      - zmien nick na radosniejszy, taki ktory bedzie Ci dodawal odwagi
      - wyprowadz sie jak najszybciej
      - w przyplywie zlosci idz pobiegac kilka kilmetrow
      - nie pij kawy, lykaj magnez. Polecam rowniez nalewke melisana klosterfrau.
      Ziolowa, nie uzaleznia, pomogla mi przetrwac ciezkie stresowe czasy w mniejszych
      nawet dawkach niz podane na opakowaniu. Jak sie jest spokojniejszym to sie
      lepiej mysli i podejmuje sensowniejsze decyzje.
      Na terapiach sie nie znam.
    • zuella Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 27.08.06, 13:40
      To twoją matkę należy wysłać na bezludną wyspę, aby nilogo nie gnoiła.Jak tak
      można.Dzieci się wspiera a nie dołuje.Ja bym jej chyba całą złość wykrzyczała w
      twarz,może zmądrzeje.Jeżeli masz taką możliwość to się wyprowadź,zobaczysz że
      urosną ci skrzydełka.Napewno jesteś fajną osobą, nie myśl o sobie źle.
      Pozdrawiam i życzę powodzenia
    • syrena15 Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 27.08.06, 22:39
      Słyszałam ze dobra jest książka " toksyczni rodzice", może warto ją przeczytać.
      Poza tym ja bym ci proponowała zadzwonić na telefon zaufania, ktory jest w
      kazdym wiekszym mieście. Telefony odbieraja psychologowie, z którymi mozesz
      sobie pogadac, wysłuchają cię i coś Ci doradza. Naprawde warto. Gorąco Cię
      pozdrawiam i trzymaj sie mocno!
    • indianprincess Re: pomozcie bo sama sobie juz nie radze... 29.08.06, 20:33
      Jak masz ochotę pogadać to pisz do mnie goodlife2@poczta.onet.pl gg 4736407.
      Mam podobne problemy, nie wiem jak Ci pomóc, mogę za to powiedzieć, że rozumiem
      co czujesz, mogę pocieszyć albo wspólnie popłakać.
      Sama mam depresję (chyba) ale nie potrafię zmobilizować się na wizytę u
      lekarza, wszyscy pukaja się w głowę, mówią, że jestem ładna, mądra z sukcesami
      i z fajnym facetem, czego chcieć więcej? Gdyby wiedzieli co czuję, gdyby
      widzieli, że płacze po nocach, że rano nie mogę zwlec sie z łóżka bo boję się
      tego co przyniesie dzień i że świat mnie przeraża a każdy człowiek wydaje się
      być wrogiem.... Jakoś funkcjonuję, pomaga alkohol, pomagają chwilowe przypływy
      pozytywnej energii ale z dnia na dzień jest coraz gorzej.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka