winnix
20.05.08, 15:17
... w Jazzie. Po trzech latach w końcu stało się to, co się musiało
kiedyś stać i przepaliła mi się żarówka świateł mijania. Obawiałam
się tej chwili dlatego, ze przed zeszłoroczną podróżą do Hiszpanii
przekartkowałam instrukcję w poszukiwaniu informacji jak w Jazzie
się owe światła wymienia i mnie zmroziło. Otóż w moim czerwonym
demonie prędkości należy odinstalować część nadkola, żeby się dostać
do żarówek. Miałam chytry plan, żeby po prostu się rozpłakać w
pobliżu samochodu, na bank by się jakiś mił pan zatrzymał i pomógł,
ale postanowiłam być dzielna i w piątek po pracy dziarsko chwyciłam
śrubokręt i z instrukcją pod pachą pomaszerowałam na parking.
Pierwszą przeszkodą okazał się zacisk trzymający nadkole - niestety
w instrukcji nie napisali (a powinni, dla niezorientowanych
użytkowników, takich jak ja:)), że ów plastikowy zacisk ma w
centralnej części taki mały bolec - po wymontowaniu bolca, można to
plastikowe ustrojstwo bez problemu wyjąć, a po całej operacji włożyć
z powrotem. Niestety udało mi się wyrwać cały zacisk i dopiero po
przyjrzeniu się bestii odkryłam ten prostu mechanizm. Odgięłam
nadkole, zaglądnęłam do środka i wyrwało mi się siarczyste "O ja
pierd...ę". Nic tam w środku nie wyglądało jak na rysunku. W tym
momencie przechodził sąsiad, który zaintrygowany swoją sąsiadką
patrzącą ze zgrozą na koło samochodu, zapytał co się stało i
zaoferował pomoc. Jakoś wspólnymi siłami wymieniliśmy żarówki, oboje
się upapraliśmy jak nieboskie stworzenia, w tym sąsiad swoje jasne
spodnie (szedł wyrzucić śmieci, nie spodziewał się prac
warsztatowych przy okazji:)). W połowie inny sąsiad przystanął i z
niedowierzaniem zapytał "Tyle zachodu, żeby wymienić żarówkę?".
Okazało się, że i tak miałam szczęście, bo podobno w którejś z
nowych meganek trzeba odkręcić błotnik, żeby się dostać do zarazy.
Mam niedoparte wrażenie, że konstruktorzy nowych aut są opłacani
przez właścicieli warsztatów, żeby przypadkiem użytkownik sam nie
mógł nic przy aucie zrobić i z każdą pierdołą musiał jeździć do
mechanika. Pech polegał na tym, że dwa dni wcześniej byłam w
serwisie, jakby się świnia przepaliła dwa dni wcześniej, to by mi
wymienili przy okazji:) Chociaż ja wiem czy pech, teraz już wymiana
paskudztwa nie jest mi straszna:) Mam tylko nadzieję, że nigdy mi
się to nie przytrafi w trasie, bo to na maksa brudna robota...