Dodaj do ulubionych

Jak pokonałam Alicję...

    • heniulaa Re: Jak pokonałam Alicję... 01.07.09, 20:12
      Wychodząc z pracy po kolejnym dniu świstaka pamiętałam, że kończą mi się
      papierosy. Udałam się do kiosku w którym okazało się, że mam 9 zł gotówką a za
      taką kwotę to mogę sporty kupić (wolę wolki miętowe). Poszłam do bankomatu po
      czym wsiadłam do tramwaju z myślą o kupnie fajek w sklepie pod domem. Weszłam
      do domu, wpadł mój młodszy najmądrzejszy brat na pogaduszki, fajki się
      skończyły. Wyszłam więc do sklepu po papieroski otwieram portfel... a tam tylko
      9 zł! Kasa zniknęła. Wzięłam 2 paczki zapłaciłam kartą. Wróciłam do domu i
      sprawdziłam konto. Dzięki Bogu straciłam TYLKO 50 ZŁ!
      Zostało w bankomacie. Uczciwego znalazcę czeka nagroda.
      • eulalija Re: Jak pokonałam Alicję... 01.07.09, 23:23
        Znalazca może nie miał na bułkę i trafiło mu się z nieba?
        Tak na Pollyannę mi zeszło, albo da na schronisko, o!!
        A pewnie to bankomat nieodebranego nie dał nikomu tylko wessał nazad.
      • aganoreg Re: Jak pokonałam Alicję... 02.07.09, 10:30
        Moze warto sie upomniec? Dlugo to trwa, ale jesli sprawdza, ze jest
        nadwyzka, to moze oddadza? Chyba ze faktycznie ktos byl szybki smile
        • pomaranczuch Re: Jak pokonałam Alicję... 02.08.09, 11:57
          ja natomiast mam duże problemy z komunikacją miejską w Krakowie, ale.....tylko w
          towarzystwie mojej przyjaciółki. Jak jeździmy gdzieś razem, coś nam na mózg pada
          i zawsze nie tam gdzie chcemy dojechaćsmile Raz wymyśliliśmy z ziomkami ze studiów
          ognisko IHUJowe na Zakrzówku, umówiłyśmy się z jeszcze jedną koleżanką, bo
          miałyśmy byś później a nie miałyśmy pojęcia gdzie to jest. Koleżanka podała nam
          godzinę, przystanek i numer autobusu, sama wsiadała dwa przystanki wcześniej,
          miałyśmy dołączyć. No i nasza podróż troszkę się przeciągnęła, wszyscy normalni,
          drogę przebywali w 25min, my w 1h20, dlaczego. Inteligentne dziewczynki owszem
          znalazły przystanek o odpowiedniej nazwie, nie spóźniły się, nawet wsiadły do
          autobusu o odpowiednim numerku, co już było wielkim sukcesem, zadowolone z
          siebie, znalazły miejsce na końcu i...hmmm na tym koniec, po opadnięciu radości
          z sukcesu rozglądamy się za koleżanka, tłok był straszny, nic nie widać,
          dzwonimy, ona z pytaniem gdzie my, bo nie widzi, choć tłoczno, my, że jesteśmy,
          niech patrzy dalej, ona, czy aby dobry autobus, my, z oburzeniem, no oczywiście,
          siedzimy na samym końcu, ona, że z przodu za kierowcą i patrzy do tyłu, my, że
          machamy iii hmmm ani my jej ani ona nas nie ujrzałyśmy, w tym właśnie momencie
          załapałyśmy że jedziemy w przeciwnym kierunku. Oczywiście napad śmiechu i
          głupawka totalna. Jak się trochę uspokoiłyśmy, wysiadłyśmy na jakimś przystanku
          i trza było czekać na ten sam autobus tyle, że w przeciwnym kierunku. Koleżanka
          w tym czasie nie omieszkała poinformować całej zgromadzonej już ekipy o naszej
          inteligencjismile, zaraz posypały się telefony z instrukcjami i radami jak
          dojechać, zakodowałyśmy wszystko. Okazało się, że nie wszystkie autobusy jeżdżą
          do celu i jeśli nie jesteśmy w takim a takim to tu i tu musimy wysiąść ażeby się
          przesiąść. Przez całą drogę z uwagą i w skupieniu wypatrywałyśmy przystanku tego
          a tego, żeby wysiąść i czekać na coś bezpośrednio do celu. Przystanek się
          pojawił, szczęśliwe wysiadłyśmy i sprawdzamy czym możemy jechać. Oczywiście
          okazało się, że właśnie wysiadłyśmy z właściwego autobusu, , następny za 30min.
          Nie muszę wspominać, że kolejna głupawka, płakałyśmy ze śmiechu i ubolewałyśmy
          nad własną głupotą, reszta wspierała nas telefonicznie, a po 45min w realutongue_out
          Takie sytuacje powtarzały się jeszcze kilkakrotniesmile
    • usiakk Re: Jak pokonałam Alicję... 05.09.09, 01:13
      Kurtke zgubiłam w mieszkaniu, ksiażke "pierwszy rok życia dziecka"
      (dziecko ma 5 miesiecy i tyle czasu jej szukam...), akt małżeństwa
      (potrzebuję do ochrzczenia dziecka)... Tyle teaz pamiętam, bo
      ogólnie ciagle cos gubię - to są rzeczy aktualnie mi potrzebne. Nie
      wiem jeszcze gdzie jest akt urodzenia dziecka, bo chowałam żeby nie
      zgubić i...
      • romy_sznajder Re: Jak pokonałam Alicję... 08.09.09, 17:00
        > ksiażke "pierwszy rok życia dziecka"
        > akt małżeństwa (potrzebuję do ochrzczenia dziecka)...
        > akt urodzenia dziecka, bo chowałam żeby nie zgubić i...


        Usiakk, a dzieckosmile?
    • usiakk Re: Jak pokonałam Alicję... 05.09.09, 01:18
      a co do roztargnienia - niejednokronie w pracy szłam do kuchni
      zrobić sobie kawę bez kubka i bez kawy.
      Na spacer z psem - bez psa
      albo szłam z psem do sklepu, przywiązywałam pod sklepem i wracałam
      sama.
      • agulka77 Re: Jak pokonałam Alicję... 12.09.09, 23:21
        witam, wykończycie mnie... mam potworny kaszel i co chwilę atak śmiechu - uduszę
        się ..
        ale też dorzucę swoje:
        moje dzieciaczki chodzą do Ochronki (przedszkole prowadzone przez siostry
        zakonne), pobiegłam wczoraj zapłacić - wracam do domu, patrzę na kwitek i coś
        się nie zgadza - na kwitku 220 zł dałam 300 a mam tylko drobne. Ja za telefon,
        może siostra przełożona jakoś sprawdzi i odda mi 50 zł. Siostry już nie było i
        na szczęście bo po chwili przypomniałam sobie że jeszcze ubezpieczenie płaciłam.
        Ale bym się wygłupiła smile
        • pomaranczuch Re: Jak pokonałam Alicję... 16.09.09, 19:36
          ostatnio jak jechałam do Krakowa, też się zapomniałam, tata odwoził
          mnie do Rzeszowa na dworzec i w aucie uświadomiłam sobie, że jestem w
          pantoflach, na styk ale zdążyłam i zmienić obuwie i zdążyć na
          pociąg,żeby było jeszcze śmieszniej jak wróciliśmy się, tata m
          powiedział, że jak jeszcze czegoś zapomniałam to ostatni dzwonek bo
          już się nie wracamy, ja oczywiście stwierdziłam, że skąd wszystko
          mam, no i w pociągu uświadomiłam sobie, że nie zabrałam
          najważniejszej z najważniejszych rzeczy czyli moich materiałów z
          opracowaniami na egzamin na który jechałam.....i zonk, ale skończyło
          się dobrze, zdałam, choć tyle nerwów się najadłam
          • ewa9717 Re: Jak pokonałam Alicję... 04.10.09, 13:14
            Właśnie odkryłam, że zgubiłam we własnym mieszkaniu skownik!
            Nowiuśki taki! Wczesnym latem kupiony! Własnie przywleczone z
            działaki wiadro winogron czeka na przesokownikowanie, a onego ani
            widu, ani słychu! Chyba się pochlastam!
            • stara.gropa Re: Jak pokonałam Alicję... 04.10.09, 19:16
              Pomyśl kto był u Ciebie ostatnio smile
              • ewa9717 Re: Jak pokonałam Alicję... 04.10.09, 19:50
                Jak już pożyczyłam od sąsiadki i sokowały się te winogrona, to
                znalazłam swój. Stał sobie w rogu narożnego szafiska, przysłonięty
                długim płaszczem, którego nie noszę, ale na razie nie wywalam, bo z
                mety się okaże, że jest mi niezbędny do życia wink
                • spokokolarz Re: Jak pokonałam Alicję... 11.11.09, 23:48
                  Opowiem historię mojej mamy i jej przyjaciółki sprzed trzydziestu lat. Wracały z
                  wakacji w Bieszczadach. W Rzeszowie wsiadły do pociągu i dojechały w nocy do
                  Krakowa, gdzie miały przesiadkę. Ok. Wsiadły do następnego, położyły się spać i
                  jadą. Budzi je konduktor, one podają mu bilety, on się patrzy dziwnie. "Ale ten
                  pociąg nie jedzie do Warszawy". "Jak to nie?!" "No nie, on jedzie do Rzeszowa".
                  Całkiem się załamały. Nie miały już praktycznie forsy, więc autostopem tłukły
                  się do Pszczyny, gdzie kuzyn litościwie im pożyczył smile
                  • felis2 Re: Jak pokonałam Alicję... 23.11.09, 11:40
                    Zgubiłam tarkę z sokowirówki...
                    • lylika Re: Jak pokonałam Alicję... 05.12.09, 21:47
                      Ja zgubiłam w domu radio, małe, przenośne, które stało w kuchni na lodówce. W sobotę jeszcze było a w poniedziałek już nie. Pobieżne, poranne poszukiwania poniedziałkowe nie przyniosły rezultatów. Popołudniowe, bardzo dokładne także nie. Radio odnalazło się we wtorek w szafce ze ścierkami.
                      W sobotę chciałam wytrzeć lodówkę. Wyłączyłam radio, zdjęłam z lodówki i sięgnęłam do szfki ze ścierkami. Wyjęłam jedną, stwierdziłam, że trzeba ją zmoczyć, ułożyłam radio na ścierkach w szafce, zmoczyłam ścierkę, wytarłam lodówkę i zadowolona z siebie zakończyłam działalność zamykając szafkę ze ścierkami.
    • d.magdalena Re: Jak pokonałam Alicję... 06.12.09, 23:51
      Mam takich sytuacji na pęczki,ale przytoczę przypadek kolegi: krótko i treściwie
      było smile
      Wysiada z auta rozmawiając przez komórkę ze swoją siostrą,omawiają szybko jakieś
      szczegóły, on jak zwykle spieszy się na dyżur,więc w panice mówi do niej :
      "muszę wrócić do auta, bo zapomniałem telefonu",mając cały czas słuchawkę przy
      uchu tongue_out. A opowiadał nam (spotkanie grona znajomych) to wychodząc znów w
      pośpiechu na wizytę, po zamknięciu drzwi stwierdziłam w przedpokoju obecność
      obcej teczki:po zajrzeniu do środka: dokumenty wozy, bloczek recept i
      stetoskop-nie miałam wątpliwości,że trzeba dzwonić, miałam tylko obawy że
      telefon też odezwie się w teczce... szczęśliwie nie wink
    • black_lady_poland Re: Jak pokonałam Alicję... 30.12.09, 11:09
      Cześć, forumowicze!
      Myślałam, że jestem roztrzepana, ale widzę, że moje przygody
      wypadają blado przy waszych, no i często się dublują.
      Przeboje z parzeniem kawy miewam nagminnie, nie pamiętając o trzech
      podstawowych krokach:
      a) wsypaniu kawy
      b) wlaniu wody
      c) prztyknięciu guziczkiem.

      Grzebienie gubię nagminnie we własnym domu, klamry do włosów
      potrafię szukać, mając ją... we włosach.

      Kiedyś, przyrządzając ciasteczka, cukier waniliowy wsypałam do
      śmieci, a torebkę wrzuciłam do masy.

      Pomyłki z samochodem mi się zdarzały parę razy, w tym jedna
      znamienna: Zawoziłam moją ciotkę na pociąg, zaparkowałam przed
      dworcem, i idąc w stronę wejścia zauważyłam bliźniaczy wózek, który
      od mojego oddzielały osobówka i furgonetka. Oto co sobie wtedy
      pomyślałam: Taki sam, to trzeba pamiętać, że tu stoi, bo głupio
      będzie się pomylić. Następnie odprowadziłam ciotunię na peron,
      poczekałam na odjazd pociągu, wróciłam na parking, no i łatwo
      zgadnąć... Zamyśliłam się, podchodzę do wozu, klikam pilotem, a tu
      chała. Pilot nie działa. Mówię sobie pod nosem parę niecenzuralnych
      słów, podchodzę całkiem blisko, cisnę prztyczkiem z całej siły i
      dopiero po chwili coś mi się nie zgadza. Jakieś rzeczy tam leżą nie
      moje, co to ma być?
      I dopiero wówczas mnie olśniło.

      Pozostałych głupot nie pamiętam na razie, jak mi się przypomni, to
      dopiszę. smile
      • bbbzyta Re: Jak pokonałam Alicję... 31.12.09, 13:37
        Ups, no ten Niemiec przeklęty, no jak mu tam, na A... Właśnie odkryłam w plecaczku, z którym się noszę do roboty, ładnie rozłożone awokado... które kiedyś wzięłam na śniadanko. Pewnie wtedy jeszcze twardawe, skoro nie opakowałam go w żadną torebkę. Było na tyle kulturalne, że nie rozciapało się na całą torbę, tylko troszeczkę. Po krótkim namyśle postanowiłam go jednak nie konsumować tongue_out
        • goonia Re: Jak pokonałam Alicję... 31.12.09, 17:11
          Wczoraj usilowalam zmyc makijaz z oczu zmywaczem do paznokci! To, ze jeszcze
          widze zawdzieczam nawykowi mocnego zaciskania powieki. choc i bez tego pieklo
          niemilosiernie. mam nadzieje, ze za pare dni sie nie okaze, ze jednak nalezalo
          pojechac do okulistysad
          • ter.eska Re: Jak pokonałam Alicję... 03.01.10, 21:50
            gooniu mam nadzieję,że jednak ominęłaś okulistę.Ja właśnie przed chwilą usiłowałam włożyć do ust papierosa,jakoś mi nie szlo,aż zauważyłam,że już jednego w buzi mam(nie zapalonego).
          • orale Re: Jak pokonałam Alicję... 03.01.10, 22:57
            gooniu mam nadzieję, że miałaś taki lepszy zmywacz bez acetonu i mam
            nadzieję że ponieważ piekło to przemywałaś dłuuuuuugo
          • slotna Re: Jak pokonałam Alicję... 07.01.13, 00:53
            Ja sie zmywacza do paznokci napilam - czytalam ksiazke, szczotkujac zeby, chwycilam butelke, myslac, ze to plyn do plukania ust (podobna wielkosc i kolor) i wzielam potezny haust. A fe!
        • black_lady_poland Re: Jak pokonałam Alicję... 05.01.10, 13:57
          Miałam podobną przygodę z cytryną. W domu włożyłam do plecaczka, aby
          zabrać do biura, i kiedy robiłam sobie herbatę, stwierdziłam, że w
          lodówce już nie ma, po czym powędrowałam do najbliższego sklepiku i
          kupiłam.
          Poprzednią znalazłam po paru tygodniach, poszukując czegoś całkiem
          innego. I co dziwne, nadawała się jeszcze do użytku.
          smile smile
          • black_lady_poland Re: Jak pokonałam Alicję... 05.01.10, 14:03
            Ach, dodam jeszcze, że podobne przygody miałam też z innymi zakupami.
            Któregoś razu, robiąc generalny przegląd plecaka, znalazłam:
            - butelkę szamponu
            - letnią bluzeczkę
            - paprykarz szczeciński duży
            - puszkę redbulla

            I ja się dziwiłam, czemu on tyle waży...
            big_grin
            • pomaranczuch Re: Jak pokonałam Alicję... 05.01.10, 17:17
              ja ostatnio z przyjacielem sie wygłupiałam na ćwiczeniach, w takiej małej salce,
              właściwie na wprost prowadzącego, staraliśmy się np utzymać olowek pomiędzy
              górną wargą a nosem, czego efektem była oczywiście bardzo ciekawa minatongue_out,
              prowadzący właśnie wted na nas spojrzał i ekhmm
              Innym razem udało mi się zasnąć też na strategicznym miejscu przed samym
              prowadzącym, tak 2m smile
      • the_dzidka Witaj wśród nas, black_lady_poland :D 04.01.10, 20:20
        Pięknie wpasowujesz się w nasze klimaty! smile Pisz smile
        • black_lady_poland Re: Witaj wśród nas, black_lady_poland :D 05.01.10, 04:10
          Dzięki. smile
          W temacie papierosów już ładne parę razy zdarzyło mi się zapalić
          jednego, podczas gdy drugi już się tlił w popielniczce.
          Oglądają mecze hokejowe, w przerwach wyskakiwałam z pokoju w celu:
          1. Skorzystania z łazienku
          2. Przyniesienia z lodówki piwa z zagrychą.

          I jak pamiętałam o łazience (cóż, potrzeba), tak wielokrotnie
          zapominałam o którejś z kolejnych czynności. Przynosiłam zagrychę,
          zapominałam o piwie i odwrotnie.
          • kocio_pierzaczek Re: Witaj wśród nas, black_lady_poland :D 06.01.10, 15:44
            Witaj i pisz, czarna damo. Prawda, że wąteczek super?
            Dorzycę garderobiane trzy grosze. Tańczyć szłam jakiś czas temu.
            Zimno było. Sukienka czarna, krótka, z szeroką spódniczką.
            Pończochy. Czarne kabaretki. A żeby w tyłek, za przeproszeniem nie
            zmarznąć, na tenże tyłek - mężowskie bokserki w gustowny wzorek
            moro. Zadowolona z siebie, na miejscu zmieniam buty, lecę na salę,
            mam pierwszego partnera. Na moje, tym razem, nieszczęście (ale
            jeszcze o tym nie wiem) dość zaawansowanego. Uskutecznia on figury i
            pirueciki. Spódniczka wiruje. Wreszcie koniec, siadam, coś mi
            dziwnie ciepło. Idę do klopika, a tam się okazuje... zapomniałam
            zdjąć umundurowanie spod spodu.
            • asia.sthm Re: Witaj wśród nas, black_lady_poland :D 06.01.10, 19:41
              Nie wiem jaki jest wzorek moro, ale jesli bokserki takie piekne jak moje dzieci
              nosza , to kazdy kto ci pod spodniczke okiem rzucil, pomyslal ze tak ma byc.

              Alez nam sie Prezes trafil !
              • kocio_pierzaczek Re: Witaj wśród nas, black_lady_poland :D 06.01.10, 23:17
                W zielone ciapki. Akurat ta para. Bez wywietrznika.
                • asia.sthm Re: Witaj wśród nas, black_lady_poland :D 07.01.10, 00:03
                  to piknie, wywietrznik moglby narobic obciachu. Wywietrzniki to przezytek.
                  • goonia Re: Witaj wśród nas, black_lady_poland :D 08.01.10, 17:26

                    Wycisnelam cytryne do cukiernicy zamiast do filizanki z herbata Zaczyna mnie to
                    wszystko juz meczyc. Na oko dostalam krople, bo niestety jest bardzo suche i
                    podraznionesad
                    • 36krzysiek Re: Witaj wśród nas, black_lady_poland :D 10.01.10, 02:57
                      Rany Julek! Dawno nie zaglądałem do tego wątku! Nie dalej jak w
                      czwartek, jadąc do pracy, zapomniałem wysiąść z kolejki WKD. Na
                      szczęście nie pojechała za daleko, jeno jeden przystanej dalej.
                      • kocio_pierzaczek Re: Witaj wśród nas, black_lady_poland :D 10.01.10, 20:01
                        A ostatnio maniacko latam na parking sprawdzać, czy zamknęłam
                        samochód. Jeszcze nie zdarzyło się, że nie, mimo to ostatnio przez
                        pół centru handlowego prułam, bo nie pamiętałam, czy samochód piknął
                        robiąc papa.
                        • heniulaa Re: Witaj wśród nas, black_lady_poland :D 11.01.10, 21:40
                          Wczoraj pod uczelnią kupowałam w kiosku papierosy, które następnie tajemniczo
                          zniknęłysmile zabrałam tylko resztę - fajki w kiosku zostały...
                          • mimbla.londyn Heniulaa :D 12.01.10, 16:22
                            heniulaa napisała:

                            > Wczoraj pod uczelnią kupowałam w kiosku papierosy, które następnie
                            tajemniczo
                            > zniknęłysmile zabrałam tylko resztę - fajki w kiosku zostały...


                            Twoja podswiadomosc Ci powiedziala : Rzuc palenie !

                            big_grin
                            • ewa9717 Re: Heniulaa :D 12.01.10, 19:23
                              Proroczy to głos! Proroczy to głos!
                        • kocio_pierzaczek I jeszcze jedno... 11.01.10, 21:55
                          Mąż każe mi się pochwalić kolejną fopą balową, na szczęście dla osób
                          postronnych ta była niewidoczna.
                          Pierwszy sylwester po urodzeniu dziecka, 2007/08. Po roku pieluszek,
                          zupek i kupek łaknęłam tańców i rozrywek. Mąż się znalazł, wykupił
                          nam bal. Zaszalałam, nabyłam sobie koronkową bluzeczkę czarną,
                          bolerko ażurowe i element zasadniczy - spódnicę, złota satyna, na to
                          czrana koronka, pas ozdabiany jakimiś błyszczącymi dziumbartolami
                          tylu dżety, cekiny. No i fajnie. Poszliśmy. Było fantastycznie.
                          Ozdobą wieczoru była niebiańska szynka z całą świńską nogą, muzyka
                          piękna, noc długa, odmłodniałam o dwa kilo. Na razie nic, spoko,
                          dopiero będzie.
                          Rok później. Wracam do tanga. Lekcje, wieczory taneczne. Karnawał.
                          Mozna się wystroić. Więc - któejś soboty - sylwestrowy zestaw, a co,
                          raz się żyje. Szykując w domu strój zmroził mnie jeden jego element:
                          gigantyczna tekturowa metka z ceną, przytwierdzona na takiej
                          żyłeczce... na samym tyłku. Na szczęście od spodu. Myślałby kto, ze
                          to wszystko, ale nie, ale nie, że zacytuję Ani MruMru.
                          Jakiś czas po upojnej milondze spędzonej w spódnicy już bez metki
                          zdecydowałam się oddać ją, spódnicę, nie metkę, do pralni. Pakując
                          ubiór do torby wymacałam coś dziwnego. Na bocznym szwie (znów - na
                          szczęście od wewnątrz), byłą przymocowana na żyłce torebka strunowa
                          3x5mm wypełniona zapasową biżuterią, z czego największe okazy miały
                          rozmiar fasolki. Obecnie spódnica jest po pralni i nie zawiera już
                          (chyba) żadnych niespodzianek.
                      • black_lady_poland Re: Witaj wśród nas, black_lady_poland :D 14.01.10, 15:48
                        Ech, takie pierepały spotykały mnie nieraz. Wracałam skądś autobusem
                        i tak się zamyślałam, że zapominałam wysiąść, chociaż przystanek
                        miałam pod samym domem.
                        Niedawno odwiedziłam dawno nie widzianych znajomych. Autobusem, żeby
                        sobie nie odmawiać. Poszła flacha wina. Czerwonego. Na 3 osoby, więc
                        nikt się nie urżnął. Wracałam wieczorem, tak po 22. Na przystanku
                        usiadłam i zapaliłam. Widząc nadjeżdżający autobus, rzuciłam peta i
                        podeszłam do krawężnika. Wsiadłam. Przejechałam kilka przystanków i
                        dopiero po jakimś czasie coś mi się zaczęło nie zgadzać. Gdzie on
                        jedzie, do cholerci? Do zajezdni? Pytam się kierowcy. On na to, że
                        jedzie normalną trasą. Zgłaszam protest. Nieraz jechałam 127 i
                        jechał inaczej.
                        Uzyskuję odpowiedź: to jest 103.
                        Na szczęście na trasie jeździ też 126. Również pasuje. Tyle, że
                        bilet musiałam wyciągać z automatu. Dobrze, że miałam drobne.
    • violja1 Re: Jak pokonałam Alicję... 13.01.10, 23:19
      Nie tak dawno temu, w czasach budowy stacji Metra Pl. Wilsona i Marymont(element zasadniczy niniejszej historii, bo wtedy praktycznie wszystko co w okolicy jeździło miało zmienione trasy) wracałam z pracy autobusem ok godziny 23. Z braku bezpośredniego połączenia zmuszona byłam do przesiadek i ostatnia wypadła jeden przystanek od domu. W zasadzie mogłam się przespacerować ale zima i hulający wiatr nie były sprzyjające, a akurat zamajaczył na horyzoncie pasujący (jak mi się wydawało) autobus. Wsiadłam i zgłupiałam (podobnie jak połowa innych pasażerów), bo zamiast w lewo skręcił w prawo, nic to, pomyślałam, wyskoczę na następnym przystanku. Tylko, że następny był po drugiej stronie Wisły. Jak wysiadłam na Pradze, okazało się, że nic już nie jeździ, pieniędzy na taksówkę nie miałam a do domu kilka km. Okręciłam głowę szalikiem i w oparach szaleństwa ruszyłam na piechotę Trasą Toruńską (niestety chodnika tam brak, a ścieżki w cieniu ekranów przy trasie jakoś mnie nie skusiły). Dotarłam po niecałych 2 godzinach (tempo miałam iście olimpijskie, Korzeniowski by się nie powstydził). Całe szczęście, że żaden 'element' mnie nie zaczepił, bo zabiłabym, co prawda mogłoby to być zakwalifikowane jako zbrodnia w afekcie, ale zawsze to jakiś paragraf.

      "Trzeba żyć a nie tylko istnieć" Plutarch
    • ewaty Re: Jak pokonałam Alicję... 18.01.10, 19:18
      Padł mi akumulator po mroźnej nocy w górach. Kablami odpaliłam od
      kolegi. Pojechałam pod stok. Zaparkowałam. Po jeżdżeniu nie mogłam
      odpalić. Pan z wypożyczalni sprzętu postanowił pomóc, połączyliśmy
      się kablami i kupa. Kręci mi samochód ale nie odpala. Konsylium się
      zebrało, pojawił się pan z TOPR-u , stwierdził, że to chyba coś
      poważniejszego, niż akumulator, konsylium pokiwało głowami.W tym
      momencie sobie przypomniałam, że włączyłam wcześniej guzik odcinający
      zapłon. Dyskretnie go cyknęłam, samochód zapalił, TOPR-owiec
      stwierdził pęczniejąc z dumy:"no, ledwie stanę obok, wszystko się
      naprawia!". Potwierdziłam gwałtownie kiwając głową...
    • czekolada72 Re: Jak pokonałam Alicję... 01.02.10, 09:07
      Jakis czasd temu byłam na ulicy Filipa (Kraków).
      Podchodzi do mnie młoda para i pan uprzejmie pyta, czy mogłabym im
      pomoc.
      Równie uprzejmie odpowiadam, ze owszem, o ile bede umiala.
      Pan więc mowi, ze.... zgubili auto.
      Zostawili gdzies w tej okolicy, na ulicy kojarzacej się im z krową.

      Mnie z krową kojarzyła sie w pobliżu jedynie ulica Krowoderska,
      która swoją drogą nie od krowy nazwe wzięła.

      Para sie ucieszyła i we wskazanym kierunku poszła, czy znalazła
      autko - nie wiem.

      Aczkolwiek, pare lat wczesniej mnie udało się zgubić auto w Gdańsku
      na jakis ruinach... ale odnalazło się wink
    • ida14 Przeszłam dziś samą siebie ;/ 03.02.10, 19:45
      i stanęłam obok.
      Wychodzimy do kina. do przystanku 20m. stoimy na przystanku. Nie wzielam
      legitymacji. Wracamy biegiem. Zabieramy legitymacje. Lecimy na autobus. Soimy na
      przystanku, chce kupic bilet w automacie, wyjmuje portfel, ale autobus jedzie.
      To nic, w portfelu mam jeszcze jakis bilet zapasowy. Wsiadamy, kasujemy bilet.
      Siadamy na siedzeniach. Sprawdzam czy mam legitymacje. NIE MAM. wysiadamy po 2
      przystankach, wracamy szukamy, legitymacji nie ma. Tadam.
    • plecha1 Re: Jak pokonałam Alicję... 05.02.10, 15:43
      O poranku jestem ciut nieprzytomna. Zdarzyło mi się więc np. zrobienie kanapek,
      postawienie obok kubka, żeby wsypać do niego herbatę. Rzeczoną herbatą jednak
      zostały posypane kanapki. Gdy było biało od śniegu, wyszłam z domu i po
      chwili... wylądowałam na masce zaparkowanego czerwonego ODŚNIEŻONEGO samochodu,
      którego nie zauważyłam.

      Przejechanie przystanku to standard smile Najśmieszniej było, gdy parę lat temu
      rodzice spędzali wakacje niedaleko Trójmiasta, a ja byłam wówczas w Gdyni mniej
      więcej trzeci dzień (drugi raz w życiu, z czego pierwszy był gdy miałam jakieś 3
      lata). Rodzice chcieli się ze mną zobaczyć. Potem uznałam, że nie powinnam była
      czytać jadąc dokądś w nieznanym mieście big_grin Wylądowałam przy stoczni i musiałam
      iść pieszo w przeciwną stronę, bo nie miałam pojęcia, jak tam są umiejscowione
      przystanki w drugą stronę, a nie było kogo zapytać smile

      Jeśli chodzi o gubienie rzeczy we własnym pokoju - jedna z moich bluzek w
      tajemniczy sposób znika i znajduje się np. po dwóch miesiącach na swoim miejscu,
      czysta. Twierdzę, że mam w pokoju demonicę, która pożycza moje rzeczy i jest tak
      dobrze wychowana, że oddawaje czyste tongue_out Tylko czemu najpierw nie zapyta? wink
      Najczęściej odkrywam to w momencie, gdy chcę tę rzecz założyć.

      Kiedyś zniknęła mi pomarańczowa bluzka i odnalazła się po pół roku jako brązowa.
      Była w worze z byle jakimi ciuchami służącymi do przebierania się na gry w
      lesie. Siłą rzeczy ubrania sortowane nie były, tylko wrzuciłam je hurtem do pralki.

      Ostatnio robiłam na szydełku mitenki. Zrobiłam jedną, zabrałam się za drugą. Tak
      po mniej więcej 6 cm na szerokość zorientowałam się, że coś jest nie tak. Druga
      była o jakieś 5 cm dłuższa niż pierwsza. Liczyłam oczka, naprawdę!

      Zostawianie zakupów na ladzie w sklepie to standard, ale zdołałam w zeszłym roku
      zostawić tam zdjęcie rentgenowskie klatki piersiowej.

      Gdy robiłam kurs na prawo jazdy, miałam straszną fazę na piosenkę "Łoże w
      kolorze czerwonym". Słuchałam jej w telefonie w czasie przerwy i gdy zaczęły się
      zajęcia, z rozpędu wyjęłam z telefonu słuchawki, zamiast najpierw wyłączyć
      piosenkę. Miny ludzi, gdy usłyszeli To tutaj leżałaś a ja całowałem
      Twój mokry brzuch całowałem
      były absolutnie bezcenne smile
      • majowa_kotka Re: Jak pokonałam Alicję... 05.02.10, 21:34
        Dobry wieczór, kłaniam się na przywitanie wink

        Również jestem okropnie roztargniona.
        Przy robieniu potraw z jajek zdarza mi się wbić jajko do śmietnika, a
        skorupki wrzucić do miski.
        Przez pierwszy semestr studiów nie mogłam znaleźć przystanku
        tramwajowego z dworca do mojego mieszkania, mimo, że w tygodniu
        jeździłam tą trasą dwa razy dziennie. W drugim semestrze nie mogłam z
        kolei zapamiętać imion nowych lokatorów, mylili mi się, a nie byli
        nawet podobni.
        Kupione owoce zazwyczaj wrzucam do szuflady w lodówce, czasem nie
        rozpakowuję zakupów od razu, a potem denerwuje się, że mi wyżarli.
        Raz przez pomyłkę wrzuciłam jabłka do szuflady, ale w zamrażalniku.
        Na egzaminach ogarnia mnie pomroczność jasna i mam kłopoty z
        przypomnieniem sobie zadań, które jeszcze przed chwilą tłumaczyłam
        znajomym.
        Wrzucam herbatę do kubka, nalewam wody do czajnika i stawiam na
        kuchence, a po godzinie zastanawiam się, dlaczego nie gwiżdże.
        Zgubiłam notatki pożyczone od kolegi w celu skopiowania. Oczywiście,
        przed skopiowaniem.
        Po kłótni z jedną ze współlokatorek wyszłam (niemożebnie wściekła) z
        domu i zadzwoniłam do koleżanki się wyżalić. Usiadłam na ławce
        dokładnie pod oknem współlokatorki.
        Zgubiłam niezliczoną ilość par majtek (i to ulubionych). Pralka mi
        zżera chyba.
        Wychodzę do sklepu po cebulę, wracam z siatką pomidorów, czosnkiem,
        paczką kawy, kilogramem marchwi i selerem naciowym, bez cebuli.
        Idąc na basen z wtedy-jeszcze-nie-lubym, zapomniałam ogolić nóg. Nie
        zauważył.
        Przy przeprowadzce zgubiłam drukarkę, ogromną kolubrynę. Nie było jej
        ani w starym, ani w nowym mieszkaniu. Przeprowadzałam się sama, więc
        nawet nie mogę zwalić na pomocników.

        Niestety, to u nas przypadłość genetyczna. Miałam w dzieciństwie
        ulubioną kasetę, której słuchałam na okrągło, doprowadzając rodziców
        do rozpaczy. W końcu mama schowała ją tak, coby dziecko nie znalazło.
        Po osiemnastu latach i dwóch przemeblowaniach całego mieszkania nadal
        jej nie znaleźliśmy wink
        Mój tata z kolei nie potrafi rozpoznać mijanych na ulicy znajomych.
        Kilka tygodni po ślubie nie poznał własnej teściowej. Babcia
        wypominała mu to na każdej rodzinnej imprezie smile
        • kocio_pierzaczek Re: Jak pokonałam Alicję... 06.02.10, 16:58
          Witam obie nowe chmielewszczanki. Wpadajcie częściej.
          • plecha1 Re: Jak pokonałam Alicję... 07.02.10, 01:06
            Witam, witam! big_grin Zaglądam bardzo często. Pozostaje tylko zacząć pisać.
    • autumna Re: Jak pokonałam Alicję... 18.02.10, 14:52
      Nie jestem jakoś przesadnie roztargniona, ale przypadki chodzą po i po takich ludziach.
      Szukałam czegoś w koszyku rowerowym i znalazłam tam zawiązany na supełek woreczek foliowy z osobliwymi czarnymi kulkami, trochę przypominającymi mocno dojrzałe wiśnie. Za Chiny nie mogłam skojarzyć, co to może być, a otwierać i macać jakoś nie miałam ochoty... W końcu olśnienie: parę miesięcy temu zabrałam na wycieczkę rowerową trochę rzodkiewek na przegryzkę do kanapek i nie zjadłam wszystkich.

      Pozdrówka dla wszystkich uczestników od podglądaczki tego forum.
    • violja1 Re: Jak pokonałam Alicję... 18.02.10, 22:51
      Jestem nałogowym czytaczem tramwajowym. Do pracy jadę godzinę i tyle samo wracam, więc wykorzystuję ten czas na lekturę. Warunki czytania są różne, zazwyczaj w tłoku, na stojąco z przerwami na przesiadkę. Jak dotąd nie miała problemów z zachowaniem wątku i sensu czytadła, aż do wczoraj. Czytałam ja sobie wypożyczone z biblioteki 'Wspomnienia chałturzystki', czytałam, a tu nagle ni stąd ni zowąd koniec i indeks nazwisk. Niby nic dziwnego ale do końca książki zostało mi jeszcze z 70 stron! Co się okazało, ktoś skleił ją tak 'fachowo', że po stronie 176, była 239, a po 260 znów 177. Ale najlepsze jest to, że tego nie zauważyłam. Miałam tylko wrażenie, że trochę 'chaotyczna' ta p. Grodzieńska big_grin
      -
      "Trzeba żyć a nie tylko istnieć" Plutarch
    • black_lady_poland Re: Jak pokonałam Alicję... 24.02.10, 05:00
      Już dawno tu nie wpadałam. Ale miałam fajną przygodę.
      Wybrałam się do sklepu spożywczego, zabierając ze sobą szkło do
      wyrzucenia. Kontenery znajdują się mniej więcej w połowie drogi.
      Zakupową torbę z surowcami wtórnymi naciągnęłam na ramię, ruszyłam,
      po drodze zamyśliłam się i w wejściu do sklepu połapałam się, że
      nadal mam pełną szkła torbę. A najśmieszniejsze jest to, że czekając
      na przejściu dla pieszych, zasobniki miałam tuż przed nosem... no,
      raczej przed uchem, ale to nie ma już znaczenia big_grin
    • anchan Re: Jak pokonałam Alicję... 03.03.10, 19:20
      Nie ustalono jeszcze czy Alicje pokonalam ja czy osobisty Brunet, ale do ad remu.
      Z okazji okraglej rocznicy slubu postanowilismy urzadzic fete, ustalilismy wiec
      termin i kto ktorych znajomych zaprosi. W sobote Brunet zaganiany do pomocy w
      przygotowaniach opieral sie lekko, ale pary z geby nie puscil czemu. W polowie
      imprezy zauwazylam, ze sporo znajomych nie przyszlo i nawet nie zawiadomili, ze
      nie moga. Na co Brunet "Wiesz, bo ja ich chyba zaprosilem na niedziele" W
      niedziele byla druga impreza.
      • goonia Re: Jak pokonałam Alicję... 20.04.10, 19:00
        Gratulacje Anchansmile Podwojne ma sie rozumiec, z okazji rocznicy i pobicia
        Alicjismile) Moj maz tez kiedys zaprosil gosci. Przyszli o tydzien za wczesnie, co
        gorsza nie bylo nas w domu. Do dzis nie wiadomo, czyj maz zawiniltongue_out
    • black_lady_poland Re: Jak pokonałam Alicję... 17.03.10, 19:24
      Słów kilka o moich rodzicach:
      Wiem, że były już co poniektóre przygody, ale napiszę:

      Moja mama któregoś razu wyszła z domu w dwóch różnych butach, trochę
      tylko podobnych i zorientowała się dopiero w samochodzie. Innym
      razem wyszła w fartuszku kuchennym zamiast spódnicy i zawracała spod
      windy, a było to w lecie. Kiedyś kupiła ociekacz do naczyń, taki
      druciany, postawiła nad zlewem i poskarżyła mi się, że jest do kitu.
      Brakuje pod spodem szyn pod tackę, za to są one z tyłu. Po prostu
      postawiła go odwrotnie. Raz szukała kluczyków do samochodu, nie
      wiedziała, gdzie zgubiła, zmartwiona, wzięła zapasowe, po czym
      odnalazła kluczyki w stacyjce.

      Mój nieodżałowany tato odznaczał się natomiast wielką
      spostrzegawczością, czego podam dwa przykłady:
      W rodzinnym domu wisiał w salonie zegar po babci. Zepsuł się po
      kilku latach, więc mama odniosła go do zegarmistrza, po czym
      wyleciał jej z głowy. Kiedy sobie przypomniała, nie pamiętała z
      kolei, który to zegarmistrz, aż w końcu machnęła na niego ręką (na
      zegar, nie zegarmistrza, a możliwe, że na oboje). Po trzech latach
      poszła do zegarmistrza w całkiem innej sprawie, no i facet, taki
      starszy pan, rozpoznał ją. Mama mocno się zdziwiła, nie tyle
      rozpoznaniem, bo ma dość charakterystyczne rysy, ale faktem, że
      gościu przez 3 lata trzymał jej zegar i w dodatku dbał o niego. Na
      co on pozwolił sobie na oburzenie: To solidna firma i nigdy by nie
      pozbył się mienia klienta. No i teraz będzie clou.
      Powiesiłyśmy z mamą zegar na ścianie, po jakimś czasie tato
      przyszedł do domu, usiadł na kanapie i nic. Po jakimśczasie zegar
      zaczął bić. Tato spojrzał, zdziwiony, po czym zawołał do mamy:
      - O, nakręciłaś zegar?
      Przez trzy lata nie zauważył, że zegara nie ma.

      Drugi przykład nieco mniej spektakularny, a dotyczy mojej skromnej
      osoby. Po 10 latach zmagania się z nadwagą, ruszyłam odchudzanie
      (dieta + ćwiczenia). Udało mi się zrzucić zbędny 17-kilowy balast.
      Cieszyłam się nową sylwetką już prawie rok i dopiero wtedy tato
      zauważył, że jestem jakby szczuplejsza, a widywał mnie przecież
      ustawicznie.
      Teraz już go nie ma, czego szczeże żałuję, bo poza tym, był wesołym
      i uroczym człowiekiem.
      • lilybeth Re: Jak pokonałam Alicję... 23.07.10, 13:57
        Ja na ogół roztargnienia nie przejawiam, ale dwoma przykładami mogę się popisać:
        1. Chodziłam sobie na fitness do pewnego klubu. Przyszłam na zajęcia, w szatni
        były dwie dziewczyny, powiedziałam grzecznie dzień dobry i zaczęłam się
        przebierać. Jedna dziewczyna zagadała do mnie, coś o tym, że mało ludzi dziś na
        zajęciach, więc powiedziałam, że na pewno będzie jeszcze jedna - moja siostra,
        bo wiem, że ma przyjść. Na to podnosi się druga dziewczyna i krzyczy -
        Oszalałaś? Nie poznajesz mnie? No i to właśnie była moja siostra big_grin Bardzo
        zdziwiona, że się z nią tak oschle przywitałam.
        2. Pracowałam kilka lat temu jako pokojówka w brytyjskim hotelu. Wychodziłam już
        z pracy, kiedy zorientowałam się, że nie mam zegarka. Stary bo stary, ale
        bardzo go lubiłam. Przetrząsnęłam służbówkę, przeleciałam po korytarzach,
        sprawdziłam pokoje, które jeszcze nie były zajęte. Hotel pięciogwiazdkowy, więc
        nie byłoby za dobrze, gdyby któryś z gości go znalazł na dywanie na przyklad. Po
        dwóch dniach pogodziłam się ze stratą. No i sprzątam sobie jeden pokój, zmieniam
        pościel i wtedy z poszwy kołdry wypada zegarek smile Musiał mi się zsunąć z ręki
        przy zakładaniu czystej pościeli i goście przespali noc z moim zegarkiem w
        kołdrze smile
    • wrednyzbinio Re: Jak pokonałam Alicję... 14.04.10, 18:32
      Przez miesiąc szukałem fajki,która leżała na środku okrągłego
      stolika na środku mojego pokoju....
      • wrednyzbinio Re: Jak pokonałam Alicję... 04.06.10, 13:51
        wrednyzbinio napisał:

        > Przez miesiąc szukałem fajki,która leżała na środku okrągłego
        > stolika na środku mojego pokoju....
        Dodaję:czy 40letni facet mający tylko -1 dioptrii na oboje oczu może
        nie zauważyć samochodu szefa wpatrując się w niego przez 15 minut?
        Mnie się udało,ale z roboty na szczęście nie wyleciałem...POŻAŁOWAĆ!
        • justek1986 Re: Jak pokonałam Alicję... 28.06.10, 22:37
          Moj Tata jest rowniez mocno roztargnionym czlowiekiem.Ma tez
          problemy z rozpoznawaniem znajomych.Mm od wielu lat przyjaciolke,
          spotykalysmy sie czesto,teraz rzadziej,jednak zawsze gdy
          przychodzila a mnie nie bylo moj tato nie byl w stanie powiedziec
          kto byl u mnie :0 Na ulicy tez ludzi nie poznaje smile
          • jaszczurus Re: Jak pokonałam Alicję... 28.06.10, 23:38
            Gdy przeprowadziłem się do Krakowa musiałem umeblować mieszkanie.
            Zawsze marzyła mi się Ikea. Tanie, proste i jak się rozwali nie
            szkoda wywalić.
            Aby dojechać do Ikei wsiadałem w tramwaj i jechałem 12 przystanków a
            potem autobusem jakieś 18 przystanków. Razem 30.
            Gdy wracałem z Ikei to jechałem przystanków 10. W jedną stronę podróż
            zabierała mi 1,5 godziny a w drugą jakieś 25-30 minut. I
            zorientowałem się po roku, że coś jest nie tak jak trzeba....
            • justek1986 Re: Jak pokonałam Alicję... 29.06.10, 10:55
              Dobre smile

              Ja w niedziele wlazlam na szklo w parku.Rozwalilam sobie ciut
              stope.Szlam boso do kosza na smieci z legowiska nieopodal.
              Na Wyspach nie tak latwo znalezc szklo w parku.Ja znalazlam,mozna
              powiedziec ze nawet poznalam doglebnie big_grin
              • heniulaa Re: Jak pokonałam Alicję... 04.08.10, 18:15
                Wczoraj jajka gotowałam na twardo...
                Nalałam wody do garnka, włożyłam jajka, nasypałam soli żeby nie pękły i nie
                mieszałam, bo nie lubią cholery smile
                Po godzinie obudził mnie huk smile
                Wpadłam do kuchni i byłam na tyle przytomna, że nie łapałam garnka gołą ręką
                tylko najpierw wyłączyłam gaz a potem przez rękawicę wstawiłam go do zlewu i
                zalałam zimną wodą. SAM GARNEK smile
                Jajka się podziały tzn występowały w charakterze drobnych strupli w całej kuchni
                a głównie na suficie.
                Sprzątałam półtorej godziny (z sufitem było najgorzej) garnek przypalony ale
                ocalał, mieszkanie śmierdzi jeszcze dziś ale nic to grunt, że się nic nie
                spaliło smile
                • sqtek Ten watek ma 5 lat!!!!!! :-) 06.08.10, 23:38
                  Przepraszam, ze sie wtrace, ale czy ktos to zauwazyl???


                  Co do przebijania Alicji - tydzien temu mialam na sobie kostium kapielowy. Nie
                  mam pojecia gdzie on jest. Ustalilam juz ze wszystkimi, ze nie przyznaja sie do
                  noszenia na sobie w celu ukrycia przede mna. Nie wiem. Jednoczesciowy, czarny z
                  doszyta spodniczka. Jesli ktos widzial prosze o kontakt.
    • ginalina poszlam dorobic pek kluczy. 19.08.10, 20:17
      W drodze powrotnej zgubilam te klucze, ktore sluzyly za wzor...

      A w ogole musialam dorabiac, bo swoje zgubilam i wzielam brata do dorobienia,
      wracajac zgubilam jego klucze...
      • goonia To nic nie szkodzi, ze ma 5 lat 26.08.10, 19:13
        a nawet lepij. Kawal historii i nadal smieszy.
        Witaj Squtku. Zapraszam do nowszych watkow.
        • se_nka0 Re: To nic nie szkodzi, ze ma 5 lat 26.08.10, 19:29
          I na drugie pięć lat tematów wystarczy smile Jestem tego pewna smile
          • ter.eska Re: To nic nie szkodzi, ze ma 5 lat 31.08.10, 23:14
            Oj!napewno wystarczybig_grin
            Ja dziś nastawiłam wodę na kawę i po 10-ciu min.zorientowałam się,że coś jest nie tak,czajnik nie gwiżdże,a jak miał niby gwizdać skoro nie zapaliłam gazuwink
            • janeczkawawa Re: To nic nie szkodzi, ze ma 5 lat 14.09.10, 21:54
              Ja rzadko się udzielam, ale kocham ten wątek, bo przynajmniej wiem, że jestem mniej więcej normalna, skoro inni robią takie same rzeczy jak ja. Kiedyś np. odbierałam męża z lotniska.Pojechałam samochodem, który miał oprócz klucza oczywiście, zamek ulokowany na drzwiach kierowcy, akurat pod łokciem, ale nie było wcale łatwo w przycisk przypadkiem trafić. No i przyjechał mężulo, ja wychodzę rzucić się na szyję, samochód na chodzie, kluczyki w stacyjce, otwieram bagażnik żeby torby wrzucić, po czym starannie zamykam najpierw bagażnik a potem pstrykam zamkiem i zamykam drzwi kierowcy. Mojego męża zatkało, najpierw spokojnie pyta - po co zamknęłaś samochód? No tak... Już nie wspomnę że taksówkarz, który nam się przypatrywał popłakał się ze śmiechu, bo mnie za wesoło nie było. Strach zostawić samochód i jechać po zapasowe klucze, mężulo się nie kwapi, coś ględzi, że dwie noce, że nie spał, już mignęła mi myśl, że poczekam aż benzyna się skończy i nikt może na auto z kluczykami w stacyjce nie zwróci uwagi , albo wybiję może szybkę, ale mężulo mnie do przytomności doprowadził jadowitym - a klucze od domu masz? a wiesz ile taka szyba kosztuje?. W końcu zlitował się ktoś z licznie nas oblegających chyba taksówkarzy, i dał telefon do tzw. pogotowia zamkowego, czyli pana o mocno szemranym wyglądzie, który za stówę otworzył auto drutem w 30 sekund, bez żadnego śladu. Męzulo twierdzi, że to mój szczyt zapomnieć że samochód jest na chodzie. Bo czajniki itp to u mnie norma...
            • mahit Re: To nic nie szkodzi, ze ma 5 lat 09.03.11, 22:23
              ter.eska napisała:

              > Oj!napewno wystarczybig_grin
              > Ja dziś nastawiłam wodę na kawę i po 10-ciu min.zorientowałam się,że coś jest n
              > ie tak,czajnik nie gwiżdże,a jak miał niby gwizdać skoro nie zapaliłam gazuwink
              Witam jestem tu nowa ale juz Was kocham!!Takie sytuacja jak ta powyżej zdażaja mi sie nagminnie ,tak jak np.; wchodze do kuchni i sie zastanawiam co miałam zrobić, albo robie cos zupełnie innego. moim osobistym szczytem była sytuacja w której przez srodek krakowskiego rynku szłam sobie z odwiedzin u cioci w szpitalu i zastanowiło mnie czemu napotykani ludzie dziwnie mi się przygladają. Okazało sie że dobrych kilkasetmetrów szłam w takich workowych ochraniaczach na butach-białych!!
              • se_nka0 Re: To nic nie szkodzi, ze ma 5 lat 10.03.11, 19:33
                Cześć mahit. Fajnie, że jesteś - zostaniesz na dłużej ? Sekcję krakowską mamy mooocną ! I bardzo sympatyczną smile
              • eulalija Re: To nic nie szkodzi, ze ma 5 lat 14.03.11, 12:04
                Witaj Mahit, przeleć się do wątku "Skąd jesteśmy - reaktywacja", porządnie jak na spowiedzi się opisz. Zapraszamy oczywiście do wszystkich wątków, sama możesz sobie nowy założyć ale tamten jest obowiązkowysmile
    • black_lady_poland Re: Jak pokonałam Alicję... 21.09.10, 04:17
      Niedawno byłam w Bieszczadach. Pogoda była zmienna, nosiłam więc ze sobą turystyczną kurtkę, przewieszoną przez ramię plecaka. Co jakiś czas sprawdzałam, czy tam nadal jest, i w którymś momencie z przerażeniem stwierdziłam, że nie. Zawróciłam i zaczęłam jej szukać. Dopiero po jakimś czasie znalazłam ją... na sobie. Kiedy zaczął wiać chłodny wiatr, włożyłam ją, o czym kompletnie zapomniałam.
    • majowa_kotka Re: Jak pokonałam Alicję... 02.10.10, 23:53
      Przedwczoraj pobiłam wszystkie swoje dotychczasowe osiągnięcia i zdaje się Alicji też wink

      Wraz ze współlokatorką zgubiłyśmy - uwaga, uwaga - stół. Taki do jadalni smile wystawiłyśmy go na czas imprezy na półpiętro, o wczesnym poranku postanowiłyśmy wnieść go z powrotem, ale... zniknął. Myślałyśmy z początku, że to taki żart, ale nikt z sąsiadów nie przyznaje się do zabrania mebelka sad
      • janeczkawawa Re: Jak pokonałam Alicję... 03.10.10, 23:29
        Moja koleżanka nie jest bardzo roztargnioną osobą, więc to czego ostatnio dokonała, to prawdziwy Mount Everest jej osiągnięć. Jej córka poszła właśnie do pierwszej klasy do jednej z podwarszawskich szkół i należy ją w porę stamtąd odebrać. Moja koleżanka rozmawiając z kimś z firmy przez telefon, podjechała samochodem pod szkołę, nie wysiadając z samochodu, zgasiła go, dokończyła rozmowę, po czym z powrotem go odpaliła, wrzuciła bieg i odjechała. Dopiero ze dwa światła od szkoły zorientowała się, że dziecko jest cały czas w świetlicy!smile
        • ez-aw Re: Jak pokonałam Alicję... 03.12.10, 09:27
          Na ogół jestem mało roztargniona, ale i mi się zdarza.
          6 lat temu usiadłam przy kompie i położyłam zegarek obok monitora. Chyba już go nie znajdę, bo robiłam w międzyczasie remont i też się nie znalazł.

          A teraz wcięło mi kozaki. Miałam zeszłoroczne, takie dobrze ocieplane. Gdy zapowiadali teraz mrozy postanowiłam je wyciągnąć. Znalazłam kozaki mężowe, cieciowe - moich nie ma. Szukam od tygodnia sprawdzając 50-ty raz wszędzie. Kupiłam już sobie nowe, ale dalej szukam nie tracąc nadziei że je znajdę wink
          • jovik77 Re: Jak pokonałam Alicję... 03.12.10, 21:08
            Jeśli chodzi o kozaki, to ja dwa lata temu zaczęłam szukać jedynych takich specjalnie na wieeelki śnieg oczywiście dopiero, gdy tenże spadł. i jakież było moje zdziwienie, gdy nie mogłam ich znaleźć. Przeszukałam wszystko, co tylko możliwe i nic. Stwierdziłam, że pewnie ktoś je pzez pomyłkę wyrzucił i kupiłam nowe o wiele gorsze.
            Pół roku później oddawałam u szewca (u którego zawsze reperuję buty) wiosenne czółenka. Szewc, jak usłyszał moje nawisko mówi - "...ska, ...ska, no tak. A ja mam Pani buty od 1,5 roku! Tak myślałem, że keidyś się Pani po nie pojawi!"
            • ez-aw Re: Jak pokonałam Alicję... 04.12.10, 12:43
              Jovik - ten szewc to całkiem dobry pomysł. Musze sprawdzić smile
    • wszystko_czerwone Re: Jak pokonałam Alicję... 06.12.10, 00:08
      Tydzień temu moja siostra radośnie utknęła swoim ponad dwutonowym Chryslerem Voyagerem w zaspie, zsuwając się jednocześnie z krawężnika, tak, że potwór przechylił się na jedna stronę i nie było siły go ruszyć. Stała w środku miasta z telefonem przy uchy wzywając na wszystkie strony pomocy. W rezultacie przyjechał jej chłopak z przyszłym teściem przywożąc linkę do holowania. Ja pojawiłam się po kilku minutach z, a właściwie w zestawie ratunkowym składającym sie z krótkiej kiecki i zimowej wersji rajstop kabaretek. Po minucie pojawiło się czterech panów, bardzo chętnych do pomocy, a po kolejnej zorganizowali busa, który siostrę i jej pojazd wyciągnął. Po powrocie do domu zorientowaliśmy się, że w bagażniku miała linkę holowniczą, łańcuchy na koła i łopatę do odkopywania...
      • konsta-is-me Re: Jak pokonałam Alicję... 08.06.11, 05:20
        Wyszlam do sklepu z henna na brwiach....
        Szczesliwie byl wieczor ,i dopiero widzac swoje odbicie w szybie sklepowej (twarz pokryta cimnymi smugami )zrozumialam dziwne spojrzenia ekspedientek big_grin
    • truskawka-00 Re: Jak pokonałam Alicję... 05.10.11, 17:10
      W małym dwupokojowym mieszkaniu przy ostatnich porządkach w szafkach kuchennych zgubiłam 2 szklane miski do sałatek. Szukałam już 3 razy, nigdzie ich nie ma.
    • czekolada72 Re: Jak pokonałam Alicję... 19.10.11, 17:33
      Zgubiłam kurtkę M.
      Dam sobie głowe uciąc, że jakis czas temu, czyli końcem zimnej wiosny powiesiłam ją na takim stojącym wieszaku.
      Wieszak stoi sobie w kacie przedpokoju i systematycznie dowieszane sa kolejne wierzchnie odzienia naszej trojki.
      W miniona niedziele M grzecznie poprosił co by w zwiazku z owa nieco mrozna niedziela wyjac mu kurteczke.
      Brazowa imitacje skory.
      kazało sie co prawda, ze imitacja skory ma dla nas absolutnie inne znaczenie, ale nioc to, grunt, ze kurrteczka została wyjęta przeze mnie i ochroniła M przed paramrozem.
      Poniewaz kurteczka jest z rzędu wyjsciowych - w poniedziałek upchałam nazad do szafy, przy okazji odkrywajac, ze wsrod moich plaszczy wisi druga, rowniez wyjsciowa kurteczka M, zimowa.
      I wtedy błysło, ze istnieje trzecia kurteczka - codzienna...... przejsciowa.
      Poki co - słowem się nie odezwałam.
      Wczoraj wylazłam na pawlacz u Małej i znalazłam jej 2 pary spodni narciarskich, kilka (moich i Malej) kurtek narciarsko-zimowych, puchowke M, ale poszukiwanej kurtki ani sladu.
      Dzis pełna nadziei oprozniłam wieszak przedpokojowy, z ktorego zdjełam ... 19 damskich wierzchnich odzień wszelkiego typu, skórzanych i materiałowych - kamizel, kurteczek, kurtek, trenczy, peleryn, płaszczy, zakietów i innych szachpalet, w tym 2 absolutnie nieznane oraz dwudziesty: płaszczyk kolezanki odwiedzajacej aktualnie Mała.
      Ale... kurtki M tam nie było!!
      Zagladnełam ponownie do 2 szaf, szczerze zdziwiłam sie ich zawartości, ale cholernej kurteczki NIE MA!!

      Powiem szczerze, moze i byłoby to smieszne, gdyby nie wizja posadzenia mnie przez M o celowe zachachmęcenie kurteczki, wizja przyprawiajaca mnie o roztrój zoładka; oraz drugie - brak pomysłu GDZIE upchac te cholerne 19 sztuk odziezy, no ok - 17, w 2 chodzimy z Mała na co dzien, no, nawet 16, Mała z kudłatymi wychodzi w czym innym.

      Aaaaaaaaaaaa
      • czekolada72 Re: Jak pokonałam Alicję... 03.11.12, 10:52
        Kurtka nadal nie odnaleziona.... uncertain
        Do kompletu - porzadnie na przelomie wiosny i lata schowalam trenczyk Malej.
        Ale jestem pewna, ze w tym przypadku lape polozul diabel - prawie, ze glowe bym sobie dala uciac, ze wieszalam go pod innym plaszczykiem. Inny jest - TEGO - nie!
      • marian.dynur Re: Jak pokonałam Alicję... 11.02.15, 15:32
        czekolada72 napisała:

        > Zgubiłam kurtkę M.
        > Dam sobie głowe uciąc, że jakis czas temu, czyli końcem zimnej wiosny powiesiła
        > m ją na takim stojącym wieszaku.
        > Wieszak stoi sobie w kacie przedpokoju i systematycznie dowieszane sa kolejne w
        > ierzchnie odzienia naszej trojki.
        > W miniona niedziele M grzecznie poprosił co by w zwiazku z owa nieco mrozna nie
        > dziela wyjac mu kurteczke.
        > Brazowa imitacje skory.
        > kazało sie co prawda, ze imitacja skory ma dla nas absolutnie inne znaczenie, a
        > le nioc to, grunt, ze kurrteczka została wyjęta przeze mnie i ochroniła M przed
        > paramrozem.
        > Poniewaz kurteczka jest z rzędu wyjsciowych - w poniedziałek upchałam nazad do
        > szafy, przy okazji odkrywajac, ze wsrod moich plaszczy wisi druga, rowniez wyjs
        > ciowa kurteczka M, zimowa.
        > I wtedy błysło, ze istnieje trzecia kurteczka - codzienna...... przejsciowa.
        > Poki co - słowem się nie odezwałam.
        > Wczoraj wylazłam na pawlacz u Małej i znalazłam jej 2 pary spodni narciarskich,
        > kilka (moich i Malej) kurtek narciarsko-zimowych, puchowke M, ale poszukiwanej
        > kurtki ani sladu.
        (...)

        Słuchajcie!!
        Po prawie 5 latach kurteczka sie znalazla.....
        W starym, pracowym aucie, nawet nie pytam od jakiego czasu tam lezala....
    • felis2 Re: Jak pokonałam Alicję... 24.11.11, 09:38
      Zdarzenie wprawdzie Alicji nie pokonuje, ale wątek trzeba nieco ożywić, coś ostatnio wszyscy jacyś pozbierani i zorganizowani, aż wstydwink

      Plan na koniec wczorajszego popołudnia:
      17:10 - wyłączyć piekarnik (wielce apetyczny kawał szynki się tam piekł)
      18:10 - wyjść z dzieciem na basen

      Realizacja:
      Zadzwonił minutnik. Oderwałam Juniora od pisania listu do Mikołaja. (Też mu się zebrało, kilka dni wcześniej twierdził, że w Mikołaja to on tak trochę wierzy, a trochę nie. Może uznał, że nawet jak nie pomoże, to nie zaszkodzi.) Piekarnik postanowiłam wyłączyć za te 5-10 minut, jak już będziemy wychodzić. Dałam dziecku kąpielówki i pogoniłam do ubierania się do wyjścia. W basenowej szatni okazało się, że chip nie działa. Kazałam smarkaczowi nie gapic się, tylko przebierać i poszłam wymienić. Wróciłam. Zrobiłam dziecku awanturę, że się guzdrze, a instruktor czeka i w końcu wypędziłam go na basen. Sama już na spokojnie przebrałam się, pochowałam ciuchy, weszłam na basen i zobaczyłam dzieciątko samotnie marznące na brzegu. Hmmm. Instruktor był punktualny, a jak komuś coś wypadało, to telefonami umieliśmy się wszyscy posługiwać. Ruszyłam szukać szefowej. Łatwo poszło, bo na mój widok natychmiast wyszła z kanciapy ratowników
      Ona: Pana M. jeszcze nie ma, nic mi nie mówił, na którą się umawialiście?
      Ja; Jak zwykle, 18:30
      Spojrzała na mnie trochę dziwnie, z politowaniem jakby
      - Jest 17:40
      Ups. No to rąbnełam się o godzinę, widać mój mózg nie przyjął do wiadomości takiego luksusu, jak cała godzina luzu.
      A co tam, nie zbankrutuję od zapłaty za dodatkową godzinę
      - Synku, pomyliłam godziny, chodź, pobawimy się teraz na rekreacyjnym, a później pójdziesz na lekcję
      Wleźliśmy do wody. I uświadomiłam sobie, że przed wyjściem z domu NIE wyłączyłam piekarnika.

      Zakończenie
      Wywlekanie dziecka z wody i suszenie trwałoby za długo, samego go zostawić jeszcze nie mogę, trudno, pogodziłam się ze straconym mięskiem. Potaplaliśmy się do tej 18:30, oddałam dziecię w ręce instruktora i pogalopowałam do domu, bo stracone mięso to pikuś, ale pożaru wolałabym uniknąć.
      Opatrzność miała trochę litości. W mieszkaniu śmierdziało spalenizną tylko trochę, apetyczny sosik zamienił się wprawdzie w warstwę węgla, a skórka, która miała być chrupiąca i przyrumieniona zrobiła się chrupiąca i zwęglona, ale wnętrze - mmmmm...
      Popływać porządnie mi się nie udało.
      • bbbzyta Re: Jak pokonałam Alicję... 17.09.12, 13:17
        Hm, tak. W zeszły wtorek miał być ostatni dzień prawdziwego lata, zatem postanowiłam wykorzystać to zjawisko, wziąć dzień urlopu i tego dnia prawdziwie użyć. Takoż uczyniłam. W program moich zajęć weszło śniadanie na balkonie (pod parasolem plażowym, bo grzało setnie). Dobra. Na śniadanie był przewidziany m.in. twarożek w pudełku. Odpakowałam tenże twarożek, bo był jeszcze dziewiczy, spożyłam z nim kilka kanapek, sporą resztę nakryłam pokryweczką. Logika wskazywałaby, że odniosłam go potem do lodówki. Jednakowoż im bardziej w lodówce szukam, tym bardziej go tam nie ma. Takoż na balkonie. Takoż na trasie balkon - lodówka. MDM mnie pociesza, że jak się zaśmierdnie, to na pewno go znajdę, jednakowoż jeszcze się nie zaśmierdł, a to już prawie tydzień. CZY JA NAPRAWDĘ MAM AŻ TAKĄ SKLEROZĘ?????
        • dzagudka Re: Jak pokonałam Alicję... 05.12.12, 16:09
          Witam się i ja serdecznie.

          Mnie też się zdarza robić dziwne rzeczy i zapominać o oczywistościach. Nawet ostatnio byłam uprzejma przegapić własny, domowy przystanek tramwajowy. Czytałam po drodze "Krwawą zemstę" (he he!), był już wieczór, a ja byłam świecie przekonana "na ucho" że do domu jeszcze ok. 5 przystanków. Dopiero gdy drzwi się zamykały moja starsza córka, niezmiernie zaskoczona spytała czy my czasem nie powinnyśmy wysiąść. Rychło w porę!

          Wejście do złego autobusu też się zdarzało, a potem się dziwiłam że jedzie nie tam gdzie powinien.

          Z innej beczki. Byłam w ciąży, miałam umówione badania u lekarza, w pracy uprzedziłam poprzedniego dnia że się spóźnię, ale o wizycie przypomniałam sobie jak już byłam pod firmą. Nie było sensu się wracać i wizytę przełożyłam na inny termin.

          Kiedyś wychodząc z pracy zadzwoniłam z komórki do Teściowej. Pokonałam połowę drogi z firmy do przystanku, po czym "pomacałam" się po torbie i zaklęłam. Teściowa pyta co się stało, a ja na to "muszę się wrócić bo zapomniałam z pracy telefonu zabrać". Dopiero po ciszy jaka zapadła po drugiej stronie zorientowałam się co jo godom.

          Ale najlepszy numer wyciął mój kochany, już nieżyjący dziadek. Miał m.in. dwie cechy - był okropnym łasuchem na słodkości i uwielbiał dzieci. Byliśmy na urodzinach mojej Mamy, siedzieliśmy sobie przy stole, a dziadek siedział w ulubionym fotelu. Moja starsza córka, wówczas niespełna 4-letnia bawiła się w drugim pokoju ciastoliną. W pewnym momencie spojrzałam na mojego dziadka i zastanowiło mnie co on takiego je, że widzę na jego zębach jakieś fioletowe smugi. Spytałam co takiego wcina, a on na to że ciastko, ja się pytam "jak to? fioletowe?", a on na to że moja córka mu dała. Jak łatwo się domyśleć było to ciastko zrobione z fioletowej ciastoliny. Z jednej strony dobrze że dziadek posiadał sztuczną szczękę, bo nie wiem jak by domył swoje zęby. Moja mama szorowała protezę z pół godziny, bo pooblepiana była tym cholerstwem ze wszystkich stron.
          • bbbzyta Re: Jak pokonałam Alicję... 28.12.12, 16:16
            Łomatko, dzagudko, numer z telefonem przepiękny! Co do Twego dziadka, i smieszno, i straszno - pewnie nie chciał sprawić przykrości dziecku smile Dobrze, że to była tylko ciastolina!
    • slotna Re: Jak pokonałam Alicję... 07.01.13, 01:01
      W pracy dostajemy karty znizkowe, kazdy po dwie i jedna mozna komus dac. W tym roku nam je wymienili, trzymalam obie nowki w portfelu, bo jakos nie mialam pod reka nikogo do obdarowania. Pare dni temu szefowa mi sie skarzyla, ze miesiac wczesniej zgubila swoja, a te druga juz komus dala. Zaproponowalam, ze jej dam swoja, ale nie chciala na razie, powiedziala, ze jeszcze poszuka. Tego samego dnia gadalysmy o paypassie i chcialam jej pokazac jak taka bezdotykowa karta wyglada. Grzebie w portfelu i grzebie i na jej oczach wyciagam trzy karty znizkowe - dwie moje, jedna jej. Mialam ja pewnie od kilku tygodni. Pojecia nie mam jak to sie moglo stac...
    • mika_p Pewna Belgijka 16.01.13, 12:43
      m.onet.pl/wiadomosci/swiat,9bs0f#9bs0f
      67-letnia Belgijka, która wyruszyła samochodem w 80-kilometrową podróż z Solre-sur-Sambre na brukselski Dworzec Północny, skąd miała odebrać przyjaciółkę, ślepo zawierzyła nawigacji satelitarnej i pojechała ... prosto do Chorwacji. (...) Pani Sabine przyznała, że jej podróż może się wydawać "nieco dziwna", ale złożyła to na karb roztargnienia.

      Dwa dni, półtora tysiąca kilometrów - to jest roztargnienie!
      • goonia Re: Pewna Belgijka 13.03.13, 16:29
        To jest chyba najstarszy watek w uzyciu na naszym forum. I dobrze.
        Dawno temu, kiedy jeszcze sie nikomu nie snilo o nawigacji satelitarnej, moj tesc wyruszyl w droge na lotnisko, po 2.5 godziny jazdy zorientowal sie, ze chyba cos jakby nie tak. Okazalo sie, ze na autostrade wjechal wlasciwa, tylko, ze w odwrotnym kierunku.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka