ignatz 31.01.03, 09:32 FIlm jest niesamowity, polecam go mimo zakończenia :-) Jest nieholyłucki i po prostu wart obejrzenia. Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
Gość: KoziK Re: Solaris IP: *.polsl.gliwice.pl / *.barbara.ds.polsl.gliwice.pl 02.02.03, 02:16 Dla mnie SUPER film - jak ktos lubi filmy fizoloficzne o tresci egzystencialnej .... ;-P Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: ten_no Re: Solaris IP: *.dsl.sndg02.pacbell.net 02.02.03, 04:41 Dla mnie film niestety byl slabiutki. Nie siegnal nawet do 1/10 glebi ani Lema ani Tarkowskiego. U Lema jest b. ciekawy filozoficznie problem, a wlasciwie dwa: 1. Co ludzka moralnosc znaczy wobec otchlani Kosmosu, 2. Czy ludzka swiadomosc jest zdeterminowana fizycznie (a wiec czy kopiujac organizm atom po atomie mozna stworzyc swiadoma istote). U Tarkowskiego jest pytanie czy majac dana jeszcze jedna szanse mozemy cos w zyciu poprawic. Innymi slowy, czy pokuta jest istotna czy nie. Troche jak "Zbrodnia i kara". U Soderbergha jest tylko wzieta najzewnetrzniejsza warstewka tych problemow: zabawa w ciuciubabke pt. "kto jest kopia a kto oryginalem" (bylo to juz sfilmowane 10,000 razy), idotyczny hollywoodzki romans (posluchajcie dialogu w ksiegarni - czy tak rozmawiaja normalni zakochani ludzie? Nie, tak pisza dialogi normalni scenarzysci w Los Angeles), idotyczny pseudo-happy-end. Posluchajcie dialogow np. u Bergmana albo Kieslowskiego - nie ma w ogole porownania zadnego, sorry. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Kagan Solaris - nudny romans w kosmosie IP: *.vic.bigpond.net.au 10.03.03, 07:57 Nudny romans w kosmosie - Recenzja filmu “Solaris” Steven’a Soderbergh’a i James’a Cameron’a Idąc 27 lutego roku 2003 na australijską premierę hollywoodzkiej wersji “Solaris” starałem się jak mogłem, aby nie przynieść ze sobą na salę kinową żadnych uprzedzeń. Wynikało to z faktu, iż nie tylko znałem wcześniejsze recenzje tego fimu, ale też znam dość dobrze twórczość tych obu filmowców. Reżyser Steven Soderbergh jest znany głównie z “Sex, Lies, and Videotape”, filmu, powiedzmy sobie to szczerze, nudnawego i pretensjonalnego. Jednakże największy zawód sprawił mi producent “Solaris”, James Cameron (trzeba pamiętać, że w USA to producent, a nie reżyser, jest prawnie autorem filmu). Cameron jest znany z takich produkcji jak “The Terminator”, “Terminator 2”, “Aliens” (“Obcy”), “The Abyss” (“Głębia”) czy wreszcie “Titanic”. Sądząc po tym ostanim filmie, można było się spodziewać, iż “Solaris” zostanie sprowadzone de facto do wątku miłosnego (dość ważnego w powieści Lema, choć zdecydowanie w niej drugoplanowego). Niestety, “Solaris” Steven’a Soderbergh’a i James’a Cameron’a to coś znacznie gorszego niż “love story in space” (“romans w przestrzeni kosmicznej”), to jest po prostu nudne, rozwlekłe i pretensjonalne pseudo-romansidło, grane w sztucznym, teatralnym stylu przez marnych aktorów: George’a Clooney’a (Krisa Kelvina) i Nataszę McElhone (Rhey’ę, właściwie Harey, o czym będzie mowa później),i na dodatek źle wyreżyserowany i nienajlepiej zmontowany (liczne dłużyzny, nic nie wnoszące nawet do nastroju filmu). Według Soderbergh’a “Solaris” to `a combination of “2001” and “Last Tango In Paris"’ (`kombinacja “2001” i “Ostatniego tanga w Paryżu”’). Dla mnie to zaś raczej marne naśladownictwo arcydzieła Kubrick’a, w stylu owego, jakże przereklamowanego, a tak naprawdę, to równie nudnego jak “Solaris”, “Ostaniego tanga”. W filmie “Solaris” właściwie nic się nie dzieje. George Clooney pokazuje w nim conajmniej dwa razy swoją pupę, co bynajmniej nie ratuje filmu. Sceny miłosne są zbyt odważne, aby film był bez ograniczeń wiekowych, ale zbyt mało odważne, aby zaciekawić właściwie kogokolwiek. Z filozoficznego przesłania powieści Lema właściwie nic nie ocalało: kiedy zaczyna się ciekawa dyskusja na temat Boga, i nawet wspomniana jest opinia papieża, fonia zostaje natychmiast wyciszona, aby - broń Boże - nie zmusić widzów do myślenia… Jednym z powodów, iż filozoficzna głębia powieści została zgubiona przez Soderbergh’a i Cameron’a jest fakt, iż scenariusz został napisany przez Soderbergh’a na podstawie marnego tłumaczenia tej powieści na angielski (Joanna Kilmartin i Steve Cox przetłumaczyli “Solaris”, na dodatek dość niechlujnie, nie z polskiego, a z francuskiego tłumaczenia, stąd owe, jedyne dotąd, angielskie tłumaczenie powieści Lema, zawiera mnóstwo błędów i przeinaczeń, w tym nawet nazwisk bohaterów). Jak już wspomniałem, dwójka głownych bohaterów gra w sztucznym, teatralnym stylu. Zamiast dialogów mamy deklamacje, zamiast gry aktorskiej jeno jej nędzne namiastki (przykładowo. scena “rezurekcji” Rhei-Harey, jest niezamierzonie komiczna z powodu fatalnego aktorstwa Nataszy McElhone). Voila Davis jest niezła w roli czarnoskórej uczonej, doktora Gordona – sęk w tym, iż jest to postać nieistniejąca w powieści Lema. Została ona wyraźnie wprowadzona “na siłę” przez Soderbergh’a , aby film był politycznie poprawny (o ile dobrze pamiętam, to w powieści Lema występuje murzynka, ale jest ona tworem planety “Solaris”, i nie jest naukowcem, a prześladowcą jednego z wyraźnie bialych uczonych z załogi stacji). Ulrich Tukur jest również dośc dobry w roli Gibariana, a własciwie jego “ducha” (Gibarian popełnia samobójstwo tuż przed przylotem Kelvina), ale jest to rola wyraźnie drugo-, jak nie trzecio-planowa. Jeremy Davis jako Snow (Snaut) jest nieco lepszy niż Clooney czy McElhone, ale to przenież nie jest żaden powód do dumy… Od aktorstwa Clooney’a i McElhone chyba jeszcze gorsza jest reżyseria Soderbergh’a. Film po prostu się rozłazi, brak mu tempa, napięcia a przede wszystkim owego nastroju tajemniczej grozy, która uderza praktycznie z każdej strony powieści Lema czy też jest wyraźnie obecna w pamiętnej ekranizacji Tarkowskiego z roku 1972. Soderbergh starał sie naśladować Kubrick’a, stąd początek i zakończenie “Solaris” jest marną kopią “2001”. Brak funduszy na efekty specjalne rozłożył zaś ten film do końca. Wnętrze stacji i urządzenia znajdujące się w niej są na poziomie końca XX wieku i początku XXI, zaś techologia podróży kosmicznych o jakieś conajmniej 100 lat w przyszłość. Nieszczęściem Soderberg’a jest to, iż jego film ukazał sie po takich filmach jak “Minority Report” (“Raport mniejszości) Spielberg’a (według opowiadania Philip’a K. Dick’a), czy też niedawnych adaptacjach dzieł H.G. Wells’a (jego “Niewidzialnegp człowieka” i “Maszyny czasu”). Stąd oczekiwania publiczności są obecnie wysokie, i nikogo już nie sa w stanie zadowolić efekty specjalne na pozoomie “Milczącej gwiazdy” (“Astronauci’) Maetzig’a (1960) czy też “Testu pilota Pirxa” Piestraka (1979), a znacznie gorsze (szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę upływ ponad 30 lat), niż w radzieckiej ekranizacji “Solaris’ z roku 1972. Miłośnikom science fiction czy też historii miłosnych zdecydowanie odradzam “Solaris” Soderbergh’a, chyba, iż chcą się zanudzić na śmierć - na senasie w kinie “Southland Village Cinema” na przedmieściu Melbourne, który zaczął się 27 lutego 2003 roku 2003 o godzinie 10:35 rano, tylko ja i osoba mi towarzysząca (ta ostania przez grzeczność) wytwaliśmy do końca… Polecam natomiast ten film studentom sztuki filmowej (aby zobaczyli, jak się się nie powinno kręcić filmów), oraz miłośnikom zdecydowanie złych, szmirowatych filmów, szczególnie z gatunku “science fiction i fantasy”, do którego to, niewiadomo czemu, zakwalifikowano ten zdecydowanie nieudany romans Soderbergh’a i Cameron’a, marny romans, który nie tylko nie dorasta do pięt klasie powieści Lema, ale jest o kilka klas gorszy niż klasyczna ekranizacja Tarkowskiego z roku 1972. Jako iż Lem był wyraźnie niezadowolony z wersji Tarkowskiego, jestem niezmiernie ciekawy, co sądzi on o “dziele” Soderbergh’a i Cameron’a. Obawiam się tylko, iż milionowe honorarium, które dostał on za prawa do sfilmowania “Solaris” zostało wypłacone nie tylko pod warunkiem, iż nie bedzie się on wtrącał do filmowania tej powieści, ale tez, iż nie będzie on publicznie wyrażać negatywnych opinii o fiasku “dzieła” Soderbergh’a i Cameron’a… Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Marecki Re: SOLARIS - Orbitalny szpital przemienienia. IP: *.acn.waw.pl 02.02.03, 18:41 Solaris – orbitalny szpital przemienienia. Steven Soderbergh poszedł w kierunku, którego nikt się nie spodziewał, a już najmniej sam Lem. To, co widzimy na ekranie, to zapis naszych masek, póz i psychoz, a nie popis efektów specjalnych. Dzięki takiej koncepcji powstał obraz o wiele ciekawszy, niż dosłowna wizualizacja książki, której większość się spodziewała (Ja też). Mamy tu do czynienia z poetycką impresją a nie mierną adaptacją jak Raport Mniejszości lub Wehikuł Czasu. Soderbergh określił swój film jako połączenie „Odysei Kosmicznej 2001” z „Ostatnim Tangiem w Paryżu”. Lem skomentował to prosto - Co ma piernik do wiatraka? (...) Nie chciałem redukować treści książki do obrazów samego tylko człowieka. Dlatego zatytułowałem książkę „Solaris” a nie „Love in Outer Space”. Podzielałem opinię Lema do momentu, w którym ujrzałem pierwsze sceny filmu. Okazało się bowiem, że piernik ma, i to dużo do wiatraka. To nie Love Story czy Thriller lecz doskonała psychodrama. I mimo że „historia z alkowy” zastąpiła tu problem kontaktu z nieludzkim, to oglądając między wierszami, czuć ducha powieści. Doskonała jest także muzyka, określona jako mieszanka Ambient i Psychedelic. Przypomina ona dosłownie: zbiór dźwięków i szumów i to odróżnia ją od typowej muzyki jaką można spotkać w większości filmów. Cliff Martinez (autor ścieżki) nie brzmi jak Ligeti czy Stockhauzen, ale pasuje idealnie. Sfera dźwięku – dam za to głowę – jest odpowiednikiem owej milczącej obecności oceanu, przepełniającej stację Lema Soderbergh zbliżył się swym dziełem do klasyki. Do czystej, traktującej widza z powagą klasyki, a nie do infantylnej, zgrabnie opowiedzianej, przezroczystej fabułki. Jak to określa Piotr Zawojski - nie pozwala nam zapomnieć czym może być kino, a czym dziś tak rzadko bywa. Głębokim, metafizycznym przeżyciem. Zgodność obrazu z literackim pierwowzorem polega tu nie na sfilmowanej akcji, lecz na przełożeniu pozornie nieprzekładalnych sekwencji prozy na język samych obrazów i dźwięków. Obserwujemy szereg doskonałych, długich sekwencji bez ani jednego słowa, czasem są to obrazy, czasem złożone sceny. Film przybiera tu formę zbliżoną do struktur pamięci. Specyfika ich odbioru nie polega na o b e j r z e n i u, lecz na o b c o w a n i u z materiałem podsuniętym, zaproponowanym widzowi. Jak Kris, który w książce Lema uczył się niemego dialogu z otchłanią oceanu, tak MY musimy nauczyć się odbierać obrazy, które podsuwa nam reżyser. Odkrywać znaczenia, relacje, nawiązania - jednak ten wymóg czyni obecną wersję Solaris, tak jak i poprzednią - filmem nie dla wszystkich. Tarkowski w swojej wersji z 1972 roku, opisał dramat człowieka i dramat poznania poprzez pryzmat własnych wspomnień, domu rodzinnego i kultury wschodniej (obecnej w symbolice), Amerykanin podszedł prościej, eksponując historię miłosną. Jednak relacje bohaterów nie są tak proste i wchodząc głębiej :) w temat, dostrzegamy niemoc człowieka także wobec samego siebie. Czym są bowiem obrazy które obserwujemy? Za Lemem: „to, czegośmy chcieli: kontakt z inną cywilizacją. Mamy go, ten kontakt! Wyolbrzymiona jak pod mikroskopem nasza własna, monstrualna brzydota, nasze błazeństwo i wstyd !!! Według producenta Jamesa Camerona – Soderbergh pokazuje lustra – czyli to, że w każdym z nas jest trochę dziwki, trochę z poety i trochę skur... Uważacie że Lem nie pisał o niczym takim? „Oczekiwałem czegoś. Czego? jej powrotu? Jak mogłem? Każdy z nas wie, że jest istotą materialną podległą prawom fizjologii i fizyki i że siła wszystkich razem wziętych naszych uczuć, nie może walczyć z tymi prawami, może ich tylko nienawidzić”. I dalej: „finis vitae sed non amoris” jest kłamstwem. Ale to kłamstwo jest tylko daremne, nie śmieszne. To jest – jak twierdzi – o miłości romantycznej, nie kopulacyjnej. Soderbergh pokazał w swoim filmie obie strony: sentymentalizm ale i gorzkie rozpoznanie, czym naprawdę jest miłość. Nie dbając przy tym, czy bohaterowie chcą ukryć swoje wnętrze w zaryglowanych kabinach - jak to czynią u Lema. Pokazał ich z pozycji „Full Frontal” (Wszystko na wierzchu), wywalając całą tę ohydę, która w nich siedzi. Uczynił temat ludzkiej psychiki i miłości obiektem innych dociekań, niż widzimy to choćby w „Pianistce” lub u Almodovara w „Porozmawiaj z nią”. I choć sceptycyzm Lema zastępują tu słowa „And love shall have no dominion” z wiersza Dylana Thomasa, to słyszymy także głos martwego Gibariana: Nie potrzeba nam innych światów, potrzeba nam luster. Film zaskoczy nawet tych, którzy dobrze znają książkę. I nie tylko układem fabuły, co przede wszystkim formą. Opowieść ma eliptyczną konstrukcję i wraca w pewnym sensie do punktu wyjścia. (Ulubiony motyw Tykwera czy Kieślowskiego). Pytania zostały postawione, czegoś doświadczyliśmy, lecz nie uzyskaliśmy jednoznacznej odpowiedzi. To rzadki przypadek, kiedy f o r m a w tak dużym stopniu staje się elementem dopełniającym treść. Jeśli nie równoprawnym. Lem w swojej książce wyszedł od idei kontaktu z nieludzkim - Soderbergh pokazał brak kontaktu między ludźmi samymi. To on definiuje charakter montażowy. Dlatego historia jest fragmentaryczna, rwana, miejscami niejasna. Stad też wszystkie głosy krytyczne o braku spójności i beznadziejnym montażu. Jednak Flashbacki, sekwencyjność scen i rwany montaż – to także obraz naszych myśli, obraz „wysepek pamięci”, trudno więc wymagać od nich spójności. A „cała opowieść, jest być może tylko chwilą wspomnień bohatera i jednocześnie nieskończonym w swych możliwościach momentem ludzkiego umysłu, w którym może się zawrzeć cały dramat życia...” Ten dramat, to także obraz coraz silniejszych zaburzeń psychicznych, które obserwujemy niemal od pierwszych scen. Począwszy od Ziemi gdzie mamy stereotyp: problem tożsamości i zagubienia (zajęcia w grupie integracyjnej), poprzez stany depresyjne (Gibarian) aż po stany urojeniowe (Gordon) i psychotyczne (Snow). Mamy pełny objazd. Lem recytował w książce przejawy form Oceanu, Soderbergh recytuje i pokazuje (niemal klinicznie) objawy psychicznych zaburzeń (zwłaszcza Snow – doskonały Jeremy Davies). I właśnie one są jednym z objawów l u d z k i e j n i e m o c y. Nie wiemy do końca kim jesteśmy i jakie tajemnice kryje nasz umysł. Kris opuścił Ziemską klinikę, aby - zgodnie z Lemem - trafić do niej z powrotem. Zimne, syntetyczne wnętrza Stacji przywodzą na myśl szpital. Salę operacyjną. Białe światła, lśniące chromowane przyrządy, chirurgiczne kitle załogantów. Przybyli badać a sami stali się obiektem badań. Ich sylwetki wtapiają się w tło, w samą stację. Jakby stawali się jej częścią. Parodią zimnego, analitycznego skalpela nauki. To posłannicy ludzkości? Rycerze świętego Kontaktu? Z czym? Sam człowiek stał się tu dla drugiego jedynie „obiektem”: Gordon - sama sobie stawia diagnozę, recytując objawy. Snow - po genialnie zagranym końcowy monologu, stapia się z obrazem swego „urojonego Boga”. Kris - sięga po sto tabletek aspiryny i butelkę bułgarskiego wina. Po tym, w trzewiach stacji rodzi się obłęd. A Rheya? Po prostu znika... znika... znika... To, co niesie ze sobą stacja Prometeusz, to nie prawdziwy blask... A wiec kim jestem? Marionetką. A ty nie? Ale jak wszystkie marionetki, nadal sądzisz że jesteś człowiekiem. I śnisz swój sen marionetek. Być człowiekiem! (...) Czego chce od nas Solaris? Dlaczego od razu uważasz że czegoś chce? Jeśli będziesz nad tym rozmyślał, w końcu dojdziesz do wniosku, że... jeśli tutaj zostaniesz, umrzesz. Bo nie ma odpowiedzi. Są tylko wybory. Film Soderbergha pozostaje wierny książce, Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Misio Re: SOLARIS - Orbitalny szpital przemienienia. IP: vip:* / 192.168.3.* 10.03.03, 13:04 Ales sie wysilil. To Twoj tekst, czy Copy&Paste (wtedy wypada podac zrodlo)? Ale mniejsza o to. Nie wiem, co o tym filmie moze sadzic ktos kto nie czytal ksiazki i/lub nie widzial filmu Tarkowskiego. Ja czytalem i widzialem (i to akurat tydzien przed ogladaniem amerykanskiego niewiadomoczego). I musze powiedziec, ze amerykanski Solaris to niestety straszny knot. Przede wszystkim dokladnie nie wiadomo o co chodzi i dlaczego goscie sa czyms tak dziwnym i niepokojacym. Poza tym glupawe zmiany (np. chlopiec zamiast wielkiej murzynki), ktore powoduja, ze postepowanie bohaterow jest bezsensowne i trudno znalezc dla niego uzasadnienie (samobojstwo Gibariana). Podmiana Snauta przez goscia tez niczemu nie sluzy i jest takim smiesznym wygibaskiem. Nie ma praktycznie nic o oceanie i w zwiazku z tym nie wiadomo o co chodzi. Zakonczenie jest po prostu debilne z absolutnie koniecznym w ameryce happy endem (troche dziwnym co prawda, ale zawsze) przyprawionym spotkaniem Krisa z dzieckiem. Co to niby mialo byc? Porozumienie z oceanem? Poza tym nie bylo zle. Przyzwoita muzyka i calkiem niezla scenografia. Odpowiedz Link Zgłoś