Dodaj do ulubionych

Śmierć namiętności.

22.12.10, 11:52
Tak, tytuł brzmi dramatycznie ;)

Chciałam porozmawiać o namiętności, i o tym, że musi się ona kiedyś skończyć, o różnicach między seksem w związku pełnym namiętności, a seksem pary, u której ona już wygasła (tej samej pary- wcześniej i później...).

Teoretycznie namiętność trwa ok. 2 lat, ale to kwestia indywidualna, niektórzy po paru miesiącach czują, że jest po wszystkim, a inni są szczęściarzami i mogą się nią cieszyć dłużej, jeszcze kolejne lata ;) Oczywiście poziom namiętności maleje stale, więc i tak największa jest na początku (najczęściej).

Mam więc do Was parę pytań :)

Jakbyście to ocenili, jak długo namiętnie było w Waszych związkach? A może u kogoś nigdy tak nie było?
Jak namiętność minęła, to co stało się z ochotą na seks? ;)
Jakie różnice dostrzegacie pomiędzy seksem z namiętnością i bez niej? (w tym samym związku).
Jakie różnice są także w życiu codziennym, tzn. nie erotycznym? ;)
Który stan bardziej Wam odpowiadał? Który seks?
Czy ochota się drastycznie zmniejszyła, czy może nieznacznie, albo u kogoś wcale?

Dla tych, którzy byli w więcej niż jednym związku i mają porównanie- jeśli była różnica i w którymś związku znacznie szybciej/znacznie później, niż w innych, namiętność wygasła, to czy widzicie jakąś zależność, co powoduje, że trwa ona dłużej, lub krócej? Może jakieś cechy partnera, np. wyjątkowo Wasz typ, powoduje/powodował, że dłużej trwało szaleństwo? Może rodzaj relacji, czy cokolwiek innego?

Zapraszam do dyskusji i odpowiadania :)
Obserwuj wątek
    • eudajmonika Re: Śmierć namiętności. 22.12.10, 13:42
      Zawsze zastanawiałam się nad tymi teoretycznymi dwoma latami - biorąc pod uwagę przeciętną długość życia człowieka i deklarowane oczekiwania wobec swoich partnerów i związków (romantyczność, namiętność, porywy, wielką intensywność, itp), wygląda na to, że albo się wszyscy latami katujemy w związkach, które już po 24 miesiącach są "przeterminowane", albo coś z tymi deklaracjami nie halo, albo teoria dwóch lat niedopracowana.
      Ja zauważyłam, że krzywa namiętności w moim związku (niemalże 20 lat bliskiej znajomości) przypomina raczej sinusoidę, z biegiem lat jest ona coraz bardziej spłaszczona, ale zdarza się także, że dorównuje (na krótko) wartościom z początków pożycia.
      • tomek_abc99 Re: Śmierć namiętności. 22.12.10, 13:55
        Jak mówi teoria
        poza namiętnością jest jeszcze intymność i zaangażowanie.
        Utożsamianie miłości tylko z namiętnością to błąd
        • eudajmonika Re: Śmierć namiętności. 22.12.10, 14:08
          Ktoś utożsamia?
        • gomory Re: Śmierć namiętności. 22.12.10, 15:21
          > poza namiętnością jest jeszcze intymność i zaangażowanie.

          Ale do rozmowy o takiej milosci lepiej nadaja sie fora "emama" i "kredyty" ;).
          My tutaj lepiej pieprzmy sie z meandrami milosci cielesnej sensu stricto.
    • magumagu Re: Śmierć namiętności. 22.12.10, 14:36
      Nie, ja tak nie uważam. Co więcej uważam, że seks z osobą, do której ma się zaufanie, którą się zna i ufa, jest nieporównywalny z tym z początku znajomości. Po 10 latach z moim mężem uważam, że poziom namiętności ma raczej tendencję wzrostową, chociaż częstotliwość jest dużo mniejsza. Na początku bzykaliśmy się w każdym kącie, kilka razy dziennie, ale teraz nie mamy już na to czasu - i może dobrze :-)
      • zamysloneniebo Re: Śmierć namiętności. 22.12.10, 15:02
        No właśnie Eudajmonika, ci, którzy utrzymują, że to trwa około dwóch lat, twierdzą najczęściej także, że potem ogromną rolę odgrywa intymność i zaangażowanie, że satysfakcjonujący może być też związek, w którym partnerzy się rozumieją, przyjaźnią, mają o czym rozmawiać, dobrze się razem bawią, chociaż w łóżku już nie dzieją się takie rzeczy jak kiedyś. Jeśli przyjąć tę wersję, to nie jest niczym dziwnym, że partnerzy nadal są ze sobą (i może być im bardzo dobrze), nawet długi czas po tych 24 miesiącach (czy dłuższym okresie, w każdym razie po tym, jak namiętności już nie ma...).

        Piszesz, że u Ciebie "nawroty" namiętności się pojawiają co jakiś czas i to nawet takie, dorównujące stanom z początków znajomości, jeśli tak, to należysz zapewne do tej grupy szczęśliwców :)

        Poza tym, wiesz, jedni chcieliby ciągle szaleństwa i jak ono mija to wydaje się, że i miłość mija i dobry seks już jest tylko wspomnieniem, a inni cenią sobie bardziej spokój, stabilne relacje, takie osoby uważają, że najfajniej jest im, gdy wiedzą, że partner rewelacyjnie je zna, nie zależy im jakoś szczególnie na tym, by zaskakiwał, ale by po prostu wiedział, co lubią i robił to dokładnie tak samo, bo tak jest przyjemnie. Nie należysz przypadkiem do tych pierwszych? :) Stąd wydaje Ci się, że gdyby już rzeczywiście było tylko spokojnie, to związek nie byłby specjalnie satysfakcjonujący. Ja (niestety, bo nie będzie trwała wiecznie) też lubię namiętność i uważam ją za fajny wynalazek ;)

        Magumagu, czyli nie jest tak, że wolisz stan spokojniejszy, w którym dominuje głównie intymność (to akurat bardzo dobrze, że jest dużo intymności), wzajemne zrozumienie itd, i taki seks jest lepszy od tego z początków znajomości, w którym z kolei jest masa namiętności? Bo z jednej strony wynika z tego, że tak jest u Ciebie, a z drugiej piszesz, że właśnie namiętność jest coraz większa. Jeśli tak, to to chyba najlepszy możliwy wariant :)
        • magumagu Re: Śmierć namiętności. 22.12.10, 15:12
          Nie wiem jak inni, ale ja nie jestem ekstrawertyczną osobą i zawsze dużo czasu zajmowało mi otworzenie się przed kimś. Z tego powodu nigdy nie satysfakcjonowały mnie szybke numerki, nawet z bardzo atrakcyjnymi facetami i czułam po nich tylko niesmak, nawet jeśli było fajnie. Intymność kojarzy mi się z czymś mniej dynamicznym niż namiętność, a nie powiem, żeby znowu było tak spokojnie :-) Może jedno z drugim idzie w parze. Mój mąż jest tego samego zdania, pewnie dzięki temu do tej pory jeszcze żeśmy się nie zdradzili.
          • gomory Re: Śmierć namiętności. 22.12.10, 16:08
            > Nie wiem jak inni, ale ja nie jestem ekstrawertyczną osobą i zawsze dużo czasu
            > zajmowało mi otworzenie się przed kimś.

            Ekstrawertycy raczej latwo otwieraja sie na innych nie potrzebujac wiele czasu na to. Wrecz poszukuja nowych doznan, kontaktow i nie miewaja problemow z przelotnymi przygodami ;).

            > Mój mąż jest tego samego zdania, pewnie dzięki temu do tej pory jeszcze żeśmy się nie zdradzili.

            Wybacz, ale nie moge sie postrzymac - to on zanim zaczyna zdradzac pyta sie Ciebie o pozwolenie ;)?
            Ale tak ogolnie to swietnie Ciebie rozumiem, bo tez niespecjalnie neca mnie jednorazowe przygody. Dojrzali ekstrawertycy ponoc wlasnie tak maja ;).
            • sisi_kecz Re: Śmierć namiętności. 22.12.10, 16:51
              To ja też sie samozwańczo zaliczę do dojrzałych ekstrawertyków ;)

              Namiętność to chyba co innego niż żądza, a u mnie musi być dość ekstremalnie w stanach emocjonalnych i ta namiętność wydaje mi sie za mało zwierzęca ;)
              Preferuję żądzę, a namiętność jest dla romantycznych menów i ok. daję niebo, jesli taka potrzeba mojego mena.

              Jestem tak dalece ekstrawertyczna w seksie, że relacja z partnerem nie ma za wiele do rzeczy.
              Pożądanie "wytwarzam" swojej głowie, jeśli w jakiś sposób (którego nie badam, nie analizuję, nie dociekam) wdusi sie odpowiedni przycisk.
              Staż i osoba partnera jest mniej istotna, wtórna, na pierwszym miejscu są okoliczności.
              Ale ja jestem zboczona i eh, dlatego nie potrafię swojej odpowiedzi wpasować w te zadane pytania.

              ale juz ..uj, puszczę tego posta.

              ;)
            • magumagu Re: Śmierć namiętności. 22.12.10, 22:28
              Dobra, nie będę dyskutować o wyższości introwertyków nad ekstrawertykami, bo nie o to mi chodziło, żeby stwierdzić, że ci albo tamci mają lepiej. U mnie jakaś teoria dwóch czy czterech lat się nie sprawdziła, a jeśli u ekstrawertyków chodzi o to ciągłe poszukiwanie nowych doznań to faktycznie mogą być bardziej podatni na nudę.
        • eudajmonika Re: Śmierć namiętności. 22.12.10, 15:28
          Trudno mi się określić tak jednoznacznie. Cenię sobie namiętność, intymność i zaangażowanie. Przypuszczam jednak, że mam tendencję do nadmiernego, jak sądzę, przywiązywania wagi do tego, co jest akurat niedostępne. Sinusoidalne nawroty namiętności po upływie wspomnianej wyżej "dacie ważności" nie chronią mnie przed dołowaniem w czasie znacznych spadków jej natężenia. Ba, przypuszczam, że byłoby mi łatwiej, gdyby namiętność całkiem wygasła, tak jak chcą tego badacze ludzkich emocji. Wiadomo, kiedy wygasisz wielki piec, nie spodziewasz się już wytapiać w nim surówki. Z taką świadomością być może łatwiej trwać w błogostanie intymności i zaangażowania. W moim przypadku namiętność NIE ma ograniczonej "daty ważności", gdyby miała, to po 24 miesiącach mogłabym spokojnie złożyć wszystko na karb socjobiologii, czy innych determinizmów. Tymczasem wyglądanie kolejnych klajmaksów sadza mnie na huśtawce i tak jak na początku związku.
          • zamysloneniebo Re: Śmierć namiętności. 22.12.10, 17:45
            > Przypuszczam jednak, że mam tendencję do nadmiernego, jak sądzę,
            > przywiązywania wagi do tego, co jest akurat niedostępne. Sinusoidalne nawroty n
            > amiętności po upływie wspomnianej wyżej "dacie ważności" nie chronią mnie przed
            > dołowaniem w czasie znacznych spadków jej natężenia.
            >
            Skądś to znam ;) Niestety, jak się już pozna słodki smak czegoś, co nam wyjątkowo odpowiada, to gdy tego zabraknie, zaczyna się do tego tęsknić. Jak są gorsze okresy (i to dotyczy u mnie nie tylko kwestii namiętności, ale wielu innych spraw), to cały czas czekam, aż wszystko wróci do tej upragnionej "normy". ;) Hmm, przyzwyczajamy się do dobrego... ;)

            Sisi, a jak Ty to rozróżniasz? Czym jest dla Ciebie namiętność, a czym żądza? ;)

            Widzę, że nie sprawdziła się tutaj taka forma rozpoczęcia tematu (zadanie konkretnych pytań). :))) To znaczy został osiągnięty inny efekt, ale też dobry :)
            • sisi_kecz Re: Śmierć namiętności. 30.12.10, 12:58
              > Sisi, a jak Ty to rozróżniasz? Czym jest dla Ciebie namiętność, a czym żądza? ;
              > )

              wiesz, jakoś to rozróżniam, ale staram sie tego nie brać na rozum, bo akurat w tej sferze, kiedy dzieje sie seks, to umysł tylko przeszkadza.
              Nie można osiągnąć nirvany, kiedy mysli sie o tym, czy ją sie osiąga za pomocą żądzy czy namiętności ;)
              Wiem, że namiętność to nie moja bajka, ale nie wiem dlaczego swoją bajkę nazywam żądzą.
              Może to kwestia skojarzen z romansidłami, gdzie ZAWSZE OBOWIĄZKOWO: całują się namiętnie, lub patrzą se w oczy z taką namiętnością.
              Kiedy ktoś pożąda, to mam w dupie jak to wygląda, a kiedy cos opisywane jest jako namiętne to raczej jest estetyczne, a to moim zdaniem wyklucza takie bezwglądne i pełne uniesienie.

              a dalej to nie chce sie wgłębiać, bo to i tak nie jest z tych rzeczy dających sie opisać.

              noooo, taki fi(z)logiczny temat dałaś ;)

              duze pozdro!!!
              • urquhart Re: Śmierć namiętności. 30.12.10, 23:01
                sisi_kecz napisała:
                > Wiem, że namiętność to nie moja bajka, ale nie wiem dlaczego swoją bajkę nazywa
                > m żądzą.

                Dopóki umysł kontroluje za i przeciw, oblicza ryzyko, podejmuje je lub nie aby uruchomić lub nie mechanizm nagrody to jest jeszcze żądza, namiętność kiedy mechanizm nagrody przejmuje kontrolę nad umysłem i ryzyko , świadomość konsekwencji, logiczne myślenie się odłącza :)
                • sisi_kecz Re: Śmierć namiętności. 30.12.10, 23:04
                  > Dopóki umysł kontroluje za i przeciw, oblicza ryzyko, podejmuje je lub nie aby
                  > uruchomić lub nie mechanizm nagrody to jest jeszcze żądza, namiętność kiedy mec
                  > hanizm nagrody przejmuje kontrolę nad umysłem i ryzyko , świadomość konsekwencj
                  > i, logiczne myślenie się odłącza :)

                  acha.
    • annataylor Re: Śmierć namiętności. 22.12.10, 17:43
      pierwszy związek: namiętność szybko się pojawiła i szybko sobie poszła po kilku miesiącach, związek rozpadł się po roku

      drugi związek: trwa już 4,5 roku, namiętność na tym samym poziomie cały czas, chociaż ostatnio jest tendencja wzrostowa :)

      nie ma reguły
    • poitevin Re: Śmierć namiętności. 22.12.10, 21:24
      Razem 17 lat z hakiem. Częstotliwość nadal spora. Jakość dużo wyższa.
      Takie są fakty.
      A moje podejście do zmysłowej strony małżeństwa jest zupełnie inne niż na początku. Pierwsze kilka lat to było zaspokojenie mojej potrzeby akceptacji i potwierdzenie, że mogę się podobać i budzić pożądanie. Teraz nie muszę sobie niczego udowadniać, wiem, że mogę wszystko i mam w dupie konwenanse. Nie ogranicza mnie niedoskonałość mojego ciała, ani jakieś bzdety, które kiedyś miałam w głowie. To niesamowita wolność. I może z tego wynika moja ciągła i nieustająca żądza. Nawet nie mogę się na M. obrazić na dłużej, bo trzydniowa posucha to dla mnie zbyt dużo.
      Takie są moje odczucia. Co o tym myśli M. tego nie wiem, grunt, że chce się bzykać tak często jak ja. Myślę, że on tego nie rozkminia, po prostu lubi seks i tyle.
      Biorąc pod uwagę teorię zupełnie nie utrzymujemy się w średniej. Pomimo ciągłej pracy nad związkiem i tak uważam, że po prostu mam farta:)
    • gomory Re: Śmierć namiętności. 23.12.10, 14:35
      Wiadomo - kazdy oglada swiat wlasnymi oczami. No i moj wzrok nie pozwala mi wierzyc w twierdzenie, ze ktos doznaje tych samych odczuc glaskajac skore partnerki przez dekade. Skoro tak twierdzi - pewnie tak jest, ale podswiadomie wspolczuje, bo moge tylko polozyc to na karb plytkiej sfery odczuc zmyslowych, a nie namietnej osobowosci. Wiele lat bez zadnej ewolucji odczuc? Nie ogarniam tego po prostu. Obca mi wydaje sie rowniez koniecznosc ciaglej zmiany partnerki gdy tylko mija milosne oszolomienie. Obie postawy sa dla mnie ekstremami na tym samym odcinku ;).
      Nie odpowiada mi za bardzo ten okres uniesienia w ktorym slepo przyjmuje sie caly dobrobyt inwentarza ukochanej. Oczywiscie nie bede klamal, ze to niemile. Pobudzenie, ekscytacja itd. dostarczaly niewatpliwej frajdy, fun niesamowity i sklonnosc do wariactw nadzwyczajna. Jednak to tez czas gdy sie rozpina pawi ogon, kryguje, uprawia gre pozorow, wszystko podszyte jest uprzedzeniami i/ badz tez zwodnicza otwartoscia ktore dopiero z czasem zanikaja. Powazny mankament dla mnie. Dlatego lepiej wspominam gdy to mija, partnerka nieco "spowszedniala" i moge przy niej podlubac w nosie ;). Owszem, gdy zaczne mimochodem muskac pupe w sklepie / kinie / windzie to ladunek erotyki w tym jest zaiste mizerny jesli porownac go do takich gestow wczesniejszych o lata. Wrecz zenujaco mizerny. Jednak zbudowana jest tez podstawa do innego rodzaju seksu. Wszystko od motylkow mozna przesunac do mechaniki i moge czuc sie z tym spelniony. Bo seks ma dla mnie szczegolne znaczenie ;).
      Wiem, ze gdybym sie teraz w kims zabujal, zakochal to przepelnialo by mnie poczucie szczescia. Dlatego nie zycze sobie akurat takiej milosci i zakochania ;). Bez watpienia by mnie to radowalo bo to naturalne, ale wiem jaka bylaby to uluda w porownaniu do moich glebokich pragnien. Musialbym przez ten okres szczescia przejsc jak przez chorobe, uleczyc sie z niej i dopiero wtedy potrafilbym uznac czy moge cos zyskac.
      Zakochani z zalozenia staraja sie dla siebie. Laska na randke pojdzie w seksownej bieliznie, albo bez, faciu nie zapomni sie ogolic, beda sie z luboscia calowac w parku, chcica moze ich popchnac do seksu w krzakach. To jakies takie naturalne dla mnie. Wbrew pozorom (i odczuciom uczestnikow) srednio gorace. Bardziej podniecaja mnie pary robiace to samo bardziej "na zimno", wyrachowanie, gdy motorem napedowym jest wlasna pomyslowosc a nie instynkt. Bo ma sie nature ktora bawi nurzanie sie w podnieceniu :).
      Gdybym wypelnial jakis test to wyszloby "podrecznikowo". Poczatek znajomosci to najwiecej zblizen. Przynosza duza satysfakcje, ale 2-3 lata i chec na kilka numerkow jednego dnia przemija, a im dalej w las tym ciemniej. Jednak wyzej cenie gdy bylismy zestrojeni na pobudzanie, a rozowe okulary dawno spadly z oczu. Wg mnie bliskosc, zrozumienie i poczucie akceptacji sa wspanialym dodatkiem do podkrecenia lozkowych doznan. Milosc otwierajaca czule odruchy juz niekoniecznie - mimo tego, ze wtedy czlowiek taki zadowolony sie czuje ;).
      • eudajmonika Re: Śmierć namiętności. 29.12.10, 11:54
        Fajnie napisane, ale nie dość jednoznacznie.
        Co oznacza np. "zestrojenie na pobudzanie" jako kontrapunkt dla naturalnie generowanej przez różowe okulary namiętności? Czy pomniejszanie satysfakcji z osiąganego bez trudu podniecenia nie jest aby zaklinaniem się, że winogrona są kwaśne?
        • gomory Re: Śmierć namiętności. 30.12.10, 13:03
          > Czy pomniejszanie satysfakcji z osiąganego bez trudu podniecenia nie jest aby zaklinaniem się, że winogrona są kwaśne?

          Pewnie z Twojego punktu widzenia wlasnie tak to wyglada. Ale ja nie jestem Toba, mam inne skojarzenia i wlasne racjonalizacje. Nie przekonuje, ze moje spojrzenie na swiat jest wlasciwe dla kogos innego poza mna. Wiec to zaden kontrapunkt.
          Np. wydaje mi sie, ze nie umniejszam satysfakcji z podniecenia osiaganego mimochodem. Doceniam, ze to jest przyjemnosc - a ta zawsze mi sie dobrze kojarzy. Motylki, uniesienia - jasne fajne. Jednak mi to tez nie przeszkadza doceniac namietnosci w ktora wkladany jest wysilek. Goracy seks zakochanych - sympatyczne. Para w ktorej nie jedna, ale obie strony kombinuja jak podbijac bebenek - zachwycajace.
          Zaklinam rzeczywistosc? Pewnie tak, ale akurat taka magia mi odpowiada. Zawsze tak mialem, ze moglem w pewien swiadomy sposob otwierac sie na wybrana kobiete. Skupic sie na tym, ze mnie podnieca, owinac wokol niej seksualne mysli, fantazje i gotowe. Inne atrakcyjne kobiety, filmy, zdjecia owszem dzialaja, ale jednoczesnie pchaja moje skojarzenia do tej mistycznej wybranki. Ale sa tez zdarzenia, zachowania ktore to zaklocaja, a z czasem wrecz odbieraja mi chec takiego "zaklinania rzeczywistosci". To wszystko jednak ma niewiele wspolnego z klasycznym zakochaniem.
          • eudajmonika Re: Śmierć namiętności. 30.12.10, 13:37
            Nie chciałam Cię do niczego przekonywać - byłam ciekawa Twojego sposobu patrzenia.
            Dzięki za inspirującą odpowiedź.

            Mam jeszcze pytanie - do czego w takim razie porównałbyś "zaklinanie rzeczywistości", jeśli nie do stanu zakochania?
            • gomory Re: Śmierć namiętności. 30.12.10, 15:27
              > Mam jeszcze pytanie - do czego w takim razie porównałbyś "zaklinanie rzeczywistości", jeśli nie do stanu zakochania?

              Do niczego bym nie porownal ;).
              Zakochanie w kontekscie seksualnym to dla mnie poczatkowy okres znajomosci. Gdy wystepuja reakcje niezalezne od naszej woli. Oslawione motylki, przyspieszone bicie serce, drzenia rak, fascynacja potknieciami wielbionej osoby. Frajda wielka ze wspolnie spedzanego czasu nawet bez bzykania, chociaz cisnienie olbrzymie. Wplyw na ten stan ma sie niezwykle ograniczony. Wtedy nie idealizuje sie nikogo swiadomie, dzieje sie to samoistnie. No i jest to pewnikiem: ten stan minie. Rok, dwa, cztery i koniec - nie wroci sie do takich reakcji z ta konkretna osoba juz nigdy.
              Kazdego gdzies tam w glowie moge jednak jakos zaszufladkowac i przypisywac mu cechy jakich oczekuje lub potrzebuje [wydaje mi sie zreszta, ze mnostwo ludzi tak postepuje ;)]. W ten sposob moge sobie wybranej kobiecie przypisac cechy jakie mam ochote dostrzegac. Mozna to nazwac psychicznym oszustwem: moge tak skupic sie na swojej wizji, ze np. dosc ewidentne niedoskonalosci urody maja drugorzedne znaczenie. Bede sie wgapial i eksponowal w postrzeganiu to czego potrzebuje, oczekuje. Jesli bede seksualne skojarzenia przypisywal do okreslonej niewiasty, to bede ja wlasnie tak postrzegal. Poniewaz jest to swiadome, czas ma mniejsze znaczenie. Mam nadzieje, ze dajmy na to tym sposobem bede mogl na emeryturze nie dostrzegac siatki zmarszczek mojej wybranki ;). To jest sterowalne i wybrane z niejakim rozmyslem. Uplyw czasu nie jest az tak niszczacy jak dla cielesnej milosci sensu stricto. Zakochanie jest zaborczym uczuciem zawlaszczajacym seksualna wylacznosc, to co ja mam na mysli jest tego raczej pozbawione. No po prostu inne - ale jesli uwazasz, ze to wywolywanie uczucia milosci to prosze bardzo :). Ja jakos tak tego nie widze.
              Oczywiscie nie ma mowy bym tym sposobem na zyczenie zaczal podniecac sie kobieta ktora mnie odrzuca. Nawet wielu kobiet ktore mi sie podobaja wizualnie nie potrafilbym oblepic swinskimi skojarzeniami. Zreszta mimochodem kobieta moze zadbac bym ja pozbawial sexappealu. Pomijam niechec do mojej osoby, bo to mnie bardzo oziebia. Wystarczy zeby miala negatywne nastawienie do paru rzeczy ktore mnie kreca, raczyla nachalnym naturalizmem, wskazywala kompleksy ktore mam leczyc, wady ktorych nie dostrzegac i voila.
              • vitek_1 Re: Śmierć namiętności. 02.01.11, 02:40
                > Jak zatem poradzić sobie z faktem, że partner jest na wyciągnięcie dłoni.

                Ja nie muszę sobie z tym faktem radzić, bo mi on wcale nie przeszkadza.
                Odwrotnie, to że na wyciągnięcie ręki mam panią która zawsze* chętnie się wypnie i da przelecieć, a jeszcze będzie miała z tego przyjemność, to mnie w jakiś sposób podnieca. Wcale nie przeszkadza mi to że jest dostępna, nawet wręcz idzie to w parze z moim nieco ponadprzeciętnym współczynnikiem lenistwa ;)

                * sytuacja teoretyczna, w praktyce mocno ograniczona przez znany fakt, że mieszkam na dworcu kolejowym. Ale gdybym mieszkał w takim normalnym domu, to tak by było.
                • gomory Re: Śmierć namiętności. 02.01.11, 08:43
                  > Ja nie muszę sobie z tym faktem radzić, bo mi on wcale nie przeszkadza.

                  Skoro nigdy tego nie doswiadczyles to skad wiesz, ze Ci nie przeszkadza? Poki co opisywany przez Ciebie zwiazek to wlasnie wrecz modelowa stala niedostepnosc seksualna partnerki, wiec mozesz chodzic najarany na zone skoro nie mozesz poczuc jak to jest byc krancowo spelnionym.
                  Na tej samej zasadzie onanista snuje opowiesci, ze jest swietnym kochankiem i najchetniej pukalby trzy razy dziennie. Byl tutaj juz taki - nie potrzebowal nawet partnerki by uwazac sie za lepszego w lozku niz wiekszosc facetow :).
                  Mniemanie, ze rzucilbys sie ratowac niemowle z pozaru mozesz sobie miec. Ale czy tak by bylo, to moze zweryfikowac tylko wydarzenie, a nie wlasne przekonanie. Moze zona zaczelaby krecic nosem na Twoje ponadprzecietne lenistwo w lozku i to zamiast zdopingowac wystarczyloby do Twojej rezygnacji z seksu i narzekania, ze go nie masz. Ze spragniona kobieta u boku ;).
                  • vitek_1 Re: Śmierć namiętności. 04.01.11, 00:53
                    Coś źle się zrozumieliśmy, moja partnerka wcale nie jest modelowo niedostępna, wręcz odwrotnie, a ja jak już znajdę się w łóżku to lenistwo cudownym sposoben mnie opuszcza :)
                    • zamysloneniebo Re: Śmierć namiętności. 04.01.11, 01:25
                      Vitek, a Ty znowu to samo... Opisywałeś zupełnie coś innego, to, co z tego wynika, to właśnie to, że partnerka jest niedostępna.
    • urquhart Re: Śmierć namiętności. 29.12.10, 20:06
      zamysloneniebo napisała:
      > Dla tych, którzy byli w więcej niż jednym związku i mają porównanie- jeśli była
      > różnica i w którymś związku znacznie szybciej/znacznie później, niż w innych,
      > namiętność wygasła, to czy widzicie jakąś zależność, co powoduje, że trwa ona d
      > łużej, lub krócej? Może jakieś cechy partnera, np. wyjątkowo Wasz typ, powoduje
      > /powodował, że dłużej trwało szaleństwo? Może rodzaj relacji, czy cokolwiek inn
      > ego?

      Zastanawiam się co to tak naprawdę ta tak ujęta "namiętność". Bo tak ujęta podchodzi po pod narkotyczne procesy chemiczne zakochania spełnionego w seksie. Tak ujęta przemija dość szybko i nieubłaganie.
      "Pojęcie namiętności w języku polskim najczęściej odnosi się do seksualności i zmysłowości. Wiąże się je ze stanem odczuwania silnego i nieodpartego uczucia do drugiej osoby, które powoduje utratę kontroli intelektualnej nad zachowaniem(...) "
      Faktycznie z czasem odzyskuje się kontrolę intelektualną :)
      Ale pożądanie, przyciąganie, podniecenie, seksualne spełnienie skierowane w kierunku danej osoby to jednak też namiętność, nie mająca nic już wspólnego z samonapędzającym się zakochaniem i wymagająca zaplanowania, stwarzania okazji, podtrzymywania i dokładania do ognia.
      Oczywiście trudni mówić o namiętności kiedy partner nie wpisuje się tzw. typ: w podświadomy obraz atrakcyjności raz, a dwa organizm odrzuca jego genetyczne mhc (pot śmierdzi, ślina i śluz, nasienie brzydzi).


    • urquhart nawet koło osiemdziesiątki, marzył o powtórce 30.12.10, 11:01
      Jak tu nie marzyć o powtórce i byciu ciągle w takim stanie? Generalnie fajniej być w stanie narkotycznym niż w szarej codzienności ale trwanie w takim stanie ma swoje koszty. Codzienność, odpowiedzialność, rodzicielstwo, dzieci zabijają namiętność bo wymagają skrajnie innego stanu i nastawienia umysłu. Może nie potrafię tak ciekawie o tym napisać jak Gomory, ale przypomina mi się fragment z ksiązki Milskiej o namiętności i tlenie się jej iskry w długoletnim związku.>>>

      Wiele małżeństw przechodzi drogę od intensywnego poczucia zakochania i olśnienia poprzez codzienne rozczarowania aż do jałowego zobojętnienia. Nierzadko dochodzą też do ostatniego etapu – wrogości, urazy, wręcz nienawiści. Czy ta droga jest nieuchronna?
      W naszych czasach związek chłopaka i dziewczyny na ogół zaczyna się od romantycznej fazy uniesienia, a także namiętnego seksualnego zauroczenia. Wielu z nas dobrze pamięta ten wyjątkowy, ożywczy i radosny stan emocjonalny. Kto go raz przeżył, będzie to sentymentalnie wspominał i skrycie, pewnie nawet koło osiemdziesiątki, marzył o powtórce. Fakty są jednak bezlitosne: z badań wynika, że seksualna namiętność trwa najwyżej dwa lata, a – wliczając fazę mniej intensywną – cztery. Potem inwestuje się energię w inne zadania, takie jak praca, bogacenie się czy dzieci, a seks może pozostać ważnym i miłym obszarem wspólnoty, ale nie ma już tej niezwykłej wibrującej nuty, jaką pamiętamy z czasów, gdy wystarczyło na siebie spojrzeć...
      Można zmieniać partnerów przez całe życie w wiecznym poszukiwaniu upojnego dreszczyku, ale to bardzo męczące, a w ostatecznym rozrachunku mało satysfakcjonujące. Zamiast szukać nowych pożarów, warto sprawić, by iskra życia w naszym związku tliła się przynajmniej. Istnieje jednak poważna przeszkoda: wiele wskazuje na to, że inna osoba wywołuje w nas pożądanie, kiedy nie jest zawsze osiągalna lub kiedy czujemy, że możemy ją stracić. Marzenia i nadzieje często wiążą się właśnie z obiektami niedostępnymi. Tymczasem dobry związek polega na bliskości, a bliskość to możliwość codziennego, wzajemnego dostępu do siebie. Jak zatem poradzić sobie z faktem, że partner jest na wyciągnięcie dłoni.
      Nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie. Często napotykane zalecenia „ciągłej pracy" nad małżeństwem mało kogo inspirują, bo wizja związku jako wiecznej orki raczej zniechęca. Jeżeli już pracować, to nie nad małżeństwem, ale nad sobą, a ściślej mówiąc nad własną odrębnością. Osoby, które zbliżyły się tak bardzo, że jedna stała się częścią drugiej, są dla siebie jak własna ręka – niezbędne, ale niezbyt atrakcyjne. Jest to nota bene częsty przypadek wśród związków zadzierzgniętych wcześnie, na przykład w liceum, wspólnie dojrzewających i kształtujących się jak jedna osoba. Może to spowodować, że małżonek może być traktowany jak siostra lub brat. Być może to właśnie przydarzyło się pani Kindze.
      Zatem część przepisu na nienużące małżeństwo to zachowanie odrębności – warto zatem nie stopić się do końca umysłowo, towarzysko, rodzinnie ani fizycznie. To oczywiście nie wystarcza, bo dystans raczej rozbija związek niż wzmacnia. Aby para przetrwała, powinna stworzyć swoistą intymność i zażyłość. Dobra para ma własne rytuały („W kinie zawsze trzymamy się za ręce"), tradycje („Poznaliśmy się w Zakopanem i od tej pory jeździmy tam co roku, chociaż to już zupełnie nie to miejsce, co wtedy") i mity („Jego babcia i mój dziadek pochodzą z tej samej miejscowości, całkiem możliwe, że znali się jako dzieci"). To tworzy ekscytujące poczucie więzi i wyjątkowości, które łączy się z obecną od początku fascynacją erotyczną i nie pozwala jej zblaknąć.
      Jeśli zależy nam na żywym małżeństwie, nie należy dopuścić, by sprowadzało się ono do opieki nad dziećmi. Ci, którzy są wyłącznie rodzicami (choćby najlepszymi), dość szybko przestają być parą, łączą ich tylko sprawy dzieci, niknie intymna bliskość.
      Dobry związek zatem to taki związek, w którym namiętność stopniowo przekształca się w zażyłość, tworzy się intymny świat odrębny od świata zewnętrznego (również od dzieci), a obie strony zachowują przy tym swoją odrębność.
      To jest możliwe.



      • sisi_kecz Re: nawet koło osiemdziesiątki, marzył o powtórce 30.12.10, 12:34
        Dobry związek zatem to taki związek, w którym namiętność stopniowo przekształca
        > się w zażyłość, tworzy się intymny świat odrębny od świata zewnętrznego (równi
        > eż od dzieci), a obie strony zachowują przy tym swoją odrębność.
        > To jest możliwe.'

        tak to jest możliwe, jestem dzieckiem takiej pary.
        ponieważ nie mozna mieć wszystkiego, to moi starzy nie mają miłości i oddania swoich dzieci.
        Ani ja, ani mój brat nie bardzo interesujemy sie ich stanem zdrowia czy kłopotami. Mamy swoje sprawy, swoje rodziny i miejsca w nich jest dla naszych rodziców tyle, ile oni nam dali w swoim życiu- absolutne minimum, którego wymaga przyzwoitość.

        Może madra Milska tego nie wie, ale jest znane powiedzenie: że dzieci są jak skrzynia, tyle ile włożysz, tyle potem wyjmiesz.
        Ilekroć mój tato ma żale, że nie ma rodzinnych spotkań jak w przedświątecznych reklamach, to mam ochotę go zapytać, co zrobił aby stworzyć taką atmosferę, bo chyba sądzi że ona bierze sie z samego faktu bycia dzieckiem i rodzicem.
        Oczywiście kochamy ich, ale tyle ile oni nas: na drugim miejscu po swoich połówkach.

        duze pozdro!!!
        • urquhart Re: nawet koło osiemdziesiątki, marzył o powtórce 30.12.10, 17:01
          sisi_kecz napisała:
          > tak to jest możliwe, jestem dzieckiem takiej pary.
          > ponieważ nie mozna mieć wszystkiego, to moi starzy nie mają miłości i oddania s
          > woich dzieci.

          Nie rozumiem Cię, to źle? Czy to że są razem po tylu latach to już nie jest sukces?

          Ty zamierzasz wisieć nad życiem dzieci wymagać odpłaty jak opisywanie znienawidzone teściowe z Życia Rodzinnego?
        • poitevin Re: nawet koło osiemdziesiątki, marzył o powtórce 30.12.10, 18:51
          Sisi ja też jestem dzieckiem takich rodziców, ale zupełnie inaczej postrzegam to, co mi dali taka postawą. Nauczyli mnie pewnych wzorców, jak dbać o związek, dzięki nim jestem niezależna i pewna siebie. I do końca ich życia cieszyła mnie ich miłość. Oni nie robili niczego kosztem dzieci, ich wzajemne uczucie było wzmocnieniem miłości rodzicielskiej jaką obdarzali nas.
          Ja również w swoim małżeństwie wyznaczam pewne obszary, do których dzieci nie mają dostępu, ale w żaden sposób nie umniejsza to naszych uczuć do nich. Wręcz przeciwnie, uważam, że głębokie relacje jakie łączą mnie z mężem, pozwalają moim dzieciom czuć się bezpiecznie w naszej rodzinie. A przy tym uniknęłam kilku powikłań macierzyńskich, takich jak odpieluchowe zapalenie mózgu. Prawdopodonie uniknę również syndromu pustego gniazda.

          • sisi_kecz Re: nawet koło osiemdziesiątki, marzył o powtórce 30.12.10, 22:49
            Oni nie robili niczego kosztem dzieci, ich wzajemne uczucie było w
            > zmocnieniem miłości rodzicielskiej jaką obdarzali nas. '

            Inaczej to postrzegasz, bo miałaś inaczej.
            Ani ja ani mój brat nie czuliśmy sie podmiotami ani nawet równouprawnionymi członkami rodziny, byliśmy jakby to powiedzieć... produktem ubocznym miłości naszych rodziców.
            I nie piszę tego z jakimś zgorzknieniem czy pretensją tylko jako fakt.

            A konsekwencją tego faktu jest owszem to że jestem niezależna, ale czasami baaaardzo zależna, że mam pewne wzorce i dbam o związek, ale czasem mam w dupie te wzorce i związek.
            Konsekwencją dla mnie i mojego brata jest wieczna ambiwalencja: pragnienie bycia kochanym najbardziej na świecie i pragnienie emocjonalnej niezależności od tego pragnienia.
            Jesteśmy różnymi ludzmi ale to mamy akurat podobne.
            Zaś konsekwencją dla moich rodziców jaką mają z naszej strony jest ten brak emocji, oddany po latach w ich stronę, kiedy nie potrzebujemy już tak bardzo ich troski i czułości.

            A od swoich dzieci niczego nie oczekuję i prawdopodobnie jestem podobnym rodzicem jak moi byli, bo trudno uniknąć powtórzeń scenariusza własnej rodziny, skoro ona funkcjonowała i nie była jakaś tam dramatycznie okrutna ;)

            Chociaż mąż mówi mi że jestem... ambiwalentna wobec dzieci: raz kocia mama, raz królowa śniegu.

            duze pozdro!!!
            • urquhart "pragnienie bycia kochanym najbardziej na świecie" 30.12.10, 23:25
              > Ani ja ani mój brat nie czuliśmy sie podmiotami ani nawet równouprawnionymi czł
              > onkami rodziny, byliśmy jakby to powiedzieć... produktem ubocznym miłości naszy
              > ch rodziców.

              Ale historycznie to stan normalny dla ludzi i ich potomstwa. Przez stulecia kobiety miały jednego partnera na którego wsparcie mogły liczyć i w którego musiały inwestować i wiele dzieci, nad żadnym nie mogły się skupić, większość nie przeżywała, starsze bawiły młodsze. To teraz są niesamowite wymagania, kobieta ma statystycznie jedno góra dwoje dzieci na których się skupia a za to wielu partnerów, w których nie musi inwestować bo do łożenia na dziecko i tak zmusi ich sąd.
              Ot poprzewracało się, miłość partnerska nie jest potrzebna już i ulega dewaluacji, do niej nie zmusza ani konieczność ani hormony.

              > Konsekwencją dla mnie i mojego brata jest wieczna ambiwalencja: pragnienie byci
              > a kochanym najbardziej na świecie i pragnienie emocjonalnej niezależności od te
              > go pragnienia.

              To przecież nakręca i motywuje silnie długoletni związek i seks, czyż nie? Twój partner pewnie nawet nie wie dokładnie na jakie szczęście w lotto trafił, o ile chce tylko zagrać :)
              Czy tak właśnie nie powinno być?

              • zakletawmarmur matka idealna kontra nimfomanka 31.12.10, 16:28
                Przez stulecia kob
                > iety miały jednego partnera na którego wsparcie mogły liczyć i w którego musiał
                > y inwestować i wiele dzieci, nad żadnym nie mogły się skupić, większość nie prz
                > eżywała, starsze bawiły młodsze. To teraz są niesamowite wymagania, kobieta ma
                > statystycznie jedno góra dwoje dzieci na których się skupia a za to wielu partn
                > erów, w których nie musi inwestować bo do łożenia na dziecko i tak zmusi ich są
                > d.
                > Ot poprzewracało się, miłość partnerska nie jest potrzebna już i ulega dewaluac
                > ji, do niej nie zmusza ani konieczność ani hormony.

                A masz jakiś dowód na to założenie? Zauważyłam coś zupełnie innego.

                Mężczyzn do kobiet dzieci przywiązują bardziej (nawet niż kobiet do mężczyzn) niż seks. Wcale nie dlatego, że sądy i alimenty... Zauważ, że tu na forum pojawia się bardzo dużo postów panów zawiedzonych seksem w małżeństwie, u których nie ma mowy o rozstaniu. Częściej jest mowa o szukaniu kochanki, chodzeniu na dziwki. To sławne "dla dobra dzieci" słychać bardzo często właśnie od panów:-)

                Ja obstawiam, że jest to właśnie spadek po przodkach. Dużo bardziej oplaca zainwestować się w związek z super mamą (oczywiście atrybuty płodności też są tu ważne), kobietą, ktora poza tym jest wierna (kiedyś nie było testów DNA) dobrze zaopiekuje się potomstwem a później kombinować jak pobzykać na boku puszczalskie żony innych. Kiedyś zaangażowanie kobiety w opiekę nad dzieckiem oznaczało jego być albo nie być, przetrwanie genów lub zagładę. Dzieci napalonych nimfomanek miały dużo mniejsze szanse przeżycia niż dzieci super mam. Dlaczego więc inwestować w potomstwo, które może okazać sie cudze albo ma małe szanse na przetrwanie?

                IMO mylisz "napalenie się" z "chęcią związania". Zgadzam się, że facet będzie bardziej napalał się na nimfomankę niż super mamusię. Jednak "chęć związania się" będzie miał większą z "super mamusią" niż puszczalską:-) Oczywiście nie można mylić "super mamusi" z "zapuszczoną kurą domową".
                • urquhart Re: matka idealna kontra nimfomanka 31.12.10, 17:13
                  zakletawmarmur napisała:
                  > Mężczyzn do kobiet dzieci przywiązują bardziej (nawet niż kobiet do mężczyzn) n
                  > iż seks. Wcale nie dlatego, że sądy i alimenty... Zauważ, że tu na forum pojawi
                  > a się bardzo dużo postów panów zawiedzonych seksem w małżeństwie, u których nie
                  > ma mowy o rozstaniu.

                  Ależ masz rację. Człowiek jest istotą społeczną, dzieci zaspokajają mężczyznom ambicje i aspiracje społeczne niezależnie od uczuć które przecież też sie budują (ale nie są automatyczne i bezwarunkowe). Tą ambicją od stuleci jest męski potomek kontynuujący to co rozpoczął ojciec i to ważny element spełnienia i samooceny. To też wymaga inwestycji.

                  > Ja obstawiam, że jest to właśnie spadek po przodkach. Dużo bardziej oplaca zain
                  > westować się w związek z super mamą (oczywiście atrybuty płodności też są tu wa
                  > żne), kobietą, ktora poza tym jest wierna

                  Prymitywne kultury nie łączą seksu z rodzicielstwemi i kto wychowuje i zajmuje się matką tego dziecko i potomek. Wiec trudno to łączyć z atawistycznym spadkiem. To raczej spadek cywilizacji gdzie gromadzi się dobra i zasoby. Nie cudzołóż 5 przykazanie zalicza się do praw własności nie obyczajowości :) W judeochreścijańskiej moralności wierność kobiety (jedynie sic!) zaczyna być w cenie i jest strzeżona prawem. I mamy podłoże syndromu Madonny i Ladacznicy. Od żony oczekiwać należy wierności i zajęcia się dziećmi a seksu i namiętności od dziwek (nałożnic, niewolnic i innych które nie dziedziczą!). Pomysł jakichkolwiek zobowiązań mężczyzny do spłodzonych dzieci POZA małżeństwem to dopiero XX wiek!
                  Warto porównać sobie jak było w innych kulturach. Fakt. One jak pisałaś jednak nie odniosły sukcesu, siedzą do dziś w dżungli lub zostały spacyfikowane w niedostępnych Himalajach :)

                  > IMO mylisz "napalenie się" z "chęcią związania". Zgadzam się, że facet będzie b
                  > ardziej napalał się na nimfomankę niż super mamusię. Jednak "chęć związania się
                  > " będzie miał większą z "super mamusią" niż puszczalską:-)

                  Zasadniczo tak. Setki lat mężczyźni od kiedy nastała cywilizacja wiązali się głównie z powodów majątkowych i ambicji rodzinnych, a huciom dawali upust w burdelach i gwałcąc na wojnach. Natomiast, a ty mylisz wciąż interes genów z interesem jednostki. Namiętność to właśnie nieracjonalne działanie. Przypominam pytanie: czy zeżarcie samca modliszki przez samicę jest w jego partykularnym interesie czy w interesie jego genów?
                  Pozdrawiam Noworocznie
                  • gomory Re: matka idealna kontra nimfomanka 01.01.11, 10:14
                    > Namiętność to właśnie nieracjonalne działanie

                    Wierna puszczalska - normalnie az mi stanal i zaczalem byc gotow do lowow ;).
                    Tylko, jak drugi raz przeczytalem brzmienie tego zdania to stwierdzilem, ze bycie mezczyzna skazuje czasem czlowieka na niesamowite niedorzecznosci i przeblyski wiary w garbate aniolki. Trzeba sie pilnowac zeby jej nie ulec ;).
                    • urquhart Re: matka idealna kontra nimfomanka 02.01.11, 00:12
                      gomory napisał:
                      > Wierna puszczalska - normalnie az mi stanal i zaczalem byc gotow do lowow ;).
                      > Tylko, jak drugi raz przeczytalem brzmienie tego zdania to stwierdzilem, ze byc
                      > ie mezczyzna skazuje czasem czlowieka na niesamowite niedorzecznosci i przeblys
                      > ki wiary w garbate aniolki. Trzeba sie pilnowac zeby jej nie ulec ;)

                      Czemu nie? Gomory! :)
                      Przecież zaledwie 100 lat temu za fantasmagorie o garbatych aniołkach uznano choćby etnograficzne prace Malinowskiego zakładając ze związek wierności z wyłącznością seksualną będący podstawą kultury judeochrześcijańskiej jest definicyjnie oczywisty :)
                      Przywiązanie, lojalność, wierność i honor jest uniwersalna we wszystkich kulturach, połączenie wierności z wyłącznością seksualna w charakteryzuje naszą.
                      • gomory Re: matka idealna kontra nimfomanka 05.01.11, 10:54
                        Jeszcze nie do konca wierze, ze moja dusza odradza sie w kolejnych wcieleniach. Wiec poki co mysle, ze taki jaki jestem takim mniej wiecej pozostane ;).
                        Poki co nie potrafie tak do konca odkleic sie od wdrukowanych zasad spolecznych.
                        Gdyby wodz wioski jakiegos plemienia podsuwal mi swoja 12letnia zone byloby to DLA MNIE szokujace. Wojna moglaby ze mnie uczynic morderce, a okazja zlodziejem. Ale to nie to samo co wychowywanie sie i wzrastanie w zbrodni.
                  • zakletawmarmur Re: matka idealna kontra nimfomanka 01.01.11, 14:37
                    > Ależ masz rację. Człowiek jest istotą społeczną, dzieci zaspokajają mężczyznom
                    > ambicje i aspiracje społeczne niezależnie od uczuć które przecież też sie buduj
                    > ą (ale nie są automatyczne i bezwarunkowe). Tą ambicją od stuleci jest męski po
                    > tomek kontynuujący to co rozpoczął ojciec i to ważny element spełnienia i samoo
                    > ceny. To też wymaga inwestycji.

                    Wreszcie logiczne, nie życzeniowe, myślenie:-) Potomek jest dla mężczyzny ważnym elementem spełnienia. Dziecko nie jest, tak jak często sugerujesz, potrzebą jedynie kobiety.

                    No ale wróćmy do tematu. Ty sugerujesz, ze kobiety nagle się zmieniły się w bardziej zaangażowane macierzyńsko niż "kiedyś" bo sądy i alimenty sprawiają, że facet i tak będzie inwestował. Nie zgadzam się:-)

                    1. Prawo alimentacyjne nie wzięło się "z dupy". Miałeś kiedyś możliwość obserwować ludzi żyjących w małych społecznościach? Kiedyś ludzie tak właśnie żyli. Było sobie plemię, wszyscy siebie znali, wszystko o sobie wiedzieli i prawo nie było im potrzebne, bo tą role spełniała opinia publiczna. Ktoś był niegrzeczny to nakładali na niego różne sankcje. Myślisz, że ludzie pozwalaliby bezkarnie zapładniać kobiety (swoje córki, krewne, przyjaciółki) i nie ponosić odpowiedzialności? Pozwoliliby na niesprawiedliwość, że ojciec dziecko porzuca, skazuje na głodowanie a w tym czasie on inwestuje zasoby w inną? Presja społeczna istniała zawsze. Teraz, nasze stada są już na tyle duże i skomplikowane, że potrzebują innej, równie skomplikowanej formy nadzoru. To się nazywa ewolucja i musiała ona zajść, żeby ludzie mogli wyjść z lasu i zamieszkać w metropoliach:-) Tak jak i kiedyś nie było innych praw co nie znaczy, że ludzie mogli się bezkarnie okradać, mordować, obrażać.
                    2. Sugerujesz, że kiedyś ludzie nie wiedzieli skąd się biorą dzieci i dlatego byli bardziej "otwarci". Nie jestem tego taka pewna...
                    Ludzie regularnie dziwią się jak człowiek sprzed iluśtam lat mógł zbudować piramidy czy Stonehenge, znać się na gwiazdach, ziołolecznictwie. Doszukują się w tym działania różnych mocy. Mój ojciec w takich chwilach zwykł mówić "przecież to też byli ludzie, całkiem podobni do nas":-) Faktycznie, byli to ludzie, mieli podobną do nas inteligencje, my budujemy super maszyny, niesamowite budowle, leczmy śmiertelnie chorych, latamy w kosmos. Ale nie potrafimy zrozumieć jak tacy sami ludzie, kiedyś robili podobne rzeczy...
                    Nie jestem taka przekonana, czy faktycznie większość populacji była taka głupia, żeby nie wiedzieć skąd się biorą dzieci. Szczególnie, że kiedyś ludzie byli bliżej natury, mieli okazje obserwować nie tylko swój własny gatunek ale też inne, nawet prowadzić pierwsze eksperymenty genetyczne. Może w niektórych plemionach było tak jak twierdzisz ale czy faktycznie u większości?

                    3. Zazdrość jest uczuciem atawistycznym. Tak jak i cech, których szukamy u partnerów/partnerek. "Ideał żony" dużo się nie zmienił. To tak jak z tym wyglądem kobiety, zmieniają się mody ale podstawowe cechy pozostają bez zmian. Kobiety zawsze lubiły silnych mężczyzn i to się nie zmieniło, zmieniły się tylko atrybuty siły:-) Teraz oczywiście "atrybuty macierzyństwa" są ciutke inne.

                    Przypominam pytani
                    > e: czy zeżarcie samca modliszki przez samicę jest w jego partykularnym interesi
                    > e czy w interesie jego genów?

                    Ale jakie to ma znaczenie? Tu chodzi o kwestie wyborów. Gdyby w ogólnym rozrachunku się nie oplacało toby ewolucja nie poszła w tą stronę:-) Zwróć też uwagę, że modliszki nie zawsze były tak agresywne w stosunku do swoich partnerów. Kiedyś ktoś musiał pierwszy raz dać się zaatakować a pomimo to i tak swoją spermę jej przekazał...
                    • urquhart Re: matka idealna kontra nimfomanka 02.01.11, 00:40
                      zakletawmarmur napisała:
                      > 2. Sugerujesz, że kiedyś ludzie nie wiedzieli skąd się biorą dzieci i dlatego b
                      > yli bardziej "otwarci". Nie jestem tego taka pewna...

                      Ależ nic takiego nie sugeruję. W wielu kulturach gdzie wyłączność seksualna nie jest wartością czy nakazem związek przyczynowo skutkowy między seksem a ciążą zawsze był i jest doskonale znany. Ale tam genetyczne ojcostwo nie było wartością czy szczególna więzią.
                      Co zresztą dla społeczności jest ja się zastanowić dobre gdy w plemieniu samiec gamma opiekuje się i inwestuje zasoby samca alfa. U nas jest przecież odwrotnie w ogólności: ludzie sukcesu rozmnażają się z umiarem bo są opowiedziani, a nieopowiedzianą biedotę na zasiłku i rodziny patologiczne charakteryzuje gromadka dzieci :)
                      Co do reszty odpowiem w innym wątku.
                      • zakletawmarmur kto jest samcem alfa, beta i gama... 02.01.11, 12:42
                        > Co zresztą dla społeczności jest ja się zastanowić dobre gdy w plemieniu samiec
                        > gamma opiekuje się i inwestuje zasoby samca alfa

                        No i powiedzmy sobie szczerze. Półka to nie tylko "dobre geny" (oczywiście zawierające w sobie nie tylko atrakcyjność fizyczną ale i np. zaradność życiową) ale też:
                        - wsparcie bliskich- gdyby Paris Hilton nie urodziła się bogata to pewnie nie wyglądałaby tak świetnie i nie zrobiłaby kariery.
                        Nie tylko rodziców zresztą ale też np. żony. I nie koniecznie tylko o kasę chodzi. Nawet mało lojalna żona obniża "półkę" męża.
                        - szczęście:-) Wszystko jest kwestią prawdopodobieństwa:-)

                        W dużych miastach, gdzie nikt nikogo nie zna jest też większa łatwość uprawiania seksu pozamałżeńskiego:-) Na wiosce dobrze wiadomo kto do kogo i jak często chodzi:-)

                        U nas jest przecież odwrotni
                        > e w ogólności: ludzie sukcesu rozmnażają się z umiarem bo są opowiedziani, a ni
                        > eopowiedzianą biedotę na zasiłku i rodziny patologiczne charakteryzuje gromadka
                        > dzieci :)

                        A bo widzisz... W tamtych społeczeństwach nie ma nieskończonej ilości dóbr materialnych. Nawet ilość posiadanych krów jest ograniczona przez możliwości wypasu:-) No i przede wszystkim w tamtych społeczeństwach samiec alfa zarazem najwięcej w dzieci musi inwestować. Nie ma tak dobrze, że tylko płodzi dzieci a samce gamma na nie zapierdalają:-) W naszym społeczeństwie każdy uważa, że do płodzenia dzieci się nadaje ale nikt nie chce w nie inwestować zasobów. No chyba, że jest pewny ojcostwa i trafi na odpowiednią matkę, w którą warto zainwestować. Dlaczego?

                        W prostych społecznościach każdy zna swoje miejsce w grupie, hierarchia ważności jest ustalona i zmienia się, jednak zawsze wiadomo, kto jest lepszy i słabszy. Lepsze więcej z siebie daje do interesu konkretnych ludzi z wioski na więcej więc i zasługuje. W dużych społeczeństwach liczba osobników lepszych i słabszych zmierza do nieskończoności. Po co więc ktoś miałby bawić dzieci lepszego samca, skoro on sam jest lepszy od pewnej grupy samców (których ilość zmierza do nieskończoności).
                        Zresztą można zapytać panów z forum, co by woleli… Wypożyczyć żonę lepszemu samcowi (w dużych społecznościach zawsze się taki znajdzie) w celu zapłodnienia ale mieć w życiu ogólnie więcej seksu? Czy może jednak lepiej inwestować w własne potomstwo i seksu mieć trochę mniej...
                        • zakletawmarmur Re: kto jest samcem alfa, beta i gama... 02.01.11, 12:43
                          Gamma, gdzieś mi m zżarło.
                        • urquhart Re: kto jest samcem alfa, beta i gama... 05.01.11, 02:20
                          zakletawmarmur napisała:
                          > Zresztą można zapytać panów z forum, co by woleli… Wypożyczyć żonę lepsze
                          > mu samcowi (w dużych społecznościach zawsze się taki znajdzie) w celu zapłodnie
                          > nia ale mieć w życiu ogólnie więcej seksu? Czy może jednak lepiej inwestować w
                          > własne potomstwo i seksu mieć trochę mniej...

                          To stary żydowski dylemat:
                          Czy lepiej mieć niewielkie udziały w świetnym interesie, czy kiepski interes ale za to cały na własność :)
              • sisi_kecz za duzo czynników 01.01.11, 14:03
                wieczna ambiwalencja: pragnieni
                > e byci
                > > a kochanym najbardziej na świecie i pragnienie emocjonalnej niezależności
                > od te
                > > go pragnienia.
                >
                > To przecież nakręca i motywuje silnie długoletni związek i seks, czyż nie?

                co motywuje i nakręca długoletni związek to chyba od wielu czynników zależy.
                to że kobieta zmienną jest, to może nakręcać jednych, a odpychać innych.
                To, że jako kobieta chcę być kochana, to może być motywujące do inwestowania w związek ze mną, ale może też zniechęcać do mnie, jako tej która WYMAGA.
                To że dobraliśmy sie z moim menem jak w korcu maku i tak dobrze na siebie działamy, to może być wynikiem działania tak wielu czynników, że nie upatrywałabym przyczyny w mojej ambiwalencji, a jednocześnie jest całkiem możliwe, że to właśnie ona stanowi bardzo istotny czynnik naszego "magnesowania".
                Ogólnie mam to gdzieś, ważne że działa, a ponieważ nie zmienię swojej osobowości nawet nie muszę o to dbać- samo sie dzieje.
                Tak samo zależy ode mnie, jak i od męża, jak długo będzie sie działo.

                W każdym razie, wolałabym aby moje dzieci odczuły sie bardziej potrzebne na tym swiecie niż ja i nie szukały potwierdzenia swej wartości we wrażeniu jakie na twarzy obcej osoby wywołuje ich obecność, bo to często pcha w ramiona nieodpowiednich osób, tylko dlatego, że okazują miłość.

                duze pozdro!!!
                • zamysloneniebo Śmierć namiętności, a może jej przemiana...? 04.01.11, 01:54
                  urquhart napisał:

                  > zamysloneniebo napisała:
                  > > Dla tych, którzy byli w więcej niż jednym związku i mają porównanie- jeśl
                  > i była
                  > > różnica i w którymś związku znacznie szybciej/znacznie później, niż w inn
                  > ych,
                  > > namiętność wygasła, to czy widzicie jakąś zależność, co powoduje, że trwa
                  > ona d
                  > > łużej, lub krócej? Może jakieś cechy partnera, np. wyjątkowo Wasz typ, po
                  > woduje
                  > > /powodował, że dłużej trwało szaleństwo? Może rodzaj relacji, czy cokolwi
                  > ek inn
                  > > ego?
                  >
                  > Zastanawiam się co to tak naprawdę ta tak ujęta "namiętność". Bo tak ujęta podc
                  > hodzi po pod narkotyczne procesy chemiczne zakochania spełnionego w seksie. Tak
                  > ujęta przemija dość szybko i nieubłaganie.
                  > "Pojęcie namiętności w języku polskim najczęściej odnosi się do seksualności i
                  > zmysłowości. Wiąże się je ze stanem odczuwania silnego i nieodpartego uczucia d
                  > o drugiej osoby, które powoduje utratę kontroli intelektualnej nad zachowaniem(
                  > ...) "
                  > Faktycznie z czasem odzyskuje się kontrolę intelektualną :)
                  > Ale pożądanie, przyciąganie, podniecenie, seksualne spełnienie skierowane w kie
                  > runku danej osoby to jednak też namiętność, nie mająca nic już wspólnego z samo
                  > napędzającym się zakochaniem i wymagająca zaplanowania, stwarzania okazji, podt
                  > rzymywania i dokładania do ognia.

                  Urquhart, zakładając temat i stawiając takie pytania, miałam na myśli namiętność właśnie "podchodzącą pod narkotyczne procesy chemiczne zakochania spełnionego w seksie" ;) Chociaż to właściwie niekoniecznie tutaj się kończy, bo tak: jeśli przyjmiemy, że największe zakochanie i fascynacja partnerem (należy partnera nie znać, domyślać się jedynie, co on może zrobić, fascynować się nowością i odkrywaniem tajemnic ;)) trwa kilka miesięcy, to jest to za mało, biorąc pod uwagę teorię, która głosi, że namiętność trwa ok. 2 lat. Im dalej więc, tym zakochanie mniejsze i namiętność również się zmienia z biegiem czasu. Te około dwa lata, wystarczają, by zakochanie przerodziło się w miłość, namiętność jednak nadal trwa, chociaż partnera znamy już lepiej, więcej o nim wiemy, więcej wiemy też o jego zachowaniach w łóżku. Ja chciałam porozmawiać o namiętności, tej, która trwa ok. 2 lat, ale może i więcej, lub mniej, a co najważniejsze, odczuwanej w sposób subiektywny. W pewnym momencie czujemy, że namiętność się skończyła, tzn. w łóżku może być gorąco w moim odczuciu (i na szczęście) jeszcze długo, ale poza nim, namiętności (tej kojarzonej z zakochaniem) już nie ma, co na relacje panujące w łóżku może, ale nie musi mieć wpływu.

                  I tu pojawia się pytanie, co dalej. Kilka osób wyżej napisało, że po wielu latach nadal może być świetnie i nadal namiętność w ich związkach występuje. Jest to jednak inny rodzaj namiętności (żądzy u Sisi;)) i wcale nie musi być gorszy. Namiętność więc może mieć różne odcienie i w dojrzalszych związkach, nie jest tożsama z zakochaniem. Nadal jednak może trwać.

                  Możnaby się również zastanowić, jak można osiągnąć taki stan w długoletnim związku (Gomory coś na ten temat napisał) i starać się to wprowadzać w życie. Widać, że taki stan przedłużonej (i odmienionej) namiętności to stan, którego nie osiąga każdy. Są pary, u których namiętność występuje tylko jako naturalny stan (bo "wypływający" z zakochania) i po + - dwóch latach się kończy, nie jest jednak przedłużona i nic z niej nie zostaje.
                  Może sztuką w takim razie jest nie godzić się na zupełny zanik namiętności i przyjąć (wypracować?) jej inną formę, trwalszą, a jednocześnie być może mniej intensywną, ale więcej wartą? Pytanie do osób, którym to już się udało, jak to osiągnąć?
                  • eudajmonika Re: Śmierć namiętności, a może jej przemiana...? 04.01.11, 10:56
                    "Namiętność więc [...] nie jest tożsama z zakochaniem."

                    Dziesiątka!

                    "Może sztuką w takim razie jest nie godzić się na zupełny zanik namiętności i przyjąć (wypracować?) jej inną formę, trwalszą, a jednocześnie być może mniej intensywną, ale więcej wartą? Pytanie do osób, którym to już się udało, jak to osiągnąć?"

                    Tutaj, na forum pojawiały się wielokrotnie opinie, że namiętność jest niesterowna [attraction is not a choice]. Przyznaję, że efektowna, elegancka teoria - można dać się zwieść. Z drugiej strony wypowiada się tutaj wiele osób, których doświadczenie temu przeczy - pozostają w wieloletnich satysfakcjonujących związkach, nie narzekają na śmierć namiętności - niektóre nawet mają na tyle wglądu w siebie, że próbują opisywać techniki podsycania namiętności.
                    Zatem na tak postawione pytanie - czy namiętność jest od nas zależna, czy też my jesteśmy zależni od namiętności? - mamy dwie wykluczające się odpowiedzi. Której wierzyć?
                    Na pewno warto się przyjrzeć osobom, które z przekonaniem prezentują oba poglądy. Uderzyło mnie, że ku teorii zakładającej niesterowność namiętności skłaniają się osoby z relatywnie niedługim stażem lub osoby, o któych związkach nic nie wiadomo, bowiem wypowiadają się na tym forum głównie jako komentatorzy cudzych wpisów lub występują ex catedra załączając linki do popularno- lub para-naukowych publikacji, pozostawiając osobiste doświadczenia do swojej wyłącznie wiadomości.
                    Podczas gdy wśród osób, które wspominają o prawdopodobieństwie skuteczności "pracy" nad namiętnością w związku zauważyłam nie tyle nawiązania do teorii naukowych, ile próby odniesień do sytuacji osobistej, z której wynika, że namiętność pojawia się w ich związkach również pogwarancyjnie.

                    Nie ukrywam, że wolałabym, aby to namiętność zależała ode mnie, niż abym ja miała być zależna od niej. Doświadczenie mówi mi, że nie jest to tylko myślenie życzeniowe. Niestety, nie umiem tak precyzyjnie jak Gomory opisać działań, które pozwalają mi cieszyć się namiętnością, mimo upływu gwarancji. Do tej pory dość dobrze działały wszelkie działania destabilizujące nurt codzienności. Tworzenie napięć, wirów i mieszanie w przestrzeni wspólnej. Niestety, nie udawało mi się generowanie tego napięcia w sobie - myślę, że ta technika, którą opisuje Gomory jest dużo bardziej obiecująca, bo choć w jakiejś mierze pozostaje zależna od niepożądanych działań partnera, jest jednak bardziej "autonomiczna" niż to, co stosowałam dotychczas. Widzę tylko jedno zagrożenie - generowanie takiego napięcia wewnętrznego wobec umiarkowanego zapotrzebowania partnera może skutkować implozją lub przeniesieniem wygenerowanej żądzy na inny podmiot :-(.


                    • sisi_kecz Re: Śmierć namiętności, a może jej przemiana...? 04.01.11, 11:28
                      Dołączę sie do mimochodem dawanych przytyków edajmonii i po imieniu powiem, że owszem w tym temacie mógłby wiele opowiedzieć OD SIEBIE urquhart: w jaki sposób on podtrzymuje (lub wg innej teorii, jak mu sie podtrzymuje) namietność w związku.
                      Mógłby ale nie musi i skoro taki jego wybór, że pisze bezosobowo lub za pomocą linków, to przecież trzeba to uszanować.
                      Jak wszystko co nas wkurza u innych osób, a do czego one mają prawo ;)

                      A Ty, koleżanko chyba jajca sobie robisz z tym filozowaniem; czy implozja nastąpi?
                      Nic w przyrodzie nie ginie, im więcej dasz, tym więcej dostaniesz, suma sumarum wyjdzie na korzyść.
                      Poza tym, nie mozna sie zmusic do namiętności, zaś wystarczającą sprawą do jej wystapienia IMO, jest fakt: chcenia i zakiełkowania tego pomysłu w głowie.
                      Dobrym sposobem są te podobne do medytacji, jogi ogólnie te, które otwierają umysł, a potem wyłączają go dyskretnie i oddaja pole sercu.
                      Jeśli masz w sobie pragnienie, namiętność, emocje seksualne, to wystarczy poszukać techniki , która je uwolni.
                      Nakierować to potem na konkretny męski model, to już szczegół ;)
                      A martwić sie siła tych emocji na pewno nie należy- toż to samo dobro, a tego nigdy dość ;)

                      Zgadzam sie z tym, iż namiętność (żądza) tożsama z zakochaniem nie jest.
                      To tym bardziej świadczy, że mozna nią sterować i generować z siebie.

                      A z mojego osobistego doświadczenia to polecam technikę : niezawodnego skojarzenia.
                      Na pewno masz coś co zawsze Cię podnieca.
                      Zrób tak, aby ten element zawsze pojawił sie kiedy chcesz wywołać namiętność, w realu lub w Twojej głowie- a potem daj sobie przyzwolenie, by usłyszec jak z trzaskiem otwieraja sie w Tobie drzwi i uwalnia sie dysząca pożądaniem namiętność, czy jak to tam sie te osobiste stany zmysłowego pobudzenia opisuje.

                      W każdym razie najpierw muszą być myśli, które określają naszą świadomość, a te myśli tworzymy sami i to my możemy tym wszystkim kierować.
                      To że nie czujemy namiętności, to też sobie sami wymyślamy ;)

                      duze pozdro!!!
                      -
                      Mężczyzna jest zwierzęciem niedomyślnym.
                      Jest prosty jak budowa syfonu. A syfon się nie domyśla.
                      by Cejrowski
                      • urquhart Re: Śmierć namiętności, a może jej przemiana...? 05.01.11, 02:07
                        sisi_kecz napisała:
                        > Dołączę sie do mimochodem dawanych przytyków edajmonii i po imieniu powiem, że
                        > owszem w tym temacie mógłby wiele opowiedzieć OD SIEBIE urquhart: w jaki sposób
                        > on podtrzymuje

                        :) oj podpuszczasz C.C.
                        Sprzedawanie wspólnych sekretów bez przyzwolenia może być uznawane za nadużycie zaufania , czyż nie?

                        > To tym bardziej świadczy, że mozna nią sterować i generować z siebie.
                        > A z mojego osobistego doświadczenia to polecam technikę : niezawodnego skojarze
                        > nia

                        Podoba mi się i trafia do mnie to co napisałaś. Ale jeszcze, żądza (namiętność?) to energia która się pojawia pomiędzy pierwiastkiem męskim i żeńskim. Trzeba zadbać o odpowiednią polaryzację tych elementów myśląc o stwarzaniu okazji do jej pojawienia się energii.

                        • urquhart Re: Śmierć namiętności, a może jej przemiana...? 05.01.11, 08:42
                          > Sprzedawanie wspólnych sekretów bez przyzwolenia może być uznawane za nadużycie
                          > zaufania , czyż nie?

                          Z drugiej strony jednak siedzenie okrakiem na granicy nadużycia zaufania też ma niebagatelny wpływ na utrzymywanie pożądaniu o którym byłoby nie uczciwie nie wspomnieć w podsumowaniu jak powyżej :)
                          >>>
                          Odrobina zazdrości jest korzystna dla związku, szczególnie na początku, zanim rozkwitnie pełne zaufanie. Jest wówczas wyrazem troski o drugą osobę i miarą ich wzajemnego zaangażowania we wspólny związek. „Może służyć jako test sprawdzający, czy w daną relację warto inwestować" – twierdzi prof. David Buss. Z jego badań wynika, że aż 42 proc. kobiet celowo wzbudza lekką zazdrość u swoich mężów. To sprawia, że mają one udane związki. Jak twierdzi Esther Perel, autorka bestsellera„Inteligencja erotyczna", odrobina zazdrości i niepewności w związku zwiększa wzajemne pożądanie i satysfakcję seksualną.
                          www.wprost.pl/ar/176026/Sila-zazdrosci/
                        • sisi_kecz Re: Śmierć namiętności, a może jej przemiana...? 05.01.11, 12:43
                          > :) oj podpuszczasz C.C. '

                          może trochę, ale to tylko taka nieudolna próba wobec Twojej niezłomnej postawy ;)

                          > Sprzedawanie wspólnych sekretów bez przyzwolenia może być uznawane za nadużycie
                          > zaufania , czyż nie?
                          >

                          moze jest nawet tak, że to niesprzedawanie sekretów jest objawem dobrej kondycji związku ?

                          Ale to zależy, czy czujesz że tak powinieneś postępować, bo oboje macie takie zdanie, czy jest to objaw Twojej osobistej potrzeby do schowania swoich skarbów przed napastliwym wzrokiem motłochu ;)
                          Bo jeśli to drugie to jesteś sobek i wpadasz na dyskusje nie dając nic od siebie, bo nie jesteśmy tego godni.
                          Albo jesteś introwertyczny i masz problem z nazywaniem emocji i pisaniem o zyciu osobistym.

                          W kazdym razie, postawę szanuje niezaleznie od genezy, ale nie zgodze sie z tym ze to zawsze i u kazdej pary jest naduzycie zaufania.

                          Ale jeszcze, żądza (namiętność?
                          > ) to energia która się pojawia pomiędzy pierwiastkiem męskim i żeńskim
                          Trzeba zadbać o odpowiednią polaryzację tych elementów myśląc o stwarzaniu okazji do j
                          > ej pojawienia się energii. '

                          To chyba meski punkt widzenia związany z tym, ze musio pojawić sie atrakcyjne kobiece ciało, by sie chciało ;)
                          Z mojego punktu widzenia pierwiastek męski jest odbiorcą mojego "promieniowania" i nie on go generuje.
                          Ale moze jestem skrajnym przypadkiem, więc nie uogólniam tego na populację kobiet.
                          Ale w sumie sie zgadzam: seksowne męskie gesty nigdy nie są źle widziane ;)

                          duze pozdro!!!
                          • gomory Re: Śmierć namiętności, a może jej przemiana...? 05.01.11, 14:09
                            > Albo jesteś introwertyczny i masz problem z nazywaniem emocji i pisaniem o zyciu osobistym.

                            Albo jest ekstrawertykiem ktory wyszeptal malzowince swoj login, a od wlasnej to lepiej zna zony kolegow. Tudziez ma obawy, ze sie wyda dlaczego premier nie chodzi na glosowania do sejmu. Moze jednak nie lubi po prostu obnazac sie przed facetami.
                            Najwyrazniej jednak nie da sie tego sekretu wydusic na forum ;).
                          • urquhart Myślenie Życzeniowe o Miłości a Śmierć namiętności 08.01.11, 13:29
                            sisi_kecz napisała:

                            > Bo jeśli to drugie to jesteś sobek i wpadasz na dyskusje nie dając nic od siebi
                            > e, bo nie jesteśmy tego godni

                            Droga CC, dramatyzujesz, bo o sobie i od siebie na tym forum opowiedziałem cała historię. A że nie w jednym wątku i nie wałkuję jej przy każdej okazji. Ty zresztą jesteś krócej i też nie odnosisz się wciąż do siebie i własnych przeżyć :)
                            Ale przecież to taki standard z książek Graya które poniekąd lubisz: mężczyźni koncentrują się komunikując się na problemie (może być w oderwaniu od siebie) a kobiety na emocjach (wsparciu emocjonalnym dlatego piszą o sobie znacznie więcej) :)

                            > To chyba meski punkt widzenia związany z tym, ze musio pojawić sie atrakcyjne k
                            > obiece ciało, by sie chciało ;)
                            > Z mojego punktu widzenia pierwiastek męski jest odbiorcą mojego "promieniowania
                            > " i nie on go generuje.
                            > Ale moze jestem skrajnym przypadkiem, więc nie uogólniam tego na populację kobi
                            > et.

                            A jednak nie irytowałaś się kiedy rozmawialiśmy o budowaniu atrakcyjnego spolaryzowanego obrazu kobiety przez atrakcyjne seksowne ubieranie się?
                            Ignorowanie bodźców wzrokowych które budują obraz to podstawowy błąd u kobiet. Oczekiwanie on że będzie kochał bezwarunkowo to myślenie życzeniowe które zabija żądzę i namiętność.

                            Szkoda że nie jesteś świadoma że mężczyźni też mają wpływ na polaryzowanie tej energii i że to działa w obie strony. To podstawowy błąd, tzw, "miłych facetów" którzy zabijają w zalążku namiętność i żądzę. Bo namiętność i żądza kobiet niestety budzi się do mężczyzn drani, zdecydowanych władczych, impulsywnych, nieprzewidywalnych, tajemniczych. TO przeciwieństwo "miłych facetów". "Mili faceci" rozumiejący kobiety usłużni i nadskakującym kobietom myśląc że tak ich zdobędą i "zapracują" na seks przy domowych porządkach, gotowaniu, zaspokajaniu materialnych potrzeb rodziny, także brną w ślepą uliczkę myślenia życzeniowego.
                            Zrozumienie i wykorzystanie tego że będąc "miłym facetem" jedynie się pogrążam i oczekując od partnerki seksualnego spolaryzowania, sam błędnie interpretuje sygnały i nie polaryzuje energii seksualnej odpowiednio po swojej stronie było przyznam się przełomowym momentem.

                            • grosz-ek Nie zgadzam się z tezą, 08.01.11, 19:10
                              że

                              > "Mili faceci"
                              > rozumiejący kobiety usłużni i nadskakującym kobietom myśląc że tak ich zdobędą
                              > i "zapracują" na seks przy domowych porządkach, gotowaniu, zaspokajaniu materia
                              > lnych potrzeb rodziny, także brną w ślepą uliczkę myślenia życzeniowego.

                              Trzeba być miłym, uprzejmym i usłużnym - bo to buduje atmosferę w związku. Ale oprócz tego trzeba być kreatywnym i zdecydowanym w sprawach seksu. Kobiety oczekują, że to mężczyzna będzie wykazywał w tej materii inicjatywę. Że to on będzie stroną aktywną. Że On będzie im mówił, co Ona ma teraz zrobić dla niego. Czy to loda w sali obok, czy podwójny uśmiech do aparatu, czy niezwruszenie prowadzić rozmowę telefoniczną pomimo minety. Domena seksu w małżeństwie jest męskim obszarem kompetencji. I jeśli mężczyzna się wycofuje z tych kompetencji - to nie dziwota. Ale to nie ma nic wspólnego z byciem "miłym" facetem. Bo można być miłym i pomocnym w domowych obowiązkach, ale zażądać od niej do ich wykonywania odpowiedniej motywacji - np. spódniczki mini bez bielizny. I wcale przez to nie stracić na "miłości" w oczach kobiety, a wręcz zyskać na "męskości".
                            • sisi_kecz Re: Myślenie Życzeniowe o Miłości a Śmierć namięt 10.01.11, 11:40
                              dramatyzujesz, bo o sobie i od siebie na tym forum opowiedziałem cała
                              > historię. A że nie w jednym wątku i nie wałkuję jej przy każdej okazji. '

                              nie chodzi o wałkowanie (teraz Ty dramatyzujesz) tylko o nawiązanie do własnych rozwiązań kiedy temat i wypowiedź w nim sie o to prosi.
                              Owszem, też nie lubie wywlekania osobistych przeżyć za każdym razem ale takie ex catedra wypowiadane sądy lub wstawiane linki nie przekonują ani nie pomagają, więc zależy po co sie pisze na forum.


                              A jednak nie irytowałaś się kiedy rozmawialiśmy o budowaniu atrakcyjnego spolar
                              > yzowanego obrazu kobiety przez atrakcyjne seksowne ubieranie się? '

                              a to byś musiał przypomnieć mi o jaką dyskusję chodzi, bo bardziej pamietam, kiedy sie irytuję ;)
                              A irytowałam sie przy dyskusji o katastrofach, które odbierają dzieci z przedszkola i nie stroją sie z tej okazji na lachonki.


                              > Szkoda że nie jesteś świadoma że mężczyźni też mają wpływ na polaryzowanie tej
                              > energii i że to działa w obie strony. '

                              no nie, do meskiej kłody bym sie nie rozgrzała, to jasne.

                              Bo namiętność i żądza kobiet nie
                              > stety budzi się do mężczyzn drani, zdecydowanych władczych, impulsywnych, niepr
                              > zewidywalnych, tajemniczych.
                              Czyli nie jestem kobietą.
                              Jestem pedałką i to w dodatku lecę na lezbijków : pewnych siebie, poukładanych, odpowiedzialnych, inteligentnych i dowcipnych oraz traktujących mnie jak najwspanialszą osobę występującą we wszechświecie.

                              Zrozumienie i wykorzystanie tego że będąc "miłym facetem" jedynie się pogrążam
                              > i oczekując od partnerki seksualnego spolaryzowania, sam błędnie interpretuje s
                              > ygnały i nie polaryzuje energii seksualnej odpowiednio po swojej stronie było p
                              > rzyznam się przełomowym momentem.
                              wcale nie twierdzę, że na pewne panie to działa, więc gratuluje znalezienia kluczyka do tej konkretnie pani.

                              ale jak twierdził cytowany kiedyś przeze mnie komik, to znaczy tylko tyle że umiesz zrobić dobrze tej jednej kobiecie, a gówno wiesz jak zrobić dobrze każdej innej ;)

                              duze pozdro!!!
                      • eudajmonika Re: Śmierć namiętności, a może jej przemiana...? 05.01.11, 14:45
                        Jeśli przez "filozofowanie" rozumiesz radosne snucie domysłów, to uściślam, że moje obawy nie mają nic wspólnego z teorią.
                        Czasami od przybytku (żądz) głowa boli, a czasem nawet podbrzusze.
                        • sisi_kecz Re: Śmierć namiętności, a może jej przemiana...? 07.01.11, 11:05
                          Eudajmoniko, ale Ty jesteś o ile dobrze pamiętam w innej sytuacji.

                          Nie cierpisz na zamarłą namietnośc do partnera, tylko na przerost sportu nad seksem ;)

                          W tytułowym poscie zrozumiałam, że chodzi o to jak podtrzymać namiętnośc która wygasa z czasem i w tym sensie pisałam ze jak sie ją podtrzymuje to nie należy skupiać sie i obawiać jej ilości a tylko na jej ciągłym istnieniu.

                          duze pozdro!!!
                          • eudajmonika Re: Śmierć namiętności, a może jej przemiana...? 07.01.11, 16:09
                            Naprawdę aż tak mętnie piszę? Hmmmm...

                            W tytułowym poście Zamyślone Niebo snuje rozważania, czy mamy wpływ na poziom namiętności, czy też po pewnym, określonym przez specjalistów czasie, powinniśmy raczej porzucić wszelkie nadzieje i pogodzić się z szarą rzeczywistością bez fajerwerków. W sumie dość dziwna konstatacja - jeśli rzeczywiście tak by było, że namiętność zdycha nolens-volens po 24 miesiącach, przecież nikt by się tutaj nie użalał na współmałżonka - ot, zdechło obojgu i już!
                            Szereg osób wypowiedziało się w tym wątku, że ich doświadczenie zadaje kłam badaniom naukowców. Moje również.

                            Co do moich perypetii sportowo-seksualnych, to moja sytuacja jest taka, że "z natury" mam nadmiar żądz w stosunku do poziomu ochoty mojego partnera. Ponieważ próby zarażenia zapałem męża zazwyczaj dają mierne wyniki, chwilowo swoje żądze wprowadziłam w stan hibernacji. Ożywianie ich w sposób wspomniany przez Ciebie może doprowadzić do niepożądanego ich rozwoju z tego przetrwalnikowego stanu. To miałam na myśli pisząc o implozji i innych potencjalnych problemach.
                            • sisi_kecz Re: Śmierć namiętności, a może jej przemiana...? 07.01.11, 16:25
                              Nie, nie piszesz mętnie, małe nieporozumienie :)
                              Pewnie z mojeje strony, bo zasugerowałam sie Twoimi pytaniami do gomory'ego, ze dociekasz teoretycznie jak podtrzymywać namiętność, a nie jak ją gasić lub regulować w dół do poziomu partnera.
                              Dlatego też odpisałam wtedy, że wzbudzanie namiętności powinno być odpuszczeniem sobie kalkulacji i pozwoleniem sobie na radość i dzikość ;)

                              Co do hibernacji, to przepraszam ale jestem przeciwnikiem. Energie trzeba jakoś zużyć, ukierunkować , bo schładzana i gromadzona wyleje sie jadowita ropą.
                              Wcale nie mówię o sporcie ;)

                              duze pozdro!!!
                    • poitevin Re: Śmierć namiętności, a może jej przemiana...? 04.01.11, 14:27
                      > Tutaj, na forum pojawiały się wielokrotnie opinie, że namiętność jest niesterow
                      > na [attraction is not a choice]. Przyznaję, że efektowna, elegancka teoria - mo
                      > żna dać się zwieść. Z drugiej strony wypowiada się tutaj wiele osób, których do
                      > świadczenie temu przeczy - pozostają w wieloletnich satysfakcjonujących związka
                      > ch, nie narzekają na śmierć namiętności - niektóre nawet mają na tyle wglądu w
                      > siebie, że próbują opisywać techniki podsycania namiętności.

                      Jako, że jestem w długoletnim, satysfakcjonującym (mnie na pewno;)) stadle małżeńskim, to pozwolę sobie przedstawić pewną teoryjkę, która powstała na podstawie własnych doświadczeń. Trafiło mi się parę związków, które rozpoczęły się bardzo gwałtownie i od razu miały kontekst seksualno-miłosny. Zwykle kończyły się rozczarowaniem i zniechęceniem, czy jednej czy drugiej strony. Z aktualnym mężem znamy się lat ponad dwadzieścia z czego kilka pierwszych to była luźna znajomość, która po czasie zamieniła się w coś w rodzaju przyjaźni. W kazdym razie ja go dość długo traktowałam jak najlepszą przyjaciółkę, bo w przeciwieństwie do reprezentantek mojej płci umiał dochować sekretu i miał mocniejszą głowę:) Przekształcenie naszych relacji następowało stopniowo. W każdym razie nie zaczeło się od wielkich motyli w brzuchu, więc być może dlatego trwa. Taka jest moja prawda - im większe emocje na początku, tym szybszy koniec.

                      A czy namiętność jest sterowalna? Nie sądzę, żeby była całkiem zależna od woli, ale w jakiś tam nieznaczny sposób można ją świadomie utrzymywać lub istniejącą podsycać. Nie wiem jak to się dzieje, ale mój mąż kojarzy mi się głównie z seksem, dopiero potem z ojcostwem, przyjaźnią i sprawami organizacyjnymi. Ponieważ sama uważam, że ten stan w naszym wieku nie jest normalny, więc myślę, że mam go poukładanego w swojej głowie w szufladzie "seks" i chyba nie stało się to całkiem somoistnie...
                      • urquhart Re: Śmierć namiętności, a może jej przemiana...? 05.01.11, 01:27
                        poitevin napisała:
                        > Z aktualnym mężem
                        > znamy się lat ponad dwadzieścia z czego kilka pierwszych to była luźna znajomo
                        > ść, która po czasie zamieniła się w coś w rodzaju przyjaźni. W kazdym razie ja
                        > go dość długo traktowałam jak najlepszą przyjaciółkę, bo w przeciwieństwie do r
                        > eprezentantek mojej płci umiał dochować sekretu i miał mocniejszą głowę:) Przek
                        > ształcenie naszych relacji następowało stopniowo. W każdym razie nie zaczeło si
                        > ę od wielkich motyli w brzuchu, więc być może dlatego trwa. Taka jest moja praw
                        > da - im większe emocje na początku, tym szybszy koniec.

                        To wredne ale faktycznie tak to widzą szanacę na długowieczność i stabilność związku rożne kultury.
                        Wielka romantyczna miłość od pierwszego wejrzenia jak tłumaczą psycholodzy to wielkie oczekiwania które im większe tym większe rozczarowanie i rozgoryczenie partnerem/partnerką po opadnięciu okularów zakochania albo po wejściu w inną fazę i jej zakończeniu jak urodzenie dziecka.
                        • poitevin Re: Śmierć namiętności, a może jej przemiana...? 05.01.11, 17:07
                          urquhart napisał:

                          > To wredne ale faktycznie tak to widzą szanacę na długowieczność i stabilność zw
                          > iązku rożne kultury.

                          To nie wredne, w wielu kulturach uważa/ło się, że małżeństwa aranżowane są najtrwalsze. Być może głównie ze względów majątkowych, ale jednak:)
    • salma75 Re: Śmierć namiętności. 05.01.11, 14:01
      Nie ma reguły.
      A te 2 lata to jakieś brednie są.

      Nasz związek zawsze był pełen namiętności. Na początku niedojrzałej, będącej raczej popędem, chucią - ot dwoje młodych ludzi uczyło się siebie.
      Z czasem namiętność rosła, nie przytępił jej czas (mijały kolejne lata), fakt ślubu czy 2 lata później ciąży. Przystopowały nas dopiero narodziny dziecka - w 8 lat po poznaniu się. Mały tak nam dał popalić, że spaliśmy na siedząco, namiętność poszła się...paść ;). Na kilka miesięcy. Seks sporadyczny, dla zdrowotności, blee... Na szczęście pozbieraliśmy się do kupy szybciutko i namiętność kwitła sobie znowu spokojnie. Nawet narodziny drugiego potomka jej nie zaszkodziły, ogień w łóżku nie gasł :).
      Po 18 latach od poznania się i 12 latach po ślubie dopadł nas pierwszy i jak do tej pory ostatni poważny kryzys. Oboje chyba za bardzo skupiliśmy się na sobie, swoich problemach, oddaliliśmy się od siebie. Jak można się domyślić na namiętność miejsca nie było... Seks był, ale przyjemność z niego marna. Coś jak jedzenie bez przypraw.
      Włożyliśmy dużo wysiłku, pracy by uratować nasz związek, skorzystaliśmy z pomocy poradni dla małżeństw by wróciło to co było. Udało się.
      Od 2 lat jest jak nigdy dotąd :).
      Mam prawie 36 lat, mąż prawie 39, jesteśmy niecałe 14 lat po ślubie, jako para 20 lat razem. Kochamy się nad życie, w naszym seksie jest tyle namiętności, że dałoby się obdzielić kilka par. Od 2 lat uprawiamy seks przynajmniej raz dziennie, tak, że aż iskrzy, dech zapiera :). Jest cudownie!

      Pozdrawiam :).
      • eudajmonika Re: Śmierć namiętności. 05.01.11, 14:42
        Gratulacje!
        Ja raczej bym się żądzami z nikim nie dzieliła ;-), ale skoro sama wspominasz o takiej możliwości, to może napisz choć, JAK Wam się udaje krzesać takie iskry po tyyyylu latach?!
        • salma75 Re: Śmierć namiętności. 05.01.11, 15:21
          eudajmonika napisała:

          > Gratulacje!
          > Ja raczej bym się żądzami z nikim nie dzieliła ;-), ale skoro sama wspominasz o
          > takiej możliwości, to może napisz choć, JAK Wam się udaje krzesać takie iskry
          > po tyyyylu latach?!

          Nie wiem, to się samo dzieje ;).

          A poważnie, jesteśmy ze sobą bardzo blisko, wiele nas łączy, mamy wspólne pasje (kino, teatr, góry, kajaki), spędzamy ze sobą każdą wolną chwilę - egoistycznie podrzucamy dzieci babci i wyjeżdżamy gdzieś tylko we dwoje. Cieszy
          nas swoja obecność, bardzo :).
          Nie wolno ani na chwilę zaniedbać miłości - trzeba ją pielęgnować choćby przez drobne gesty w ciągu dnia, małe przyjemności. I pamiętać o tym, że dzieci kiedyś pójdą swoją drogą - poświęcać im czas, ale nie zapominać o osobie najważniejszej - życiowym partnerze.
          • salma75 Re: Śmierć namiętności. 05.01.11, 15:24
            Aaa! No i dbanie o wygląd. Niby sprawa banalna, ale często po macoszemu traktowana. Uwielbiamy swoje ciała, jesteśmy dla siebie wciąż bardzo atrakcyjni fizycznie. Nie można, no nie można się zapuścić!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka