notyouraveragegirl
18.08.15, 03:49
Chyba nadszedł kolejny dla mnie etap w drodze do podjęcia decyzji o rozwodzie... Chciałabym je pokonywać szybciej.
Nie wiem co jeszcze musi się stać, żeby do mnie dotarło, że to sytuacja bez wyjścia, a raczej z jedynym wyjściem zakładającym moje wymiksowanie się z tego układu. Niektórzy z Was być może pamiętają moją historię o mężu, który woli masturbację od seksu... Przez pewien czas było w tej materii nawet lepiej... Ale jak to zwykle bywa - na bardzo krótki czas. W zeszłym tygodniu, po kolejnych awanturach, błaganiach przyznał się wreszcie, że znów to zrobił... I że kłamał wcześniej na temat tego, że nie robił. Następnie wyjechał na dwa dni do pracy... Chciałam bez kłótni i awantur powiedzieć mu jak się czuję, więc napisałam wiadomość:
"Nienawidzę Cię. Nienawidzę Cię teraz z całej siły… Za kolejne kłamstwa, za to, że pod tym względem nic a nic się nie zmieniasz… A raczej zmieniasz się na minus bo nawet nie czujesz powinności, żeby mnie porządnie za to przeprosić, za to, że dla Ciebie to "nic takiego". Za to, że potrafisz tak brutalnie wykorzystywać fakt, że z całych sił staram się Tobie ufać… Za to, że potrafisz pisać "kocham Cię! Nie kłamię Kotusiu!!!", że kiedy piszę, że nadal nie wierzę, Ty odpisujesz, że Ci przykro…Za to, że piszesz, że nie masz się czego bać, kiedy pytam czego się boisz, że zapewniasz, że nic nie zrobiłeś i jeszcze próbujesz mnie wpędzać w poczucie winy, że Ci nie wierzę. Że marnujesz po kolei wszystkie szanse, które Ci daję, że uniemożliwiasz mi to, aby Ci zaufać… Za to, że nie wiem czy cokolwiek w naszym życiu jest prawdą...
Znów mnie straciłeś… Nie przez masturbację, ale przez kłamstwa i brak starania… I przez smsa, który w tak wulgarny sposób odnosił się do moich podejrzeń, które po tylu kłamstwach, które od Ciebie usłyszałam, nie są w nawet najmniejszym stopniu nieuzasadnione… Tak bardzo w ostatnim czasie starałam się, by Ci ufać, by wierzyć w to, że może nam się udać, że uda nam się wszystko poukładać. Chciałam żebyśmy byli bliżej. Po raz kolejny zaproponowałam wspólne pieniądze, wyczekiwałam wspólnego czasu, planowałam naszą podróż życia, zapragnęłam mieć z Tobą dzieci… A dziś znów siedziałam i płakałam przez kilka godzin i zastanawiałam się gdzie się podziewają wszystkie nasze pieniądze i ile razy mnie zdradziłeś, choć zapewniasz, że tak się nie stało…
Nie mam żadnego poczucia bezpieczeństwa, praktycznie codziennie zastanawiam się kiedy wyjdzie na jaw coś nowego...
Nie chcę i nie mogę tego zrobić sobie i moim przyszłym dzieciom by nie ufać ich Tacie, nie mogę być przez niego ciągle odrzucana i czuć się piękna tylko gdy nie ma go w pobliżu, nie mogę też tak entuzjastycznie reagować na przejawy zainteresowania mną by rozmyślać o tym później i czerpać z tego poczucie własnej wartości… to nie małżeństwo, to nie wspólne życie, tylko "poczekalnia" na coś innego, lepszego bez względu na to czy wydarzy się wewnątrz małżeństwa, czy poza nim.
Wyszłam dziś wieczorem na dwór… Zapłakana, ubrana tylko w cienki materiał, bez żadnej bielizny pod spodem... Czułam wiatr i deszcz na każdym kawałku swojej skóry… Wdychałam zapach burzy… I odetchnęłam z ulgą bo wiem, że cokolwiek się stanie to sobie poradzę. I nie muszę się godzić na byle jakie życie u boku kogoś, kto tak naprawdę nigdy nie pragnął mnie mieć, więc nie potrafi też docenić, że oddałam mu się na wyłączność…Jedynym sposobem, by uratować nasze małżeństwo jest wyrzucenie z niego śmieci, których Ty nie byłeś, nie jesteś i wątpię, że kiedykolwiek będziesz, w stanie się pozbyć..."
Odpisał mi tylko "Nie potrafię nic tak na szybko odpisac poza tym, ze Cie przepraszam i, ze jestem dupkiem.."
Od tamtej pory nie ustosunkował się do mojej wiadomości w żaden sposób, ani pisemnie ani podczas rozmowy... od trzech nocy śpię w innej sypialni a on nie podjął żadnej próby byśmy spali razem, wczoraj powiedział tylko "jak chcesz to możesz spać w naszym łóżku, a ja pójdę do gościnnego".
Muszę przestać się wreszcie okłamywać, że on mnie kocha i opierać te kłamstwa na fakcie, że chętnie odbiera mnie z pracy i robi mi śniadanie. A jeśli nie ma miłości, to nie ma w imię czego znosić braku intymności... Gdyby tak można było się wyłączyć i obudzić gdy przestanie już boleć
:(