wont2
01.02.16, 20:10
Nie pisałbym tych pierdół jakbym po pierwsze nie był nagięty, po drugie - podjarany. I wreszcie, po trzecie - jakby gogol nie pisał tych swoich pierdół o za friko czy nie za friko. Często przecież granice są bardzo płynne. W sobotę poimprezowałem sobie do szóstej rano w lokalu odległym o jakieś 50 metrów od mojego hotelu. Oczywiście niedziela wyjęta z życiorysu plus fakt, że wyleczona podagra przeskoczyła sobie właśnie płynnie po tym chlaniu z prawego stawu skokowego na drugi najmniejszy palec u prawej stopy. Ale to drobiazg, tyle tylko że moje plany pouprawiania sportu idą się jebać. No ale wtedy właśnie poznałem Moyę, menedżerkę tego lokalu. No i jakoś wpadliśmy sobie nawzajem w oczy i były jakieś miziania, całowania (a to jednak dość niezwykłe, bo trzeba nadmienić, że w tej kulturze publiczne okazywanie sobie czułości jest źle postrzegane). Wczoraj byłem w zbyt złym stanie, żeby się pokazywać publicznie - zszedłem tylko raz na dół coś zjeść, resztę niedzieli przespałem i przeleżałem. I Moya zadzwoniła do mnie z pytaniem dlaczego nie przychodzę, skoro obiecałem (fakt, obiecałem). No i przyszedłem dzisiaj i znowu było fajnie, ugotowała mi nawet zupę, i zaproponowała sama z siebie, że przyjdzie do mnie do hotelu jak skończy pracę. Pieniądze nie wchodzą w grę, nie będę jej przecież bezczelnie płacić ale może chodzi jej o dopieszczanie dobrego klienta lokalu? A może chce wyemigrować do UE? A może po prostu zrobiłem na niej miłe wrażenie i chce się ze mną poruchać za friko? A może zasnę kamiennym snem i będzie się bezskutecznie dobijać do moich drzwi? Zobaczymy :)