wont2
26.10.17, 20:56
Cześć, ponieważ mało się ostatnio tutaj dzieje to wrzucam taki z dupy wyjęty refleksyjny tekst, bazujący na moich przemyśleniach z ostatnich kilku dni.
W ostatnich kilku dniach miałem okazję poznać dwie nowe rzeczy: ruch MGTOW i bloga Stickmana o Tajlandii.
1. Ruch MGTOW.
Men Going Their Own Way. Z pojęciem zetknąłem się na braciach samcach. Literalnie interpretując, jestem chyba MGMOW więc powinienem się identyfikować. Ale jakoś się nie identyfikuję. Obejrzałem parę filmików na youtubie i... rozumiem emocje zranionych mężczyzn i że trzeba odreagować, ale MGTOW to jest taki skrajny feminizm a rebours - tamte nienawidzą mężczyzn a tamci kobiet. Jak ktoś rzeczywiście "is going his own way" to chyba ma resztę w dupie, w szczególności co tam sobie jakieś głupie pizdy myślą, nieprawda? Zupełnie tego nie kupuję.
2. Blog Stickmana o Tajlandii
www.stickmanbangkok.com/
Parę dni temu zalinkowałem artykuł "Why I never married a Thai", który wpadł mi w łapska dzięki guglowi i od tego czasu przeczytałem kilkadziesiąt, jeśli nie więcej, wpisów na tej stronie o jasnych i ciemnych (częściej ciemnych) stronach życia w Land of Smiles. Zresztą, nie tylko w Tajlandii ale i w całym regionie. Jeśli miałbym być szczery to był chyba taki trzeci internetowy otwieracz oczu w moim życiu, po BSwM i podrywaj.org. Żeby było jasne - mimo, że historie dzieją się w Tajlandii albo regionie i dowodzą, że można włożyć między bajki mokre sny o byciu Christianem Fletcherem, który przybija do egzotycznej wysepki zamieszkanej przez atrakcyjne, egzotyczne dupy, które chcą się z tobą stukać, ot tak, bo jesteś biały i obcy, to również paradoksalnie stawiają w dobrym świetle nasze krajowe dupencje, które jeszcze nie są aż tak zblatowane, aż tak skoncentrowane na kasie i aż tak zaborcze. Żeby było jasne - nie chodzi tylko o te smutne opowieści kiedy farang zakochał się w dziwce ale o opowieści o tak zwanych "dobrych", normalnie pracujących dziewczynach i różnicach kulturowych, które po prostu są nie do przeskoczenia dla mężczyzn, którzy chcą być kochani w sposób właściwy dla naszej kultury - czyli, że najważniejszy jest mąż/żona/dzieci, potem rodzice, potem inni - według dowolnej konfiguracji (rodzeństwo, przyjaciele etc). W tamtejszej kulturze, i to się powtarza w wielu wpisach, dla kobiety rodzice to głowa, dzieci to mięso i krew, bracia i siostry to ręce i nogi a mąż jest tylko ubraniem :) Mogłem coś popierdolić w tym cytacie ale generalnie, takie jest podejście tajskich kobiet - nie tylko wobec Farangów ale i Tajów. Taka kultura i podejście do związków międzyludzkich. Jak ktoś chce i akceptuje siebie jako dostarczyciela wyłącznie nasienia i bahtów to niech w to wchodzi ale ja chyba spędzę tą moją emeryturę w Tajlandii czy innym kraju regionu ruchając od czasu do czasu dziwki, w interwałach zaspokajając się Rońką, żeby broń Boże nie dać się porwać azjatyckiej gorączce. Generalnie, podsumowując - wszędzie chodzi o kasę, pozycję, wpływy ale tam jeszcze bardziej niż tutaj. U nas, przynajmniej, jest to w jakiś sposób społecznie piętnowane albo przynajmniej według naszych uniwersalnych zasad - chwalenie się pieniędzmi, statusem społecznym, władzą jest przynajmniej uznawane za niesmaczne i wstydliwe. Tam jest odwrotnie. Jesteś tym, na kogo wyglądasz. Możesz mieć miliony ale jak nie wyglądasz i nie żyjesz jak milioner to nie jesteś milionerem :)