adanik
05.05.05, 20:58
Witam, jestem nowa...
Czytam i szukam na tym forum jakiejs nadziei, ze można wyjsc
z kanalu jakim jest brak seksu w malzenstwie.
Jestem w takim kanale i o dziwo jestem strona, ktora chce mniej
niz ta druga. Zwiazek - 4,5 roku, blisko 2 lata po slubie. Seks
od poczatku znajomosci. Do momentu zaobraczkowania wspaniale,
przy kazdej okazji a nawet w miejscach i w porze nie do konca
standardowej. Po slubie: mieszkanie z rodzicami w ciasnym, akustycznym
domu, potem tabletki hormonalne i zupelny spadek libido z mojej strony.
Praca meza i jego zmiana (z czulego, wyrozumialego spokojnego czlowieka
stal sie cholerykiem z ciaglymi pretensjami). Byl to okres, kiedy seks
zdazal sie raz w miesiacu. Od roku nie biore hormonow, libido powoli
wraca. Ale i tak czesciej niz raz, dwa razy w tygodniu to dla mnie max,
dla niego codziennie. Jest coraz gorzej, ciagle pretensje do mnie o wszystko,
ciagle robie cos zle. Juz mi sie nie chce starac, a wierzcie staram sie
bardzo. Nie bez naczenie sa te jego humory, bo na seks wieczorem pracuje sie
caly dzien. A on mnie od siebie wprost odpycha. Szantazuje. Ciagle klotnie.
Pracuje cale dnie i czasem noce. Mamy malo czasu dla siebie. Czesto widzimy
sie: on mnie spiaca gdy kladzie sie spac w srodku nocy, ja jego spiacego gdy
wstaje rano. Gdy juz sie spotykamy, to albo ja nie mam ochoty, albo mam okres,
albo cos tam innego. Wiem, to ja jestem ta strona mniej aktywna, mam problemy
ale zawsze myslalam, ze wspolpracujac, wykazujac zrozumienie i cierpliwosc
mozna przeniesc gory. Bo przeciez kiedys bylo dobrze, wiec to nie tak, ze
jestesmy "niedopasowani". Mozna to chyba naprawic?
Ale on sie poddal, znalazl sobie przyjaciolke, podobno tylko internetowo -
telefocznina co to sie jej zwierza a ona jemu. Podobno chęć seksu z nia
skonczyla sie tylko na checi. I nawet mu wierze. Tylko czuje sie potwoernie
zraniona, zdradzona. Bo nie staral sie rozmawiac ze mna, tylko z inna.
Bo poszedl na latwizne. Bo sie poddal. Bo szantazuje, ze juz stracil ochote
na podejscia do mnie. Ze juz nie ma sily.
I ja sie pytam: czy malzenstwo nie zobowiazuje do ciaglej walki o nie?
Ja z nim bylam w tylu trudnych chwilach, i tez myslalam czasem, ze nie mam
juz sily, po czym bralam sie w garsc i znow ciagnelam tez woz. A on sie
poddal i juz.
Czy nie ma nadziei dla mnie, czy naprawde nie warto sie starac? Czy jestem
przypadkiem beznadziejnym, neuleczalnym?
No i strasznie sie boje, ze tej "zdrady" nie bede umiala zapomniec, i teraz
zablokuje sie na Amen.
Co robic, co myslec. Od paru dni jestem chodzacym strzepkiem nerwow. Rozne mysli
chodzily mi po glowie. Ale kocham go i chcialabym zeby bylo jak dawniej.
Boje sie, ze on poddal sie calkiem, a przeciez teraz to on musi byc silnejszy,
bo ja czuje sie zbyt zraniona zeby byc sila napedowa do zgody.
Poradzcie.