szczery43
13.09.05, 08:59
...jest moim zdaniem czymś naturalnym i nie ma się w zasadzie czym przejmować.
Z tym jest tak jak ze wszystkim w życiu - dawało bodźca, burzyło hormony,
dodawało skrzydeł niczym RedBull a potem organizm powiedział "STOP". A
organizm wie co robi....
Małżeństwa (oczywiście nie te "wpadkowe") zaczynają się wszystkie tak samo:
Zauroczenie, pożądanie, burza hormonów powodująca wyidealizowanie
partnerki/partnera, spontaniczny i dający mnóstwo wspaniałych przeżyć seks -
no jest cudownie po prostu. A potem wszystko się uspokaja. Hormony wracają do
poziomu poprzedniego, zaczynamy myśleć trzeźwiej, widzieć więcej, to i owo
zaczyna nam przeszkadzać - jej obwisłe piersi, jego opona czyli tzw. mięsień
piwny, jej bóle głowy, jego pociąg do pilota od TV... Uniesienie minęło,
zaczyna się szara rzeczywistość. Seks? No cóż - ograliśmy już wszystko, teraz
będa już tylko powtórki, ale nie tak spontaniczne jak wtedy gdy byliśmy
szaleni, teraz to już będzie na spokojnie i według rozkładu jazdy, wszystko
zaplanowane, wykalkulowane... Koszmar.
Jak napisałem wyżej - hormony uspokoiły się, widzimy, słyszymy i czujemy
więcej niż wtedy kiedy partner był ikoną a my byliśmy gotowi rozwalić łeb /
wydrapać oczy każdemu kto by śmiał powiedziec cokolwiek na temat naszej
ukochanej osoby. Widzimyu się takimi, jakimi jesteśmy i dopiero teraz decyzja:
Jesteśmy razem czy mówimy sobie "adieu" - jest decyzją wiążącą i świadomą.
Robimy kalkulację zysków i strat i podejmujemy strategiczną decyzje - decyzję
na resztę życia i trzeba to zrobić szybko, póki się ma te trzydzieści, no,
góra 40 lat, bo później to już będzie kicha i po ptokach - życie na straty,
czekamy na następne...
Miłość?
Nie ma jej proszę Państwa.
Najpierw jest małpi rozum a potem albo się sypie albo jedzie już do końca na
przyzwyczejeniu, przywiązaniu, wspólnocie spraw i interesów - ale już nigdy
nie będzie tak, jak na początku. Fizjologia, nie przeskoczysz...