champion2007
05.10.06, 09:47
Więc tak, po 3 latach abstynencji, wymyślania powodów niechęci do seksu,
obiecywania wizyty u lekarza (hormony, ciąża) stało się to co miało się chyba
stać. Spotkałem swoją byłą, urodą przebija żonę w każdym calu, postawą i
zachowaniem także. To był mój ideał kobiety, rozstaliśmy się ze wzgędlu na
czynniki zewnętrzne, na które nie mieliśmy wpływu. Każde z nas poszło swoją
drogą. Ja ożeniłem się, mam syna, ona ma córkę. I wszystko byłoby OK. No ale
niestety 3 lata abstynencji doprowadziło do tego, że stałem się drażliwym
człowiekiem, unikałem ludzi, zamykałem się w sobie, zaczęły się
niekontrolowane wybuchy złości, coraz więcej nienawiści między mną i żoną. Bo
przeciez skoro ja jestem taki niedobry to ona ani myśli się ze mna kochac ja
najpierw muszę się zmienić. Nie umiem się zmienić juz dla niej, co z tego że
przez 2,5 roku byłem kochającym mężem, mam dośc udawania, że jest ok.
Spotkałem przypadkowa moją byłą... spędziliśmy ze sobą 2h (pociąg) i przez te
2h ja czułem jak wraca we mnie cała wiara, czułem się znów zdolnym przenosić
skały, czułem się znów najbardziej atrakcyjnym na świecie i pożądanym
mężczyzną. A wystarczyło tylko kilka jej gestów, kilka słów przypomnienia jaki
kiedyś byłem, kilka słow zapewnienia, że to nie moja wina. Oboje chcielibyśmy
się spotkac ponownie, ale oboje mamy rodziny. Wiemy, że byłoby nam dobrze,
znaliśmy się doskonale. Czy tak dużo trzeba, aby żona zrozumiała, że to teraz
od niej zależy, aby było dobrze? A może jej już nie zależy. W zasadzie
przestało mi zależeć na niej, przestało mi zależeć na seksie z nią, moja
wyobraźnia zaapsorbowana jest moją byłą. Nie nie planuje skoku w bok, ale
spotkanie z nią uświadomiło mi, że są kobiety dla których mogę być wciąż
atrakcyjnym mężczyzną, wciąż pożadanym. Uświadomiło mi, że ktoś może pragnąć
seksu ze mną. Że to nie we mnie jest problem. Że moja wybuchy złości nie mają
wpływu na postawę mojej żony, poprostu nareszcie znalazła dla siebie
wiarygodne wytłumaczenie odmowy.
I co teraz... przez żonę będę cierpiał tak czy siak, jeśli odejdę (rozwód)
stracę w pewnym sensie syna (2 latka), jeśli zostanę będę człowiekiem wrakiem,
albo oszustem zdradzającym "legalną" żonę. Jak zwykle to facet będzie
wszystkiemu winien, nie kobieta, bo ona biedna sama z dzieckiem zostanie.
Żaden sąd nie da mi syna na wychowanie, taka juz jest natura kaczolandu.