Dodaj do ulubionych

Brak dzieci=szczescie w malzenstwie?

06.12.07, 15:41
Troche wsadze kij w mrowisko,ale sledzac sasiednie watki na temat
malzenstwa i dzieci i tak mimiwoli dochodze do wniosku,ze gdyby nie
pojawienie sie dziecka to malzenstwa by nie przechodzily kryzysow i
nie byloby zdrady, rozwodow itp.
W takim razie po co ludzie decyduja sie na dzieci jezeli ich
pojawienie sie powoduje kryzys malzenstwa i moze gozic jego
rozpadem? Czy nie lepiej zrezygnowac z posiadania dziecka i cieszyc
sie udanym malzenstwem?
No i na konciec czy myslicie,ze szczesliwe malzenstwo swiadomie i
dobrowolnie rezygnujace z posiadania dziecka ma wieksze szanse na
zycie dlugie i szczesliwe niz takie w ktorym jednak pojawiaja sie
dzieci?

Ps. wg obiegowej opini to wlasnie dzieci powinny spajac malzonkow i
cementowac zwiazek,a tu wychodzi,ze w zyciu jest raczej wrecz
przeciwnie.
Obserwuj wątek
    • avide Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 06.12.07, 16:05
      yadrall napisała:

      > Ps. wg obiegowej opini to wlasnie dzieci powinny spajac malzonkow i
      > cementowac zwiazek,a tu wychodzi,ze w zyciu jest raczej wrecz
      > przeciwnie.


      Dzieci cementują. Jednak wszędzie trzeba chęci obu stron.
      Wg mnie małżeństwo bezdzietne, ale takie świadome z wyboru to małżeństwo ułomne.
      To nie dzieci są przyczyną problemów tylko my sami.
      Trzeba przede wszystkim słuchać siebie wzajemnie. Ludzie się od siebie oddalają,
      gdyż tego nie robią. Zazwyczaj słuchamy ale nie słyszymy albo nie chcemy słyszeć
      bo to co słyszymy jest nie po naszej myśli, wymaga od nas wysiłku.

      Jeśli dzieci nie będzie z czasem pozostanie uczucie, że czegoś w życiu się nie
      doświadczyło. Czegoś ważnego. I to może być taki sam gwóźdź do trumny.

      Pozdrawiam
      Avide
      • wiek_chrystusowy Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 06.12.07, 16:13
        avide napisał:


        > Wg mnie małżeństwo bezdzietne, ale takie świadome z wyboru to małżeństwo ułomne

        mógłbyś rozwinąć teorię 'ułomności' małżeństwa bezdzietnego...?
        • kanapony Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 06.12.07, 17:45
          "ułomne"
          tylko słówko jest źle dobrane
          moim zdaniem - w większości przypadków małżeństwu bez dzieci jednak
          czegoś brakuje i nie czują się w pełni szczęśliwi
          no, chyba że tych dzieci nie chcą - wtedy jest ok, skoro tak
          zadecydowali...

          a odnosząc się do tytułowego wątku
          autorka napisała "wg obiegowych opinii" - i wszystko jasne
          obiegowe opinie z zyciem nic wspólnego nie mają
          jak mówię, że nie chcę wyjśc za mąż to większośc (zwłaszcza)
          starszych znajomych mi nie wierzy albo - nieraz - napadają na mnie,
          bo przecież powołanie kobiety, nie wiesz co mówisz... ble, ble,
          ble... to samo jest jak mówię, że jeszcze nie jestem gotowa na
          dziecko...
          ale opinia społeczna zakłada, że kobieta do 22 roku wyjdzie za mąż,
          no... po studiach... i zaraz dziecko i już szczęście do końca
          życia... nie biorąc pod uwagę wogóle tego życia - warunków,
          okoliczności, charakterów, seksu, sąsiadek, pracy, stresów....
        • zelm71 Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 06.12.07, 19:58
          Jeśli z wyboru to jest wygodnictwo i jest to chore. Takie jest moje
          zdanie.
          • kalina1970 Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 06.12.07, 21:01
            zelm71 napisał:

            > Jeśli z wyboru to jest wygodnictwo i jest to chore. Takie jest
            moje
            > zdanie.
            ale co jest chore?to,ze dwojka ludzi swiadomie rezygnuje z
            posiadania potomstwa??
    • glosatorr Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 06.12.07, 16:06
      yadrall napisała:

      > Troche wsadze kij w mrowisko,ale sledzac sasiednie watki na temat
      > malzenstwa i dzieci i tak mimiwoli dochodze do wniosku,ze gdyby
      nie
      > pojawienie sie dziecka to malzenstwa by nie przechodzily kryzysow
      i
      > nie byloby zdrady, rozwodow itp.

      Niestety to nie pojawienie się dziecka jest przyczyną rozwodów,
      zdrad, braku seksu w małżeństwie - pojawienie się dziecka wyłacznie
      odsłania przyczyny, ujawnia prawdę o nas samych, jest testem uczuć,
      sprawdzianem odpowiedzialności, dojrzałości... Nie ma co dziecka
      winić za to, że ludzie do swoich ról - ojca, matki czesto nie
      dorośli, nie dojrzali, że wogóle nie są do nich przygotowani.

      > W takim razie po co ludzie decyduja sie na dzieci jezeli ich
      > pojawienie sie powoduje kryzys malzenstwa i moze gozic jego
      > rozpadem?

      A Ty mi odpowiedz - jak czesto pojawia się na świecie dziecko, które
      jest owocem miłości dwojga ludzi, jego pojawienie się jest wolną i
      przemyslaną i chcianą przez obie strony związku decyzją?
      Jak czesto przyszła matka ma pewność, że jej mąż (wybranek) jest
      przygotowany do roli ojca jej dzieci? Ilu facetów zastanawia się czy
      są zdolni do ojcostwa a wybranki ich serc poza ładnym tyłkiem,
      płaskim brzuchem, urodą i cyckami są wogóle dobrym materiałem na
      matkę?
      Obawiam się, że to nieliczne osoby. Bardzo nieliczne.
      Dla wielu kobiet dziecko jest czymś upragnionym - szczególnie kiedy
      budzi się instynkt - ale dla większości pań, to taka idee fix, forma
      marzenia o laleczce, gdzie bardzo chca je mieć, ale zapominają, że
      dziecko potrzebuje nie tylko mamy...

      > Czy nie lepiej zrezygnowac z posiadania dziecka i cieszyc
      > sie udanym malzenstwem?

      A wiesz ile małżeństw rozpada się bo chcą mieć dziecko a nie mogą? A
      wiesz ile jest zdrad wynikających z tego, że jedna strona chce mieć
      dziecko a inna o tym nie chce słyszeć? A wiesz ile małżeństw nie
      może na siebie patrzeć, bo ich każde zbliżenie ma słuzyc prokreacji,
      i niczemu innemu? Wiesz ilu facetów czuje się wyłacznie jak dawcy
      spermy? A ile kobiet czuje się jak inkubatory wykorzystywane do
      spełniania męskich ambicji?
      Wszystko Yadrall - każdą opcje - i tą i tamtą i owamtą - jeśli za
      tym nie ma prawdziwych uczuć, prawdziwej bliskości,
      odpowiedzialności za drugą stronę, troski, wsparcia - MIŁOŚCI - z
      tego czy innego powodu wpływa to na rozpad związku.

      > No i na konciec czy myslicie,ze szczesliwe malzenstwo swiadomie i
      > dobrowolnie rezygnujace z posiadania dziecka ma wieksze szanse na
      > zycie dlugie i szczesliwe niz takie w ktorym jednak pojawiaja sie
      > dzieci?
      >

      To wszystko zalezy od ludzi, od tego co dla nich jest wazne i jak
      bardzo rozumieją problem związany z posiadaniem albo brakiem
      dziecka. I tu i tam są inne, wcale nie małe problemy...

      > Ps. wg obiegowej opini to wlasnie dzieci powinny spajac malzonkow
      i
      > cementowac zwiazek,a tu wychodzi,ze w zyciu jest raczej wrecz
      > przeciwnie.

      Dzieci - nigdy nie będą i nie są środkiem do jakiegokolwiek celu.
      Każdy kto myśli, że dziecko coś załatwi - myli się. Dziecko za to
      jest papierkiem lakmusowym związku. Jęsli z rodzicami wszystko jest
      ok - zdrowo rośnie, rozwija się i staje się normalnym zdrowym
      cżłowiekiem. Jesli związek jest chory - w pierwszej kolejności z
      dziecmi dzieje się źle
    • your_and Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 06.12.07, 16:32
      W Polsce co roku gine 5000 osób w wypadkach samochodowych a pare
      razy tyle zostaje rannych.
      Czy aby być zdrowym i szczęśliwym trzeba zrezygnować z auta?
      Nie! Auto to przyjemność, poczucie wolności i fun!
      Trzeba tylko prostu umiejetnie jeździć, wystrzegać sie brawury i
      mieć jak nawiekszą wiedzę o zagrożeniach zeby ich unikać.
      • your_and Najpierw miłość potem rodzicielstwo 06.12.07, 16:41
        Wszystko pitoli sie jeśli pozamiania się miescami priorytery i
        relacja z dziećmi staje sie ważniejsza niż związek ktrórego są
        owocem.

        Już pisałem, ale przypomnę bo pełna odpowiedź jest tu : Miłość
        szczęśliwa : Terapia par Berta Hellingera

        Dla związku ważne jest, że ma pierwszeństwo przed byciem rodzicami,
        bowiem bycie rodzicami jest kontynuacją związku. Jeśli jakaś para ma
        trudności i prosi mnie o radę, wtedy często pytam: "Co ma dla was
        pierwszeństwo: bycie rodzicami, czy bycie parą?". Albowiem jeśli
        para ma dzieci, często bycie rodzicami zabiera całą energię i dla
        pary niewiele wówczas pozostaje. Miłość rodziców do dzieci karmi
        się miłością pary, jest jej kontynuacją. Jeśli więc relacja pary
        znów może zająć pierwsze miejsce, wtedy udaje się też lepiej bycie
        rodzicami. A przede wszystkim: dzieci, które widzą, że ich rodzice
        się kochają, czują się bardzo szczęśliwe.

        www.dobreksiazki.pl/b3139-milosc-szczesliwa-terapia-par-berta-hellingera.htm
    • glamourous Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 06.12.07, 16:39
      Nie wiem co na to powiedza nasi dwaj forumowi specjalisci od
      psychologii ewolucyjnej, ale moim skromnym zdaniem malzenstwo bez
      dzieci to taki troche biologiczny slepy zaulek. A biologia nie lubi
      slepych zaulkow i ma to do siebie, ze lubi sie mscic jesli ktos
      pogwalca jej prawa.

      Nie trzeba chyba nikogo przekonywac, ze bezdzietne malzenstwa, tzw
      takie ktore z jakichs tam przyczyn na dziecko sie nie zdecydowaly -
      lub zwyczajnie nie mogly go miec - rowniez przezywaja kryzysy.
      Takimi zwiazkami rzadza te same prawa co parami dzieciatymi. Rowniez
      dopada ich rutyna, znudzenie, konflikty, zauroczenie innymi osobami.
      Przy czym po pewnym czasie nastepuje cos co ja
      nazywam "wyprztykaniem sie zwiazku" odlatuja motylki, namietnosc i
      pojawia sie pustka. Bo przeciez nie zawsze kochankowie beda miec po
      20 lat i radosnie biegac po imprezach. Para na dluzsza mete bez
      dzieci, a przynajmniej bez jakichkolwiek planow prokreacyjnych,
      zaczyna degenerowac jak kazdy biologiczny twor bez racji bytu.
      Dla przykladu przytocze tu casus pewnej znajomej bedzietnej pary (a
      byla to ich wspolna decyzja : postawili na kariere, podroze i
      korzystanie z zycia) ktora niedawno rozstala sie po 18 latach
      wspolnego zycia. Mezczyzna wlasnie oczekuje potomka z inna kobieta,
      sporo od niego mlodsza, swoja notabene sekretarka - i szaleje ze
      szczescia. Zona zas zostala na przyslowiowym lodzie : samotna
      czterdziestolatka w pustym mieszkaniu, czuje sie oszukana.

      Jaki z tego wniosek? Nawet jesli nam sie zdaje, ze unikajac dzieci
      unikamy klopotow i kryzysow - nigdy nie uda nam sie przewidziec,
      jaki numer wytnie nam nasz zegar biologiczny, doprowadzony do
      ostatecznosci...
      • kanapony Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 07.12.07, 20:56
        ...malzenstwo bez dzieci to taki troche biologiczny slepy zaulek. A
        biologia nie lubi slepych zaulkow i ma to do siebie, ze lubi sie
        mscic jesli...

        nie można mieszac rodzicielstwa i małżeństwa
        moim zdaniem
        posiadanie dzieci to sprawa biologiczna - to mamy czy chcemy, czy
        nie (nie każdy wykorzystuje)
        ale posiadanie męża/żony to sprawa społeczna (socjologia?) - tego
        bez cywilizacji byśmy nie mieli
    • zelm71 Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 06.12.07, 17:19
      Moja prywatna opinia jest taka - ja ożeniłem się po to aby mieć z
      moją lubą dzieci. Nie wyobrażam sobie inaczej. Bez dzieci na
      początku jest fajnie - zero problemów ale później z wiekiem
      doskwiera samotność i ludzie dziwaczeją (znam takie pary w mojej
      rodzinie). Jeśli przez dzieci są problemy w małżeństwie to znaczy że
      ktoś do czegoś nie dorósł albo jest nieodpowiednim partnerem. Dzieci
      to oczywiście problem ale ile wzamian nam dają ile radości i
      szczęscia i nie porównasz tego z wycieczką we dwoje na Bora Bora.
      Oczywiście niektóre pary nie mogą mieć dzieci i to jest dramat.
      Natomiast nie rozumiem tych którzy ich nie chcą.
      Wiem że niektórzy się obruszą ale takie jest moje zdanie.
      • wiek_chrystusowy Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 06.12.07, 19:36
        zelm71 napisał:

        > Moja prywatna opinia jest taka - ja ożeniłem się po to aby mieć z
        > moją lubą dzieci. Nie wyobrażam sobie inaczej.

        czyli gdyby luba dzieci mieć nie mogła lub nie chciała, dajesz jej kopa w tyłek
        i szukasz następnej?
        • zelm71 Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 06.12.07, 19:55
          Adoptowałbym
          • ilragazzo Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 11.12.07, 14:20
            zelm71 napisał:

            > Adoptowałbym

            a żyłeś kiedyś w takiej kombinowanej rodzinie? Co byłoby tutaj
            naczelną zasadą: spełnienie własnej zachcianki (posiadania dziecka)
            czy może empatia wobec ciężkiego losu dziecka w sierocińcu i chęć
            pomocy?

            Ta pierwsza opcja nie wzbudza mojego zaufania...
            • wiek_chrystusowy Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 11.12.07, 17:02
              ilragazzo napisał:


              > Co byłoby tutaj
              > naczelną zasadą: spełnienie własnej zachcianki (posiadania dziecka)
              > czy może empatia wobec ciężkiego losu dziecka w sierocińcu i chęć
              > pomocy?

              oczywiście, że to pierwsze. Nie liczyłby się nawet z chęciami swej 'lubej', bo
              czy ona chce, czy nie chce, dziecko będzie adoptowane, bo Zelm71 sobie inaczej
              nie wyobraża ;)

    • aandzia43 Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 06.12.07, 18:00
      Wydaje mi się, że małżeństwo, w którym obydwoje świadomie, zgodnie i
      przemyślanie rezygnują z dzieci, może być szczęśliwe, trwałe i
      spełnione na przestrzeni całego zycia. Przykładem mogą być pary
      bezdzietnych pasjonatów - naukowców, artystów, podróżników.

      Żle się dzieje natomiast, gdy dzieci mają ludzie, którzy nie powinni
      ich mieć, a mają. Z głupoty, powielania schematów, rozpędu. Taką
      parą było podobno małżeństwo Nancy i Ronalda Reganów. On zwracał się
      do niej per "mamusiu" i tak ją traktował, ona mu matkowała i
      spełniała swoją potrzebę zaistnienia poprzez jego karierę (na którą
      sama też ciężko pracowała). Dla mnie jeden wielki rzyg, ale to tylko
      dla mnie. Każdy żyje sobie jak chce i nic mi do tego. Otóż, dzieci
      państwo Reganowie mieli (co pewnie przyczyniło się do budowania
      image prawicowego polityka), ale je zmarnowali, bo nie było na nie
      miejsca w tym stadle mamusi i syneczka. Para fantastycznie
      uzupełniających się i współgrających narcyzów, szczęśliwa w swoim
      sosie permanentnie zaniedbywała emocjonalnie swoje potomstwo.
      • avide Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 06.12.07, 18:28
        pozwoalisz Andzia że się nie zgodzę.

        Jeśli ludzie tak siebie odbierają to znaczy że nie do końca są udaną parą a to
        znaczy że powinni dać sobie spokój.

        jak poznajesz WŁAŚCIWEGO człowieka to posiadanie z nim dziecka jawi Ci się jako
        jedno z najcudowniejszych rzeczy na świecie.
        Jeśli zaś jesteś z kimś ... bo tak wyszło, bo miałaś/ęś chwilowe zaćmienie
        umysłu i tak już zostało czy co tam jeszcze czy jakikolwiek inny powód to wcale
        się nie dziwię, że czasami można świadomie zrezygnować. Jednak jak spotkasz
        kogoś takiego że świat się na nim kończy .... nawet taki artysta chciałby mieć z
        taką osobą dziecko. Tak właśnie nas natura poukładała, że potrafimy się zupełnie
        zatracić... trzeba tylko odpowiedni trafić.

        pozdrawiam
        Avide
        • aandzia43 Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 06.12.07, 22:24
          Avide napisał:
          > Jeśli ludzie tak siebie odbierają to znaczy że nie do końca są
          udaną parą a to
          > znaczy że powinni dać sobie spokój.
          Nie bardzo wiem, do której częsci mojej wypowiedzi się to zdanie odnosi :-)))

          Jeśli chodzi o małżeństwa bezdzietne, a zbudowane na wspólnej pasji, to opieram
          się tylko na tym, co wyczytałam tu i ówdzie. Na jakichś wypowiedziach,
          biografiach i wspomnieniach. Deklaracje o związku spełnionym bez potomstwa
          wydają mi się to brzmieć sensownie.
          A do końca udana para...? Nie wiem, czy takie istnieją. Zawsze jakiś aspekt
          pozostaje niezrealizowany. Życie w parze to też kompromisy i wyrzeczenia. Chodzi
          tylko o to, by te wyrzeczenia nie dotyczyły spraw dla danej jednostki
          fundamentalnych. By cena nie była za duża. Bo wtedy już tylko gorycz
          niespełnienia...

          Ja dziecko mam, macierzyństwo to jedno z najważniejszych i najsilniejszych
          doświadczeń mojego życia. Nie umiem sobie wyobrazić siebie teraz bez tego
          doświadczenia, bo jest ono już integralną częścią mnie. Kształtowało mnie przez
          ostatnie 20 lat. Bez niego byłabym bez wątpienia kimś innym. Nie wiem, czy
          gorszym, ale na pewno zupełnie innym. A już pojęcia nie mam, jak wyglądał by mój
          związek bez dziecka. Jakiś kompletny social fiction. Nawet nie staram się gdybać
          na ten temat.


          Jednak jak spotkasz
          > kogoś takiego że świat się na nim kończy .... nawet taki artysta chciałby mieć
          > z
          > taką osobą dziecko. Tak właśnie nas natura poukładała, że potrafimy się zupełni
          > e
          > zatracić... trzeba tylko odpowiedni trafić.

          Zatracić się, to jedno (duzo emocjonalnych osób chętnie pieczętuje dzieckiem
          każdą nową miłość), ale zbudować udany i stabilny związek damsko-męski z
          przychówkiem, to zupełnie inna sprawa. W drugą stornę: mogę sobie wyobrazić
          ludzi kochających się bardzo i nie dążacych do pieczętowania go dzieckiem.
        • cyjanokobalamina Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 06.12.07, 22:41
          avide napisał:

          >
          > jak poznajesz WŁAŚCIWEGO człowieka to posiadanie z nim dziecka
          jawi Ci się jako jedno z najcudowniejszych rzeczy na świecie.

          A tam, nie masz racji. Mnie posiadanie dziecka samo w sobie nie jawi
          sie jak to opisujesz.

          Wypowiedzi niektorych (wiekszosci?) forumowiczow o bezdzietnosci z
          wyboru sa tak plytkie, ze szkoda mojego czasu, zeby sie do nich
          ustosunkowac. Oto Polska wlasnie...
    • sagittka Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 06.12.07, 18:56
      > mimiwoli dochodze do wniosku,ze gdyby nie pojawienie sie dziecka
      > to malzenstwa by nie przechodzily kryzysow i nie byloby zdrady,
      > rozwodow itp.

      Pojawienie się dzieci, nowe role małżonków i nowa sytuacja rodzinna
      MOGĄ BYĆ, a NIE SĄ przyczyną kryzysów, podobnie jak inne wydarzenia,
      czy zmiany w życiu związku, np. konieczność zaopiekowania się chorym
      i starym rodzicem we własnym domu, fascynacja osobą trzecią przez
      jednego z małżonków, spadek libido, i wiele innych zmian i wydarzeń.

      To zalezy od ludzi, ich motywacji, dojrzałości, siły uczuć, więc nie
      należy stawiać równości między pojawieniem się dzieci a kryzysem.

      Najczęściej jest tak, że kryzysów unikają lub przechodzą je
      łagodniej pary, które mają swiadomość ryzyka ich występowania.
      Swiadomość zagrożenia powoduje ostrożność, trzymanie reki na pulsie,
      zapobieganie konfliktom typowym dla danej sytuacji (typowym i
      opisanym w literaturze), umiejętność wyjaśnienia sobie i partnerowi
      pewnych zdarzeń i ich konsekwencji. Jednym słowem - życiowa mądrość,
      do której powinniśmy wszyscy dążyć, a wybranym uda się ją posiąść:)
      • woman-in-love Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 06.12.07, 19:39
        jeśli zakłada się z góry, że dzieci - NIE, to po co małżeństwo?
        • gosia152 Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 06.12.07, 20:01
          nie wiem czy dzieci sa wyznacznikiem szczęścia w małzeństwie, ja mam
          dwoje dzieci i męża,jestem spelniona jako matka, ale szczeście
          małżeńskie bardziej łączę z mężem niż z dizećmi, z dziećmi to
          szczęście rodzinne, bo rodzina to pojęcie szersze niz mazeństwo, to
          tak jakby kilka "światów rownoleglych" ktore nakładaja się na
          siebie, krzyżuja się, praca zawodowa, pasje, możliwość realizowania
          siebie, dla mnie to wszystko wyznacza szczęście wogole- a malżeńskie
          dlatego ze to jest moje środowisko, to w ktorym żyję
        • cyjanokobalamina Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 06.12.07, 22:35
          woman-in-love napisała:

          > jeśli zakłada się z góry, że dzieci - NIE, to po co małżeństwo?

          Glupie pytanie. Z wielu powodow, ktorych i tak nie zrozumiesz, bo
          nie chcesz.
          • anxx_von_en Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 07.12.07, 00:23
            gdyby mój maż powiedział mi,że ożenił sie ze mna aby mieć dzieci, z
            dużym naciskiem na te dzieci, przedewszystkim dzieci...

            ....to chyba poczułabym się jak...krowa...urodzić, wykarmić,
            odchować...przepraszam to nie dla mnie

            znam takie młode małżeństwo, po ślubie okazało się, że nie moga mieć
            dzieci, on jest bezpłodny, in vitro nic nie dało będą adoptować
            kiedyś ona w rozmowie wyraziła się tak:
            "... bo nie wyobrażam sobie byc sama tylko z mężem..."
            znam też inne małżenstwo, poznali się w czerwcu 2006, pobrali w
            kwietniu 2007 a po dwóch miesiącach juz byli w ciązy
            czytałam też różne wypowiedzi tu i tam w necie
            inni znajomi juz przed slubiem szczegółowo zaplanowali dzieci: ile,
            kiedy itp.

            woman-in-love napisała:
            jeśli zakłada się z góry, że dzieci - NIE, to po co małżeństwo?

            ...czy ludzie pobieraja się tylko po to aby mieć dzieci?
            a przecież zyjemy w takim "katolickim" kraju, i za powód ślubu
            możnaby podać chociażby to, ze chce się pójść ze sobą do łóżka nie
            grzeszac.... ale to chyba niewielu księzy by przełkneło, oficjalnie

            pobieranie się tylko dla dzieci to "wynaturzenie" instytucji
            małżeństwa w drugą stronę
            może zaproponuję: niech wobec tego udziela się ślubów tylko parom z
            dziecmi już "gotowymi", wówczas wszystkie małżeństwa będą prawdziwą
            rodziną jak bozia kazała
            ...a przed ślubem każdy z każdym i wszędzie, bo niby po co im ślub?

            a skoro ludzie pobieraja sie by mieć "legalnie" dzieci, to moze bo
            dorośnięciu tychże, powinni mieć opcję darmowego, szybkiego rozwodu?
            czy to jest logiczne? bo co wówczas bedzie ich łaczyć?
            przyzwyczajenie?

            zawsze mnie to zastanawiało:
            przecież "posiadanie" dzieci to tylko część życia, raczej krótka, po
            której nastepuja próby wychowywania, po czym zazwyczaj dzieci nasze
            kochane chca się od nas jak najszybciej "uwolnić", mieć własne życie
            ...jeśli nie wszystkie to przynajmniej większość chyba
            i co wtedy?
            czy bedziemy już na tyle starzy, grubi i schorowani, że bedzie nam
            wszystko jedno kto tam w drugim pokoju chrapie, byle jak największą
            emeryturę - rentę dostawał i by jakoś "przeżyć" do odwiedzin
            syna/córki z wnukami?
            z tego co obserwuję w życiu dookoła mnie, tak właśnie jest w
            większości przypadków które znam
            dla tych ludzi to dzieci = szczeście w małżeństwie
            czy skoro dzieci nie ma już, szczęscie także ucieka?
            czy brak dzieci, stały i niezmienny nie byłby lepszą niewiadomą w
            tym równaniu?
            nie
            szczęsćie w małżeństwie = duzo pracy i miłości i wiele rzeczy dla
            których nie starczy miejsca by je tu wymienić
            dzieci czy ich brak są tu sprawą istotną, lecz nie najistotniejszą,
            choć tak może się wydawać: przedłużanie gatunku, nowy człowiek itp.
            prawie wszyscy mają dzieci ale jakoś nie zauważam aby ten fakt
            wszystkich wyjatkowo ich uszcześliwiał, powstrzymywał przed
            zdradami, rozwodami itp.
            czy pary bezdzietne zdradzają się, rozwodzą lub zdaja się być
            szczęsliwsze relatywnie częściej?
            cóz, nie wiem...
            ale raczej napewno dzieci nie sa "lekiem na całe zło"


    • krissdevalnor100 Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 06.12.07, 23:38
      Nie w życiu tylko na forum :PPP

      Małzeństw, które sie rozpadły w obliczu niemożności posiadania dzieci też nie brakuje. A w mojej opinii to małżeństwom bardziej niż brak lub posiadanie dzieci szkodzi histeria, w szczególności jeśli dotyka oboje małzonków np. na tle jak wyżej.
    • yoric Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 07.12.07, 02:28
      Z Waszych wpisów bije taka naiwna pozytywistyczna wiara, że "jak są dobre chęci
      i wiedza to wszystko będzie dobrze".

      Bardzo mocno w to wątpię. Wątpię w to do szpiku kości. Właściwie to nie jestem
      nawet pewien, czy dobre chęci i wiedza są czynnikiem statystycznie ważnym dla
      szczęścia i przetrwania małżeństwa.

      Glam pisze, że małżeństwo bez dzieci jest czymś biologicznie bezsensownym.
      Problem w tym, że małżeństwo jako takie jest czymś biologicznie bezsensownym.
      Facet, a właściwie jego geny, ma(ją) lepsze sposoby, aby się rozmnażać. Pomoc
      samca jest kluczowa przez pierwsze kilka lat życia potomka, potem stopniowo
      coraz mniej. Samiec zrobi lepiej (ewolucyjnie lepiej, tj. bardziej rozpropaguje
      geny), jeśli rozejrzy się za kolejnym 'towarem'.

      Możecie sobie mówić o dojrzałości itd., a i tak pojawienie się dziecka
      pozostanie kolosalną zmianą, której wpływu na związek - moim zdaniem - nie
      sposób przewidzieć.

      Pozdrawiam
      • cyklista6 Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 07.12.07, 11:15
        O kurcze, ale bałagan w tym wątku, każdy coś tam powiedział i nijak nie ma
        spójnej dyskusji. Spójnej tzn. takiej w której jest jeden temat i argumenty
        kolejnego postu jakoś się odnoszą do poprzednich.

        Ale może to oznacza, że tematyka jest nazbyt duża i nie da się zamknąć w takiej
        formie jak wątek na forum? I nie ma co strzępić języków albo walić w klawiaturę
        - tematu "jak dzieci - lub ich brak - wpływają na szczęście - lub jego brak - w
        małżeństwie". Zbyt dużo ludzkich postaw, aby to ogarnąć, co prowadzi do
        uproszczeń a dalej do błędnych wniosków.

        "Tylko małżeństwo które chce mieć dzieci może być szczęśliwe, inaczej to jest
        chore i sprzeczne z naturą."

        "Małżeństwo ma prawo świadomie zrezygnować z posiadania dzieci (przeludnienie
        Ziemi, globalne ocieplenie, kariera i podróże)."

        "Dzieci nie rozwiązują żadnego problemu tylko wywlekają na wierzch te problemy
        które w nas już tkwiły."

        "Jeżeli nie chcesz mieć dzieci ze swoim facetem, to znaczy że to jeszcze nie
        jest TEN facet."

        I tak można lecieć dalej, tylko po co. Zapewne nie zgodzimy się ani z tezą
        Szanownej Autorki Wątku, ani z jego stuprocentowym zaprzeczeniem. I tak już
        zostanie.
        • kawitator Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 07.12.07, 16:58
          Ostatnio rzeczywiści sporo było wątków o potencjalnie niszczącym działaniu na
          małżeństwa urodzenia dziecka.
          To jest tylko jeden z wystepujących z zyciu człowieka kryzysów
          Najwięsze kryzysy czyli kryzys związany z narodzeniem i kryzys agonalny pięknie
          klamrują nasz kryzysowe życie Pomiedzy nimi mamy jeszcze: kryzys szkolny,
          kryzys dojrzewania, kryzys wieku sredniego, kryzys przejrzewania,....... i
          miedzy nimi kryzys małżeństw związany z narodzeniem dziecka. Naukowcy analizuja
          poszczególne kryzysy i badaja dlaczego jednych jakaś sytuacja dotyka mocniej i
          działa destrukcyjnie a na innych działa mobilizujaco czy nieznacznie
          Z tej wiedzy biorą się przytaczane opinie ze nadmierne zafascynowanie kobiety
          dzieckiem prowadzi do zmiany dotychczasowych priorytetów w związku co często
          skutkuje jego rozpadem Natomiast nic to nie ma do osiągnięcia stanu
          szczęśliwości w związku jeżeli w ogóle coś takiego istnieje Proszę poczytać
          Traktat o szczęściu Tatarkiewicza i dopiero potem zadawać takie trochę naiwne
          pytania
      • glosatorr Pytanie do Yorica 07.12.07, 11:41
        Drogi filtrujący mnie Yoricu, ciagle powtarzający tu swoje
        behawiorystyczne teorie. Odpowiedz mi na następujące pytanie:

        Czemu najbardziej puszczalscy faceci, którzy zgodnie z Twoją teorią
        tak bardzo chca by ich geny się rozpleniały po cąłej ziemi (pójdźmy
        dalej - i po całym kosmosie) jednocześnie mają tak mało dzieci
        (najczęściej ich wogóle nie mają, bo albo wymagają od kolejnych
        kochanek stosowania antykoncepcji, albo sami to robią w guofilcach).
        Czy wierzysz, że dzieci rodzą się w kapuście, gdzie trafiają
        fruwające plemniki bzykających się na lewo i prawo samcach?

        Bo ja wiem, że najwięcej dzieci mają Panowie, którzy żyją w trwałych
        monogamicznych związkach.
        Więc wierzę, że doczytasz to co napisałem i dasz mi wreszcie
        logiczną w sumie uzasadniającą Twoje teorie - wykładnie.
        Z góry dziękuję.
        • your_and dywersyfikacja ryzyka 07.12.07, 13:03
          glosatorr napisał:
          > Czemu najbardziej puszczalscy faceci, którzy zgodnie z Twoją
          teorią
          > tak bardzo chca by ich geny się rozpleniały po cąłej ziemi
          (pójdźmy
          > dalej - i po całym kosmosie)
          > Bo ja wiem, że najwięcej dzieci mają Panowie, którzy żyją w
          trwałych
          > monogamicznych związkach.

          W genetyce jest coś takiego jak dywersyfikacja ryzyka w populacji.
          Na każdą śmiertelną pandemię okazuje się 5 - 10% populacji jest
          uodpornione, ale za to słabiej odporne na inne popularne choroby.

          Podobnie w wysoce rozwinietych krajach około 10% monogamicznych
          zwiazków wychowuje dzieci z romansu, gdzie ojcowie nie są tego
          świadomi. W dodatku lekarze mają zakaz powiadamiać o stwierdzeniu
          takiego faktu, ze wzgledu na stabilnośc rodziny.

          To troche jak w wojsku. Głownod-owodzący potrzebuje paruset zdolnych
          i ambitnych oficerów i podoficerów, i pareset tysięycy mięsa
          armatniego które ma wykonywać rozkazy i nie mędrkować.
          • yoric Re: dywersyfikacja ryzyka 07.12.07, 14:37
            Nie dyskutuj, Your, nie ma sensu.

            Wielu ludzi nie ma pojęcia o naukowości, badaniach empirycznych, itd. i nie jest
            to zbrodnia; ale są też tacy, którzy nie chcą mieć pojęcia i wychodzą z pozycji
            "ja i tak wiem lepiej". Nie ma sensu.

            Pozdrawiam
            • glosatorr Re: dywersyfikacja ryzyka 07.12.07, 15:48
              yoric napisał:

              > Nie dyskutuj, Your, nie ma sensu.

              A może zamiast dyskutować, to zaczniesz odpowiadać na zadane (wiem,
              że niewygodne) pytania? Bo Ty wciąz stawiasz tezy ale bez argumentów
              a potem obrazony mówisz jak dziecko: "Nie dyskutuj z nim, bo to nie
              ma sensu" .

              Zadąłem konkretne pytanie dot. Twojej tezy i czekam na odpowiedź a
              Ty uciekasz. Czemu?

              >
              > Wielu ludzi nie ma pojęcia o naukowości, badaniach empirycznych,
              itd. i nie jes
              > t

              Wiem - Ty do nich nalezysz. Więc powtórzę - czemu zdradzający
              meżczyźni, ci co bzykają się na lewo i prawo - rozsiewając swoje
              plemniki dbają mocno o to by nie dały plonów?

              > to zbrodnia; ale są też tacy, którzy nie chcą mieć pojęcia i
              wychodzą z pozycji
              > "ja i tak wiem lepiej". Nie ma sensu.
              >
              No właśnie Ty z takiej pozycji wychodzisz. Zaprzeczysz jeśli
              zaczniesz odpowiadać na pytania Tobie zadawane. I nie udawaj, że nie
              czytasz pytań.
          • glamourous Re: dywersyfikacja ryzyka 07.12.07, 14:59
            Gloss ma w pewnym sensie racje mowiac ze najbardziej poligamiczni
            mezczyzni z reguly maja problemy z budowaniem zwiazkow i jakos nie
            pala sie do ojcostwa - raczej panicznie sie go boja. Rzeczywscie
            jest to zastanawiajace.

            Ja chcialabym tu jednak zwrocic uwage na inna prawidlowosc. Jakos
            tak sie dzieje na swiecie, ze na potege rozmnazaja sie nie ci
            najinteligentniejsi, najprzystojniejsi, najwybitniejsi, z
            najlepszymi genami - nie samce alfa, tylko najbardziej plenia sie
            ludzie o IQ nie przekraczajacym setki, o urodzie mowiac
            eufemistycznie bardzo ponizej przecietnej i spolecznie rowniez
            niespecjalnie wysoko (najprawdopodobnie z powodu niedostatkow w
            punkcie 1 i 2) ustawieni. Czyli jednym slowem na potege plenia sie
            geny ktore mozna byloby podciagnac pod to co okresliles
            your_ "miesem armatnim" - zas te najwartosciowsze czesto odchodza
            bezpotomnie.

            I nie mowie tu o krajach tzw. trzeciego swiata, gdzie mozna to
            wszystko zlozyc na karb niskiej swiadomosci, biedy itp. Ale
            prawidlowosc te da sie wyraznie zaobserwowac w krajach rozwinietych,
            o dosc wysokiej swiadomosci spoleczenstwa i nieograniczonym dostepie
            do srodkow antykoncepcyjnych itp. Jak to jest ze im ludzie brzydsi,
            przecietniejsi oraz mniej ciekawi - tym wiekszy wydaja sie miec ped
            do rozmnazania i rozsiewania swoich malo wartosciowych genow ?

            Z punktu widzenia biologii jest to bardzo niekorzystne dla naszego
            gatunku. Czy macie na to - your_ czy yoric - jakies wytlumaczenie?
            Tak z ciekawosci pytam - dlaczego biologia na ogol nie daje dawcom
            swietnych genow takiego pedu do rozmnazania, jakim obdarzyla ludzi
            naprawde malo ciekawych z genetycznego punktu widzenia?
            • glosatorr Re: dywersyfikacja ryzyka 07.12.07, 15:50
              Dlatego właśnie Glam - jak mówią ostatnio genetycy - za jakiś czas
              mężczyzn zabraknie. Potem wyginą faceci ;)))
            • kawitator Re: dywersyfikacja ryzyka 07.12.07, 16:16
              Glam masz rację co do populacji kobitek Im bardziej inteligentna tym ma mniej
              potomstwa. Wynika z tego że inteligencja u kobitek jest cecha recesywna nad czym
              boleje bo jest to najbardziej doceniana przeze mnie zaleta i urok kobitki
              Co do facetów sprawa wymykała sie dotychczas z badań Tak jak już napisał Your w
              krajach zachodnich około 10 % dzieci ma innego ojca biologicznego niż ten który
              je wychowuje Tu rozkład nie jest równomierny Im wyższą pozycję społeczną
              zajmuje facet tym ma mniejszą szansę wychowywać cudze dziecko W klasach
              niższych nawet w pobożnej Polsce gdzie kobitki są zawsze wierne :-PPP wskaźnik
              ten przekracza 20% gdy w klasie wyższej jest poniżej 1% Z drugiej strony im
              wyższa pozycje społeczna zajmuje facet tym ma statystycznie większą szansę na
              spłodzenie dziecka żonie kogoś innego. W tej chwili jesteśmy rzeczywiście w
              fazie dużych zmian ponieważ traci stara maksyma prawa rzymskiego i już nie
              tylko matka jest pewna a ojciec domniemany ale ojciec też jest pewny Widać jak
              postęp technologiczny w tym wypadku upowszechnienie badań DNA powoduje
              obniżenie jakości rasy ludzkiej
              Poligamiczni faceci nie budują związków bo one są im do niczego nie potrzebne
              tylko starają sie płodzić dzieci w ten sposób aby koszty i kłopoty jego
              wychowania zrzucić na innych frajerów.

              Ja chcialabym tu jednak zwrocic uwage na inna prawidlowosc. Jakos
              > tak sie dzieje na swiecie, ze na potege rozmnazaja sie nie ci
              > najinteligentniejsi, najprzystojniejsi, najwybitniejsi, z
              > najlepszymi genami - nie samce alfa, tylko najbardziej plenia sie
              > ludzie o IQ nie przekraczajacym setki,

              Tak jest w europie W stanach nawet wyższa klasa srednia ma po kilkoro dzieci

              Z punktu widzenia biologii jest to bardzo niekorzystne dla naszego
              > gatunku.
              Z punktu widzenia biologii jest wiele niekorzystnych dla ludzkości jako całości
              "tryndów" produkcja ludzi pomimo pozornej prostoty zwarcia ciła i sekwencji
              ruchów posuwisto zwrotnych jest jednak procesem bardzo skomplikowanym. Powoduje
              powstawanie olbrzymiej ilości braków. Największe z nich były usuwane przez sam
              organizm matki a pozostałe przez matkę naturę w ciągu pierwszych 5 lat życia
              Obecnie zakłóciliśmy ten proces selekcji i tak na przykład
              - zmniejszenie umieralności niemowląt powoduje ze nie ma selekcji ostrej jakości
              mieszanek genów i coraz więcej osób które poprzedni byłyby odrzucone prze matkę
              naturę jako braki wchodzi w okres rozrodczy i powiela swoje słabe geny
              - badania DNA mocno ograniczające genschoping Kiedyś to zjawisko przy
              narzuconej monogamii zapewniało lepszym samcom przewagę reprodukcyjna powodując
              polepszenie puli genowej ludzkości jako całości

            • yoric Re: dywersyfikacja ryzyka 07.12.07, 16:32
              > najbardziej poligamiczni mezczyzni z reguly maja problemy z budowaniem
              zwiazkow i jakos nie pala sie do ojcostwa - raczej panicznie sie go boja.
              Rzeczywscie jest to zastanawiajace.

              hmmm czemu zastanawiającego? Najatrakcyjniejsze samce mają swobodny dostęp
              seksualny do wielu samic i ojcostwo jest dla nich stratą czasu i zasobów. Dla
              mniej atrakcyjnego samca lepszą strategią będzie monogamia połączona z
              pilnowaniem partnerki i inwestowaniem w potomstwo. Dla większości samców, czyli
              tych pomiędzy, najlepsza będzie strategia 'pomiędzy', czyli inwestowanie w
              związek i potomstwo z tego związku przy jednoczesnym szukaniu dodatkowych okazji.

              Co do punktu drugiego, to pamiętajmy, że ludzie nie uprawiają seksu, żeby
              rozprzestrzeniać swoje geny. Ludzie robią to dla frajdy (dla relaksu, dla
              pieniędzy, itp.). To geny tak budują nasze ciała i umysły, żebyśmy chcieli ten
              seks uprawiać.

              Po drugie, pamiętajmy, że ludzka ewolucja to setki tysięcy albo miliony lat,
              natomiast rolniczy tryb życia to ostatnie kilka tys. lat, a antykoncepcja
              hormonalna to ostatnie kilkadziesiąt lat.

              Po trzecie ewolucja nie działa 'dla dobra gatunku', ani w ogóle dla
              jakiegokolwiek celu. Jest procesem statystycznym, nie celowym.

              Po czwarte, kto się pleni to jedna sprawa, a kto ma dostęp do samic to inna
              sprawa. Nadal największy dostęp mają najlepsze samce, tylko kryteria się nieco
              zmieniły - dziś są to rockmani, gwiazdy kina, bogacze, dyktatorzy. Gdyby nie
              było pigułki (a kiedy ewoluował nasz umysł, nie było pigułki), to oni mieliby
              najwięcej dzieciaków.

              Po piąte, posiadanie wielu dzieci nie zawsze jest najlepszą długoterminową
              strategią reprodukcyjną (choć zwykle jest). Czasami zamiast gromadki dzieci, z
              których połowa umrze z głodu bardziej opłaca się mieć np. jedno dziecko,
              zwłaszcza samca, i na nim skupić swoją inwestycję rodzicielską - tak, aby był
              lepszy od rówieśników, miał większe powodzenie i zapewnił swoim rodzicom wiele
              wnuków (w tym większość ze związków nieformalnych). To tak w skrócie.

              Pozdrawiam
              • glosatorr Re: dywersyfikacja ryzyka 07.12.07, 22:12
                yoric napisał:

                > > najbardziej poligamiczni mezczyzni z reguly maja problemy z budowaniem
                > zwiazkow i jakos nie pala sie do ojcostwa - raczej panicznie sie go boja.
                > Rzeczywscie jest to zastanawiajace.
                >
                > hmmm czemu zastanawiającego? Najatrakcyjniejsze samce mają swobodny dostęp
                > seksualny do wielu samic

                Ciekawe - najatrakcyjniejsze z ich punktu widzenia? Jakie to są atrakcyjne cechy
                czyniące z samca atrakcyjnego? Wygląd zewnętrzny, posiadanie dobr materialnych
                odziedziczonych po dziadku? Czy poziom inteligencji? Czy długość przyrodzenia?

                > i ojcostwo jest dla nich stratą czasu i zasobów.

                Czy cechą atrakcyjności jest głupota?

                > Dla
                > mniej atrakcyjnego samca lepszą strategią będzie monogamia połączona z
                > pilnowaniem partnerki i inwestowaniem w potomstwo.

                Ha ha ha - no to Brad Pitt ma u Ciebie przerąbane - jego małżonka ciągle tylko
                kolejne dziecko adoptowane a ich włąsne dziecko to był szum na parę kontynentów ;)))

                >Dla większości samców, czyli
                > tych pomiędzy, najlepsza będzie strategia 'pomiędzy', czyli inwestowanie w
                > związek i potomstwo z tego związku przy jednoczesnym szukaniu dodatkowych okazj
                > i.

                Yoric - zaczynam Cię uwielbiać za Twoje teorie - ale chciałbym byś pamiętał, że
                facet brzydki czy nie, atrakcyjny czy nie - ale jak go kobieta wybierze na ojca
                - dopiero wtedy ma okazję posiać ;)))
                Pamiętaj o tym.

                >
                > Co do punktu drugiego, to pamiętajmy, że ludzie nie uprawiają seksu, żeby
                > rozprzestrzeniać swoje geny.

                No właśnie - czemu więc faceci przede wszystkim chcą seksu za to unikają dzieci
                jak ognia?



                > Po trzecie ewolucja nie działa 'dla dobra gatunku', ani w ogóle dla
                > jakiegokolwiek celu.

                Ooooo to pewnie Darwina szlak trafi w trumnie, bo on zawsze mówił, że ewolucja
                dąży do tego, by najbardziej recesywne cechy były umacniane a słabsze osobniki
                wyginęły kosztem umocnienia się osobników silniejszych i lepiej przystosowanych
                do zmieniającego się środowiska. Darwinie, o mores!


                >Jest procesem statystycznym, nie celowym.
                >
                Świetny tekst - zapisałem go sobie :)_))

                > Po czwarte, kto się pleni to jedna sprawa, a kto ma dostęp do samic to inna
                > sprawa.

                Bardzo bystre - mnich na pustyni dostępu nie ma za to ma dostęp taksówkarz w
                mieście kobiet i on się pleni :))) boskie :))

                > Nadal największy dostęp mają najlepsze samce, tylko kryteria się nieco
                > zmieniły


                Yoric - z Twojej teorii mamy wytłumaczenie skąd się biorą gwałciciele :)) i nic
                poza tym. Nawet najlepszy w swoim przekonaniu samiec może zasypiać w strefie for
                woman only - a i tak, jak kobieta nie będzie chciała mieć z nim dziecka to nie
                będzie miała. Kobieta musi sama ocenić, czy samiec jest zdolny do bycia ojcem
                jej potomstwa ;))) a samiec to sobie może tylko chcieć ;_))))

                > - dziś są to rockmani, gwiazdy kina, bogacze, dyktatorzy.

                Ha ha ha - błąd - Największą liczbę dzieci mają mieszkańcy slumsów, krajów
                biednych i cierpiących na klęski (Indie chociażby) - Gdyby nie wprowadzona
                polityka obniżania przymusowego ilości potomstwa - rasa biała już np. dawno
                byłaby mniejszością. A tak patrząc na prawie chyba 6 miliardów chińczyków (może
                się mylę) tam niewielu jest rockanów, gwaizd kina, bogaczy i dyktatorów ;)) W
                Sudanie również :))

                > Gdyby nie
                > było pigułki (a kiedy ewoluował nasz umysł, nie było pigułki), to oni mieliby
                > najwięcej dzieciaków.
                >
                Ha ha ha - Yoric - uwielbiam Twoje teorie ;))

                > Po piąte, posiadanie wielu dzieci nie zawsze jest najlepszą długoterminową
                > strategią reprodukcyjną (choć zwykle jest).

                Za to zdanie masz u mnie medal - podwójne przeczenie w jednym zdaniu - takie
                masło nie jest maślane. Zdecyduj się chłopie :-) Czy posiadanie wielu dzieci nie
                zawsze jest czy jest zwykle najlepszą strategią długoterminową. Bo tak uczą w
                szkołach, że najlepsze strategie długoterminowe to takie w przypadku posiadania
                potomstwa, że rodzice mogą liczyć na wielką ilość wnuków - a nie dzieci ;)))


                >
                > Pozdrawiam

                Buźka ;))
            • ilragazzo Re: dywersyfikacja ryzyka 11.12.07, 14:44
              glamourous napisała:

              > Gloss ma w pewnym sensie racje mowiac ze najbardziej poligamiczni
              > mezczyzni z reguly maja problemy z budowaniem zwiazkow i jakos nie
              > pala sie do ojcostwa - raczej panicznie sie go boja. Rzeczywscie
              > jest to zastanawiajace.

              ale bzdurą jest twierdzenie, ze "poligamiczni" faceci mają mniej
              dzieci. Nie wiem skąd ta teza, ale jeśli tylko rozejrze się po mojej
              szeroko pojętej rodzinie i znajomych, to widzę coś zdecydowanie
              innego - mimo że rzeczywiście nie palą się do ojcostwa. Ale to są
              różne rzeczy!
              • glamourous Re: dywersyfikacja ryzyka 11.12.07, 15:57
                ilragazzo napisał:


                > ale bzdurą jest twierdzenie, ze "poligamiczni" faceci mają mniej
                > dzieci. Nie wiem skąd ta teza, ale jeśli tylko rozejrze się po
                mojej
                > szeroko pojętej rodzinie i znajomych, to widzę coś zdecydowanie
                > innego - mimo że rzeczywiście nie palą się do ojcostwa.

                Mowiac poligamiczni faceci nie mialam na mysli mezow zdradzajacych
                swoje zony, lecz raczej takich etatowych, zdeklarowanych playboy'ow
                ktorzy bardzo czesto zmieniaja partnerki i jest to wrecz ich dewiza.
                Ja znam kilku takich lowelasow kolo czterdziestki i zaden jakos z
                nich nie ma dzieci ;-) Bronia sie przed ojcostwem tudziez wszelakim
                zaangazowaniem rekami i nogami, a ich zwiazki nie sa nawet na tyle
                dlugie ani powazne zeby zdecydowac sie na seks bez prezerwatywy.
                Wiec skad maja miec te dzieci, skoro nawet wpadka w ich przypadku za
                bardzo chyba nie wchodzi w rachube...? ;-p
                • kanapony Re: dywersyfikacja ryzyka 11.12.07, 23:22
                  > Ja znam kilku takich lowelasow kolo czterdziestki i zaden jakos z
                  > nich nie ma dzieci ;-) Bronia sie przed ojcostwem tudziez

                  tzn. oni (i ich znajomi) nie wiedzą o ich dzieciach
                  gdybym zaszła w ciążę z takim lowelasem (teoretyzuję, bo w praktyce
                  odrzuca mnie od takich) to chyba bym mu nie powiedziała... więcej
                  szkody dla dziecka z takiego tatusia, rozejrzałabym się za kimś
                  sensownym
        • kawitator Re: Pytanie do Yorica 07.12.07, 16:42
          mogem????
          Czemu najbardziej puszczalscy faceci, jednocześnie mają tak mało dzieci
          > (najczęściej ich wogóle nie mają
          Zgodnie z zasadą doboru naturalnego gdyby nie mieli dzieci to zestaw genów
          warunkujący takie zachowania byłby bardzo rzadko spotykany a jak widać to
          niemały procent panów Muszą więc uzyskiwać jakiś sukces reprodukcyjny Być może
          ich dzieci nie noszą ich nazwisk choć noszą ich geny ;-))))

          Bo ja wiem, że najwięcej dzieci mają Panowie, którzy żyją w trwałych
          > monogamicznych związkach.
          Gratuluje wiedzy Przypuszczam że mas rację ale nie jestem do końca pewien. W
          ostatnim okresie historycznym strategi reprodukcyjna facetów polegająca na
          zabudowaniu stałego związku i wspólnej opiece na potomstwem Kiedy to facet
          inwestował w jakość potomstwa a nie tylko w jego ilość był strategia dominującą
          Widać przynosiła największe korzyści . Czy tak będzie dalej kiedy to kobitka
          sama potrafi zapewnić bezpieczeństwo ekonomiczne swojemu potomstwu nie wiadomo
          Czas pokaże, czy na przykład strategia polegająca na kilku krótkotrwałych
          związkach i spłodzeniu z każda z kobitek 2-3 dzieci nie da przewagi. Jak masz
          około 10 dzieci z różnymi kobitkami to i tak na alimenty nie wezmą ci więcej niż
          przy 2 potomkach a na twoje dzieci będą łożyć inni ( frajerzy monogamiczni z 1
          dzieckiem) poprzez podatki i pomoc społeczna
          Takie przypuszczenie bez przekonania o racji Zresztą sprawa mocna wielowarstwowa
          i skomplikowana nie na takie drobne pogaduchy.
          • woman-in-love załozenie z góry:"dzieci - NIE" 07.12.07, 17:33
            ...wg mnie, aby być ze sobą - nie potrzeba małżeństwa, wystarczy zamieszkać
            razem. Slub jest raczej wtedy potrzebny, kiedy planowane jest potomstwo. Slub,
            ktory - jak pokazuje zycie i tak niczego nie gwarantuje. Znam kilkanaście (!)
            młodych kobiet, które zdecydowały się na dziecko, a za małżeństwo - NIE,
            DZIĘKUJĘ! Faktycznie, przestaję chyba rozumieć.
          • glosatorr Sukces reprodukcyjny biologa teoretyka 07.12.07, 21:38
            kawitator napisał:

            > mogem????

            Kawi - Ty możesz zawsze :-)))i wszędzie ;))

            > Czemu najbardziej puszczalscy faceci, jednocześnie mają tak mało dzieci
            > > (najczęściej ich wogóle nie mają

            > Zgodnie z zasadą doboru naturalnego gdyby nie mieli dzieci to zestaw genów
            > warunkujący takie zachowania byłby bardzo rzadko spotykany a jak widać to
            > niemały procent panów

            Ciekawe - przejrzałem kiedyś sieć pod kątem badania kto częściej zdradza. I
            zauważyłem, że tyle samo zdradzających jest wśród pań jak i Panów (średnio
            20-30% osób deklaruje, iż zdradza) zaś biologowie badający nasze skłonności
            twierdzą, iż badania biologii ewolucyjnej pokazują, że jako gatunek skłaniamy
            sie ku monogamii, bo jest ona w naszych warunkach bardziej funkcjonalna, tzn.
            bardziej się opłaci większej ilości ludzi.
            Wciąż nie znaleziono też genu odpowiedzialnego za zdradę - więc mówienie, iż np.
            ciągłe bzykanie na lewo i prawo jest efektem przekazywanej przez geny cechy.
            Natomiast zauważono socjologicznie - że więcej dzieci mają pary, które żyję w
            trudniejszych czasach lub ciężkich środowiskach - ilość potomstwa daje szansę na
            przetrwanie, zaś biedni rodzice mają szansę, że w późnym wieku będzie ktoś, kto
            nimi sie zajmie. Ja kocham Kawi ciągle powtarzane bajery - w stylu, powyższego
            zdania. Prawda zaś jest prozaiczna - każdy ją widzi:
            dzisiaj dziecko, to przy zdradzie wpadka przy pracy, pomyłka i zaskoczenie - coś
            nieprzewidzianego a nie efekt czy skutek rozsiewania genów przez Panów, którzy
            chcą przetrwać ku potomności.
            Najciekawsze jest to - że chromosom Y co zauważono dogorywa i marnieje i coraz
            więcej informacji o byciu mężczyzną przekazuje chromosom X - czyli kobiecy ;)))
            Innymi słowy - NIEWIEŚCIEJEMY PANOWIE :-)

            > Muszą więc uzyskiwać jakiś sukces reprodukcyjny

            A co to jest sukces reprodukcyjny? KAWI - pomyśl proszę logicznie - czy tzw.
            bzykacze, czyli faceci idący na ilość, każdej kobiecie pozostawiają pamiątkę w
            postaci swoich genów? Mi się zawsze wydawało - może się mylę, że nowy człowiek
            to efekt walki chromosomów i przekazywanych przez nie informacji. Dla mnie
            sukces reprodukcyjny to nie ilość pozostawionego potomstwa ale ilość cech
            własnych przekazanych potomstwu. Nasz biolog teoretyczny Yoric ganiałby każdą
            matkę swojego dziecka na przymusowe badania by potwierdzić, że jego dziecko jest
            faktycznie jego - ale zauważ Kawi jak często dziecko samca ma niewiele wspólnego
            z samcem a jak bardzo jest podobny do mamusi ;)) Silne geny to te geny, których
            informacja jest przekazywana a nie gubiona w procesie replikacji ;))


            > Być może
            > ich dzieci nie noszą ich nazwisk choć noszą ich geny ;-))))

            Pamiętam tę dyskusję Kawi ;)) Ale dowiedz się też o częstszym fakcie, jaki nasi
            tutejsi biolodzy teoretycznu przemilczają! że TO MATKA DECYDUJE - czyje geny
            będzie miało jej dziecko a nie wcale facet :-) - więc takie gadanie o
            przekazywanych genach jest jak ten dowcip o
            Biologu teoretyku (to nb. najczęściej matematycy)

            Biolog teoretyczny spotkał bacę ze stadem owiec i zaproponował mu zakład. Jeśli
            zgadnie, ile owiec urodziło się w tym roku, będzie mógł sobie jedną wybrać. Baca
            przyjął zakład. Biolog teoretyczny w pamięci rozwiązał problem i podał
            odpowiedź. Zdziwiony baca potwierdził, po czym, zgodnie z umową, pozwolił mu
            wybrać jedną owcę. Biolog teoretyczny wybrał tę, która najbardziej przypadła mu
            do gustu.

            Na to baca:

            – Wy to chyba jesteście biolog teoretyczny?

            – A po czym to, baco, poznajecie?

            – Boście wzięli mojego psa.
      • krissdevalnor100 jeszcze o biologii 09.12.07, 16:00
        Pojęcie o biologii, czynnikach selekcyjnych napędzających ewolucję i równowadze "wielocechowych" genów w populacji jest zwykle bardzo ograniczone. Gadanie o propagowaniu genów to slogan. Żadne zwierzę nie wymaga tak EKSTREMALNIE długiej opieki rodziców, jak człowiek. Gdyby naszą długość zycia i moment dojrzałości porówmac do psa czy kota, to około 7rż musilibyśmy wyprowadzać sie z domu i rozmnażać. Taka sytuacja jest spowodowana specyfiką człowieka- jego mózgiem. Musi się on nie tylko rozwinąć ale i czymś napełnić. Rozwój mózgu zaowocował m.in. niesłychanie skomplikowaną strukturą społeczną. Dojrzałość społeczną (wykształcenie, orientację w świecie, zdolność do radzenia sobie w milionach interakcji społecznych, niezależność ekonomiczną) człowiek osiąga jeszcze wolniej niż dojrzałość płciową. Do tego są potrzebni DOROSLI. To oznacza konieczność wyjątkowo długiej opieki nad potomstwem.
        A to prowadzi do małżeństwa i minimum czasowej monogamii (lub zakładania haremów, jak kogoś stać). Dlatego małżeństwo jest bardzo dobrze uzasadnione biologicznie:)))
        • sylwiamich Re: jeszcze o biologii 09.12.07, 16:22
          Było...teraz kobiety potrafią same dać sobie radę.
          • krissdevalnor100 :))) n/t 09.12.07, 17:16
          • kawitator Re: jeszcze o biologii 09.12.07, 19:56
            Było...teraz kobiety potrafią same dać sobie radę.
            jak najbardziej ale faceci też
            Tylko co z tego
            Minimalna wielkość grupy rodzinnej (plemiennej) umożliwiająca znośne życie uzależniona jest od poziomu rozwoju gospodarczego W chwili obecnej osoba samotna niezależnie facet czy kobitka potrafi samodzielnie zapewnić sobie byt, pracować prowadzić gospodarstwo domowe i wychowywać dzieci. Nikt nie mówi ze jest to proste ale dawniej było po prostu niemożliwe .
            Nie chcę powracać do czasów hordy łowiecko zbierackiej ale wystarczy się cofnąć o te 50 lat
            Żłobki przedszkola teoria Poziom zarobków w obecnych kryteriach głodowy Możliwość zakupu żywności przetworzonej czy stołowania się na mieście teoretyczna Tylko zgodna współpraca faceta kobitki dziadków a w szczególnych przypadkach jeszcze kuzynek wujków i cioć pozwalała pokonać trudy życia codziennego których teraz nawet nie zauważamy Z tych czasów pozostała legenda o ciężkiej pracy kobiet w domu Wtedy prawda teraz fama i propaganda
            Można samemu mieszkać wychowywać dzieci ale wszystkie statystyki mówią ze małżeństwo jest korzystne dla kobitki dla faceta i dla dzieci Korzystna w sensie zdrowotności długości życia zasobności a także poczucia zadowolenia czy szczęścia
            Więc żeńcie się hucznie i potem męczcie się juz sami :-PPPP pokonując wszelakie zakręty i kryzysy bo warto .
            • krissdevalnor100 Re: jeszcze o biologii 09.12.07, 21:59
              O matko, zgadzam się!:)))
              Ale jedna partia przemyśleń wymaga uzupełnienia

              > Z tych czasów pozostała legenda o ciężkiej pracy kobie
              > t w domu

              Z tych samych czasów pochodzi rzewna legenda o cieżkiej pracy facetów w pracy:)))

        • yoric Re: jeszcze o biologii 09.12.07, 17:39
          Owszem, pełna zgoda. Takie pozorne sprzeczności biorą się z niezrozumienia
          ewolucji i biologii. Tak jak piszesz "małżeństwo jest uzasadnione biologicznie",
          ale to uzasadnienie ogólne, a po drodze jest mnóstwo kruczków, np.
          - po względnym odchowaniu potomstwa najlepszą strategią dla samca jest zwykle
          poszukać młodszej partnerki
          - samiec zawsze osiągnie reprodukcyjną korzyść z kontaktów na boku (pomijając
          czynniki społeczne, jak np. zemsta krewnych samicy)
          - samica osiągnie korzyść ze zdradzenia samca, jeśli zdradzi go z samcem lepszym
          genetycznie (pomijając ryzyko odkrycia zdrady i opuszczenia przez
          dotychczasowego partnera)

          Itd. itp.
          W naszej naturze leży WZGLĘDNA monogamia...

          Pozdrawiam
          • krissdevalnor100 Re: jeszcze o biologii 09.12.07, 20:05
            Zgadzam się, to właśnie ta równowaga wielu alleli tego samego genu w populacji. Gdyby wystepował tylko jeden typ zachowania to nei byłoby to ani korzystne dla gatunku ani, tym bardziej, realne:) No, ale dlatego właśnie małżeństwo nei jest tylko tworem z kosmosu:)
            • yoric Re: jeszcze o biologii 09.12.07, 23:19
              Dla ścisłości (wiem, że to wiesz) - "korzyść dla gatunku" nie jest dla ewolucji
              żadnym argumentem...
        • kanapony Re: jeszcze o biologii 11.12.07, 01:06
          a ja się uczepię słówka
          to nie małżeństwo ale związki są takie, jak piszesz
    • trzydziestoletnia Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 09.12.07, 13:40
      Nie tyle "kij w mrowisko", co niesamowite uproszczenie. Ci, co maja samochod wiedza, ze to nie tyko wygoda, ale i wieczny problem - ale to nie znaczy, ze by uniknac problemow w zyciu wystarczy nie kupowac auta ;)

      Jestem troche po trzydziestce, mezatka od lat kilkunastu, bez dzieci (z nadzieja, ze beda). I jak widac zycie bez dzieci nie uchronilo naszego malzenstwa od kryzysu, powiedzialabym nawet, ze brak dzieci jest jedną z konsekwencji naszego kryzysu.
      Mnie osobiscie bardziej zastanawia i zadziwia, nie to dlaczego malzenstwa nie maja dzieci, ale odwrotnie - z jak wielu powodow decyduja sie na dziecko i jak czesto sa o powody zupelnie 'nieadekwatne' (np. dla lepszego zwiazania partnera po romansie itd). Gdyby tak sie dobrze przyjrzec motywom to wnioski nie sa optymistyczne, szczegolnie dla owych dzieci.
    • misssaigon Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 09.12.07, 14:08
      z historycznego punktu widzenia:

      - przed II wojna swiatowa, ktora jest swoista cezura, jesli chodzi o wartosc
      posiadania dzieci dla rodziny, rodzice do dzieci sie specjalnie nie
      przywiazywali, ze wzgledu na duza umieralnosc.
      Generalnie podejscie do przychowku bylo bardzo zimne i wyrachowane...dzieci
      oddawano do wykarmienia mamkom, potem wychowywały je nianie, guwarnantki, pensje
      etc...
      dla historycznej matrony wazny byl maz - bo dbal o dobro rodziny, jej
      stabilizacje finansowa...i oczywiste bylo, ze dzieci jego pozycji nie mialy
      szans zadrozic...

      w momencie kiedykiedy posiadanie dzieci stalo sie kwestia wyboru a ich sposob
      wychowywania wyznacznikiem i potwierdzeniem osiagniecia odpowiedniego statusu
      materialnego - dzieci awansowaly w rodzinie - staly sie jej niejako
      wizytowka...jako, ze ten awans nie dokonal sie z rzyczywistej potrzeby
      ewolycyjnej - efekt jaki jest - kazdy widzi- dzieci sa traktowane jako
      dlugoterminowa inwestycja - zatemnalezy o nie dbac biorac pod uwage ile czasu,
      zabiegow i pieniedzy kosztuja - abstrahuje tu od czynnika emocjonalnego bo
      milosc do potomstwa - to uczucie , w ktore mozna sie samemu wmanipulowac:))
      • kawitator Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 09.12.07, 14:56
        Dodatek do Miss
        Rodzice sie pobieraja i mają dzieci Normalnie te dzieci są w domu 20-25 lat. To
        jest tylko fragment ich życia dzieci i fragment życia rodziców W życiu
        małżeństwa jest okres przed dziećmi, z dziećmi i po dzieciach kazdy z tych
        okresów jest potrzebny i niesie swoje radości i problemy teraz pochłonięci
        dziećmi i związanymi z tym problemami nie spodziewacie się jak szybko te wasze
        dzieciątka staną się laskami z biustem i facetami z wąsami i grubym głosem
        Rola rodziców jest
        -przygotować swoje dzieci do samodzielnego życia
        -przekazać im poglądy czy wartości które sami uważają za ważne
        - nie utrudniać im wejścia w dorosłość
        I jeszcze jedno NIE BĘDĄ WDZIĘCZNE A jak ukochanego synka mamusi zabierze
        całkiem obca kobieta i będzie używać nie tylko do seksu ale także do prania
        skarpetek czy zmywania to jego dotychczasowy dom będzie obchodził tyle co
        ptaszka skorupki gniazda gdzie się wykluł poprzedniego lata
        No chyba że dziadki ( to o was) zaproponują dofinansowanie lub pomoc jak się
        rodzice udadzą ( wasze dzieci) na balangę to wtedy łaskawie przyjmą
        • novalijka1 Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 09.12.07, 16:56
          kawitator napisał:

          > Dodatek do Miss
          > Rodzice sie pobieraja i mają dzieci Normalnie te dzieci są w domu
          20-25 lat. T
          > o
          > jest tylko fragment ich życia dzieci i fragment życia rodziców W
          życiu
          > małżeństwa jest okres przed dziećmi, z dziećmi i po dzieciach
          kazdy z tych
          > okresów jest potrzebny i niesie swoje radości i problemy teraz
          pochłonięci
          > dziećmi i związanymi z tym problemami nie spodziewacie się jak
          szybko te wasze
          > dzieciątka staną się laskami z biustem i facetami z wąsami i
          grubym głosem
          > Rola rodziców jest
          > -przygotować swoje dzieci do samodzielnego życia
          > -przekazać im poglądy czy wartości które sami uważają za ważne
          > - nie utrudniać im wejścia w dorosłość
          > I jeszcze jedno NIE BĘDĄ WDZIĘCZNE A jak ukochanego synka mamusi
          zabierze
          > całkiem obca kobieta i będzie używać nie tylko do seksu ale także
          do prania
          > skarpetek czy zmywania to jego dotychczasowy dom będzie obchodził
          tyle co
          > ptaszka skorupki gniazda gdzie się wykluł poprzedniego lata
          > No chyba że dziadki ( to o was) zaproponują dofinansowanie lub
          pomoc jak się
          > rodzice udadzą ( wasze dzieci) na balangę to wtedy łaskawie
          przyjmą


          Dokladnie tak jest!
          Dodam,ze rodzice decyduja sie na dziecko bo maja taki kaprys,chca
          sie bawic w dom i chca miec dziecko.
          A rodzice mysla,ze dziecko bedzie im wdzieczne i bedzie ich po
          nogach calowac za to,ze sie tak poswiecili dla niego.Nic bardziej
          mylnego.
          Dzieci wychowujemy dla swiata i dla przyszlej zony,meza a nie dla
          siebie.Jednak wiekszosc rodzicow o tym zapomina.
          • tlustaklucha Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 09.12.07, 23:10
            Dzieci to niesamowite szczęście w małzeństwie nastawionym na
            wspólną pracę. W małżeństwie, które się nie boi problemów.
            Dzieci rzeczywiście bardzo komplikują życie, ale też wnoszą do
            niego coś niesamowitego. W życiu bym nie chciała się tak zestarzeć,
            bez żadnej iskierki.
            Oczywiście, że dzieci spajają małżeństwo - tak jak spajaja nas
            wspólne pokonywanie przepaści.
            Można żyć bez dzieci, tylko wtedy warto się może zastanowić, co
            oprócz wygody nas tak naprawdę łączy. I czy w ogóle.
            Wszytsko zeleży od tego, czy chcemy w życiu tylko jeść tort podany
            do łóżka, czy chcemy też coś tworzyć.
            Fajnie, jak ludzi nie chcący mieć dzieci dobiarają sie razem. Jak
            jedno chce mieć dziecko, a drugie nie - to jest tragedia.
            • tlustaklucha Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 09.12.07, 23:12
              I myślę, że małżeństwo bez dzieci nie ma większych szans niż to z
              dziećmi. To drugie jest silne, zaprawione w bojach. To drugie -
              byle prolbem i grozi rozpadem.
              • cyjanokobalamina Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 10.12.07, 23:11
                tlustaklucha napisała:

                > I myślę, że małżeństwo bez dzieci nie ma większych szans niż to z
                > dziećmi. To drugie jest silne, zaprawione w bojach. To drugie -
                > byle prolbem i grozi rozpadem.

                Wcale nie chodzi o zaprawienie w bojach, tylko o fakt, ze sie tkwi w
                beznadziejnej sytuacji niby dla dobra dzieci wlasnie.

                Poza tym co rozumiesz przez 'byle problem'? Kazdy jeden nie zwiazany
                z pojawieniem sie dziecka?

                • kanapony Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 11.12.07, 01:09
                  nie zapominajcie o czynniku osobowościowym partnerów w związku
                  mogą miec dzieci - byle problem - i się rozstają
                  a mogą nie miec dzieci - poważne problemy - a oni ze sobą są
              • ilragazzo Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 11.12.07, 15:02
                tlustaklucha napisała:

                > I myślę, że małżeństwo bez dzieci nie ma większych szans niż to z
                > dziećmi. To drugie jest silne, zaprawione w bojach. To drugie -
                > byle prolbem i grozi rozpadem.

                o słodka naiwności:) a ja bym powiedział, że bezdzietne trwa bo
                chce, a nie bo rzekomo musi...
            • prezes_pan Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 09.12.07, 23:59
              tlustaklucha napisała:

              > Można żyć bez dzieci, tylko wtedy warto się może zastanowić, co
              > oprócz wygody nas tak naprawdę łączy. I czy w ogóle.
              > Wszytsko zeleży od tego, czy chcemy w życiu tylko jeść tort podany
              > do łóżka, czy chcemy też coś tworzyć.

              Większość mężczyzn chce wyłącznie jeść tort podany do łóżka, a w
              dzieci są wrabiani przez kobiety. I nie mówię tu wcale wyłącznie o
              klasycznej "wpadce", również o bardziej wyrafinowanych metodach
              szantażu emocjonalnego itd. Tak było, jest i będzie. Amen
              • tlustaklucha Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 10.12.07, 00:02
                Nieprawda. większość mężczyzn chce mieć dzieci tak samo jak kobiety.
                A kobieta, która w ten sposób chce zatrzymać przy sobie faceta nie
                powinna w ogóle mieć dzieci.
                Rozumiem, że mówiąc to bazujesz na właśnym doświadczeniu?
                • tlustaklucha Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 10.12.07, 00:02
                  Na własnym miało być.
                • cyjanokobalamina Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 10.12.07, 23:04
                  tlustaklucha napisała:

                  > Nieprawda. większość mężczyzn chce mieć dzieci tak samo jak
                  kobiety.

                  Nieprawda. Wiekszosc mezczyzn nie chce dzieci az w takim stopniu jak
                  kobiety.
                  • kanapony Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 11.12.07, 01:12
                    nieprawda
                    ;p

                    wśród MOICH znajomych związków to kobiety chcą miec jedno dziecko
                    lub chcą już na tym jednym poprzestac
                    a ich partnerzy (czasem mężowie) męczą je o drugie
                    • glamourous Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 11.12.07, 11:27
                      kanapony napisała:

                      > nieprawda
                      > ;p
                      >
                      > wśród MOICH znajomych związków to kobiety chcą miec jedno dziecko
                      > lub chcą już na tym jednym poprzestac


                      Nie mozna tak generalizowac, bo wszystko zalezy od sytuacji
                      ekonomicznej rodziny oraz od od ogolnych warunkow socjalnych
                      panujacych w danym kraju. No i od mentalnosci ludzi, oczywiscie, bo
                      schemat 2 + 1 jest byc moze dobry dla wygodnickich rodzicow, ale
                      niezdrowy dla osamotnionego jedynaka.

                      Wsrod moich na przyklad znajomych NORMA jest MINIMUM dwoje dzieci.
                      Zazwyczaj jednak standardowa rodzina to 2 + 3. A i czworo tez sie
                      czasem zdarza i to wcale nie ma to nic wspolnego z patologia.

                      Jezeli nawet jakas para ma tylko jedno dziecko (co jest wielka
                      rzadkoscia) to znaczy ze jeszcze maja w planach drugie, ewentualnie
                      ze z jakichs powodow NIE MOGA miec juz wiecej dzieci.
                      • kanapony Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 11.12.07, 23:31
                        owszem, generalizowac nie można
                        dlatego swój post zaczęłam przekornie - jak dwa ponad nim
                        a ponadto podkreśliłam "wśród MOICH znajomych"
                        i to nie było uogólnianie ale spostrzerzenie
                        ;)

                        nie zgadzam się, że schemat 2+1 jest niezdrowy dla dziecka
                        znam wiele osób z rodzeństwem i są beznadziejne (ale i świetnych
                        znam)
                        znam wiele świetnych jedynaków (ale i dupków znam)
                        to zależy od charakteru dzieciaka i - może przede wszystkim - jak je
                        rodzice wychowują

                        ad. ostatniego akapitu - rozumiem, że jest to dalsza częśc
                        środkowego akapitu ;) a nie refleksja ogólna
                        bo tu się diametralnie nie zgodzę - podkreślam, iż chodzi o moje
                        znajome pary
                        te drugie dzieci to ich nie ma /nie miało byc/ bo tak chciały kobieta
                        nic nie wiem o problemach typy "nie mogę" ani o odkładaniu na
                        później
                        • yadrall Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 12.12.07, 13:41
                          Ludzie czesto kryja sie z nemozliwoscia posiadania dziecka i stosuja
                          rozne wymowki, zeby tylko nie powiedziec prawdy. Bardzo malo
                          osob,ktore maja takie problemy mowi o tym w prost...
                          • kanapony Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 12.12.07, 22:59
                            zgadzam się - jak najbardziej
                            ale rozważyłam te związki o których wiem na 100%, że się
                            zabezpieczają
    • stanowcza Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 12.12.07, 20:50
      Cóż, niektórzy nie dorastają do roli ojca w ogóle, niektórym się
      wydaje, że dorośli do małżeństwa, ale większość nadal pozostaje
      wyrośniętymi chłopcami, którzy emocjonalnie są na etapie
      przedszkolaka. Dobrze obrazuje to powiedzonko, że mężczyźni
      rozwijają się do 6 r.ż., a potem to już tylko rosną ....
      Aby zaopiekować się dzieckiem, trzeba wystawić nos z kokonu własnego
      egoizmu, niestety, niewielu mężczyzn to potrafi. I stąd większość
      problemów w związkach. Bo dziecko wywraca świat do góry nogami, czy
      się to komuś podoba, czy nie :)
      • your_and Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 13.12.07, 08:18
        stanowcza napisała:
        > Cóż, niektórzy nie dorastają do roli ojca w ogóle, niektórym się
        > wydaje, że dorośli do małżeństwa, ale większość nadal pozostaje
        > wyrośniętymi chłopcami, którzy emocjonalnie są na etapie
        > przedszkolaka.

        Typowe stereotypowe myślenie kobiet, podobnie mężczyźni traktują ze skoro
        kobiety mają problemy z czytaniem mapy wyższą matematyką i bka jazdą samochodem
        ich średnie IQ musi być mniejsze o połowę. Facetowui dziecko nie przesłania
        wszystkiego w życiu jak większości kobiet to nie dorósł on do roli ojca...

        Duża częsć kobiet nie zauważa że również nie dorasta do roli matki, nie
        wychodząc poza wersje dużej dziewczynki zabawy z lalką. Traktują dziecko i
        macierzyństwo przedmiotowo zajmując sie swoim uczuciem do dziecka, nową zabawką
        relacją a nie wychowaniem dziecka i przygotowywaniem go do opuszczenia domu i
        założenia własnej rodziny (MOJE dziecko).
        To także wyraz egoizmu i niedorosłości.
        • sagittka Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 13.12.07, 09:52
          skoro w tym wątku większosć osób wali ogólnikami, to ja też w tym
          stylu:
          mężczyznom dzieci są potrzebne do dopełnienia modelu wzorcowej
          rodziny, np. trójka roześmianych dzieci i pies - jak to ładnie się
          prezentuje na niedzielnym rodzinnym spacerze :) reszta w postaci
          odrabiania lekcji, wstawania w nocy do kaszlących, wożenia na basen,
          rozwiązywania problemów wychowawczych i cała proza codzienności
          spoczywa w większośći rodzin na matkach

          oczywiście są również mężczyźni, którzy PRAGNA mieć dzieci, bo chcą
          je aktywnie wychowywać, chcą im przekazać swoje wartości, chcą być
          rusztowaniem, przy pomocy którego dziecko zbuduje SWÓJ WŁASNY świat,
          (a potem gdy jego mury będą solidne odstawi rusztowanie) - to jednak
          bardzo trudna i odpowiedzialna praca, więc niewielu mężczyzn jest w
          stanie ją udżwignąć na wiele lat
          • ilragazzo Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 13.12.07, 10:03
            > mężczyznom dzieci są potrzebne do dopełnienia modelu wzorcowej
            > rodziny

            a co mówi ogólnik na temat kobiet potrzebujących dzieci? do czego im
            są one potrzebne?
        • kanapony Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 14.12.07, 01:00
          zaczęłam się nad tym zastanawiac...
          cos w tym jest...
          - jak kobieta po urodzeniu dziecka wraca do pracy to często
          (zwłaszcza starsze pokolenia) okrzykują ją złą matką
          - jak facet po urodzeniu mu sie dziecka nie idzie do pracy tylko
          bierze urlop wychowawczy to (zwłaszcza starsze pokolenia) okrzykują
          go mięczakiem, leniem, wykorzystywaczem kobiety, pantoflarzem...
          ja znam tylko jedną taką parę (i to ze wsi... co gada się o nim...
          aż przykro słuchac)

          i to samo z przesłanianiem
          zakłada się, że kobiecie dziecko po urodzeniu na bank przysłoni ten
          świat... od mężczyzn tego jakoś się nie wymaga...

          i jeszcze jedno
          mianem dobrej matki określimy każdą babkę, która idzie na
          wychowawczy (nawet nie musi koło tego dziecka zbyt robic, może je
          zaniedbywac emocjonalnie, itp), robi jedzenie, pranie... takie
          normalne czynności wg mnie, za które nigdy i nikomu nie trzeba byc
          wdzięcznym - jeśli już to patrzę na to: oddaję dziecku to, co
          dostałam od moich rodziców
          ale żeby nazwac faceta dobrym ojcem... oj to musi się chłopina
          naharowac i namęczyc przy dzieciaku - spacerki, zakupy z dzieckiem
          na ręku.... i przy okazji zarobki premiera

          na koniec
          zauważyłam, że chyba przyjmuje się, że kobieta w ciąży = dojrzała do
          macierzyństwa ~ dojrzała do roli matki...
          zaczęłam analizowac swoje znajome matki (nie tylko z mojego
          pokolenia)
          i rzeczywicie... małą którą wybrałabym na swoją matkę (pod kątem
          traktowania dzieciaka)
      • ilragazzo Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 13.12.07, 10:01
        stanowcza napisała:

        > Cóż, niektórzy nie dorastają do roli ojca w ogóle, niektórym się
        > wydaje, że dorośli do małżeństwa, ale większość nadal pozostaje
        > wyrośniętymi chłopcami

        Co oznacza "dorosnąć do roli ojca"? Wystarczy tylko "przetrwać"
        fanaberie oszalałej na punkcie dziecka i tylko dziecka kobiety, czy
        może trzeba to jeszcze zaakceptować to jako normę?

        > Dobrze obrazuje to powiedzonko, że mężczyźni
        > rozwijają się do 6 r.ż., a potem to już tylko rosną ....

        no tak, inne powiedzonko mówi, że "(...) rude są fałszywe" -
        ciekawe, które ma więcej wspólnego z rzeczywistością?

        > Aby zaopiekować się dzieckiem, trzeba wystawić nos z kokonu
        własnego
        > egoizmu,

        A to prawda. Kłopot tylko z tym, że taka "wybuchowa" miłość matki do
        dziecka, która przesłania reszte świata jest właśnie bardzo dobrym
        przykładem kiedy się siedzi w kokonie własnego egoizmu (MOJE
        dziecko, najpiękniejsze, najwspanialsze, wszystkim wara od niego).

        > niewielu mężczyzn to potrafi

        zapewne tylu, ile kobiet... ale czy ktoś robi badania? czy ktoś jest
        w stanie to policzyć?

        > Bo dziecko wywraca świat do góry nogami, czy
        > się to komuś podoba, czy nie :)

        Wymusza wiele zmian, ale ABSOLUTNIE nie musi wywracać życia do góry
        nogami. No chyba, że jedno w związku ma takie nastawienie, to
        rzeczywiście później wszystko sie wywraca do góry nogami.

        Para naszych przyjaciół, która notabene "wpadła" przypadkiem (i to
        był powód małżeństwa) jest dla nas wzorem jak ułożyć sobie życie.
        Borykają się z problemami jak wszyscy dookoła (pieniadze, czas,
        mieszkanie, praca), ale mają czas (dziecko nie ma jeszcze roku!) aby
        raz na jakiś czas wyjść na impreze, zorganizować sylwestra w tym
        roku (sic!!!), czy nawet wybrać się do kina. Dla nich życie to nie
        tylko dziecko - to wiele innych składowych. I nie powiedziałbym, że
        dziecko jest niezadbane czy może - jak to moja "dojrzała" mama
        powiedziała - "niekochane". Ale jak trawestacja stanowczej brzmi -
        "niewiele ludzi to potrafi".

        O zaprzyjaźnionych parach stojących po przeciwnej stronie nie będę
        się rozpisywał, bo przecież każdy z nas je spotyka na codzień.
        • glosatorr Re: Brak dzieci=szczescie w malzenstwie? 13.12.07, 10:25
          ilragazzo napisał:

          >
          Pozwolę wejśc między wódkę i zakąskę, czyli dołożyć swoje pięc
          groszy do dyskusji.

          > Co oznacza "dorosnąć do roli ojca"?

          To proste - dojrzeć i przejść z etapu egoistycznie, egocentrycznie i
          zabawowo nastawionego na życie chłopaka (la ragazzo) do etapu
          dojrzałego odpowiedzialnego za innych, zdolnego do tworzenia
          rodziny, wychowania własnego dziecka męzczyzny.

          > Wystarczy tylko "przetrwać"
          > fanaberie oszalałej na punkcie dziecka i tylko dziecka kobiety,
          czy
          > może trzeba to jeszcze zaakceptować to jako normę?

          No własnie - tu nie chodzi o przetrwanie, ale o zdobycie wiedzy, że
          jak sie już swojej partnerce robi dziecko - to ona odpowiada za
          urodzenie dziecka wyłacznie ale cała opieka nad nią i dzieckiem,
          ponoszenie konsekwencji swojego "rozsiewania genów", wychowanie,
          współuczestnictwo w opiece i pielegnacji, ochrona "gniazda" - spada
          w takiej samej mierze na Ciebie i na Twoją kobietę. Jesli Ty też nie
          cieszysz się z własnego potomka - to z Ciebie żaden mężczyzna i
          żaden facet.

          >
          > > Dobrze obrazuje to powiedzonko, że mężczyźni
          > > rozwijają się do 6 r.ż., a potem to już tylko rosną ....
          >
          > no tak, inne powiedzonko mówi, że "(...) rude są fałszywe" -
          > ciekawe, które ma więcej wspólnego z rzeczywistością?
          >
          Niestety ale teza koleżanki - jak pokazują Twoje własne słowa -
          sprawdza się. A co do rudych fałszywych? Od chwili kiedy wynaleziono
          farby do włosów - to ma wiele wspólnego z rzeczywistością ;)

          > > Aby zaopiekować się dzieckiem, trzeba wystawić nos z kokonu
          > własnego
          > > egoizmu,
          >
          > A to prawda. Kłopot tylko z tym, że taka "wybuchowa" miłość matki
          do
          > dziecka, która przesłania reszte świata jest właśnie bardzo dobrym
          > przykładem kiedy się siedzi w kokonie własnego egoizmu (MOJE
          > dziecko, najpiękniejsze, najwspanialsze, wszystkim wara od niego).
          >
          No cóż - to tylko ewentualnie świadczy wiele o faceci, który sobie
          TAKĄ EGOCENTRCZNĄ kobietę wybrał na towarzyszkę życia albo nawet nie
          wie, że nie przygotował swojego związku na pojawienie się dziecka.
          Bo gdy dziecko jest w drodze - te 9 miesięcy to szmat czasu, by
          kobieta przestała mówić "MOJE DZIECKO" a mówiła "TO NASZE KOCHANE
          DZIECIĘ". Tylko, że faceci w sporej liczbie, jak już zasieją - to
          mają gdzieś jak to co zasiali rośnie a o pielegnacji często
          zapominają.

          > > niewielu mężczyzn to potrafi
          >
          > zapewne tylu, ile kobiet... ale czy ktoś robi badania?

          Pewnie tak. Ale fakty są niestety choćby na tym Forum widoczne.
          Wystarczy bystra obserwacja rzeczywistości i np. czytanie Twoich
          wypowiedzi ;)

          > czy ktoś jest
          > w stanie to policzyć?
          >
          tak - jest w stanie - np. fakt 1 - proszę przyjrzeć się danym o
          rosnącej liczbie samotnie wychowujących dzieci matek, fakt drugi -
          prosze zauważyć, że zwiększa się liczba rozwodów po urodzeniu
          pierwszego dziecka, fakt 3-ci - proszę zauważyć idąc chociażby w
          ciągu dnia na spacer - ile na ulicy jest kobiet z dzieckiem a ilu
          mężczyzn :_))
          Proste? Wystarczające do tezy - którą postawiła kolezanka, która
          nawet jesli zareagowąła emocjonalnie czy na wyrost - to jednak
          pokazała prawdziwe zjawisko.

          > > Bo dziecko wywraca świat do góry nogami, czy
          > > się to komuś podoba, czy nie :)
          >
          > Wymusza wiele zmian, ale ABSOLUTNIE nie musi wywracać życia do
          góry
          > nogami.

          Dla niektórych wywraca.

          > No chyba, że jedno w związku ma takie nastawienie, to
          > rzeczywiście później wszystko sie wywraca do góry nogami.
          >
          No własnie - tu się zgadzam, chociaz nie wiem czy o tym samym
          myślimy.

          > Para naszych przyjaciół, która notabene "wpadła" przypadkiem (i to
          > był powód małżeństwa)

          najdurniejszy powód - mnie ciągle uczą, że ludzie się żenią z powodu
          miłości :_)

          > jest dla nas wzorem jak ułożyć sobie życie. Ale jak trawestacja
          stanowczej brzmi -
          > "niewiele ludzi to potrafi".
          >
          I super! Mnie ta opowieść bardzo cieszy - ale gdybyśmy widzieli
          wszystko z perspektywy najbliższego sąsiedztwa - to nie
          widzielibyśmy więcej. A pozory czasami mylą - jak wspomniałeś, są ze
          sobą od roku? Poczekaj jeszcze....

          > O zaprzyjaźnionych parach stojących po przeciwnej stronie nie będę
          > się rozpisywał, bo przecież każdy z nas je spotyka na codzień.
          >
          Alez proszę się rozpisać ;))
          Ukłony....

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka