libra.a
05.07.08, 11:23
witam
poczytałam trochę forum i myślę, że jest to odpowiednie miejsce, w którym mogę się wygadać i przeczytać zdanie kogoś z zewnątrz.
Nasza historia jest następująca:
jesteśmy ze sobą już kilka lat; pierwsze dwa lata bajka i raj na ziemi; było nam razem naprawdę dobrze;
nasz pierszy raz był efektem planów - wizyta u ginekologa, tabletki - musiałam być pewna, że nie będzie żadnych konsekwencji (i tu widać, jaka jest moja natura, muszę mieć poczucie dopięcia wszystkiego na ostatani guzik, muszę być w stu procetach odpowiedzialna za to co się dzieje, muszę mieć przygotowany perfekcyjny grunt).
po tym nasza przygoda z seksem trwała jakieś dwa trzy lata; na początku było coraz rzadziej i rzadziej, aż w końcu kompletnie straciłam ochotę na seks; zmieniłam tabletki, bo to na ich działanie zrzuciałam całą winę - nie pomogło, więc odstawiłam kompletnie; libido jakby drgnęło, ale pojawił się ogromny strach przed ciążą i w rezultacie pratkycznie nie dochodziło do żadnych zbliżeń - ewentualnie petting, ale to też baaaardzo rzadko.
dochodziło między nami do wielu kłótni; on miał żal i pretensje do mnie, że nie ma seksu, obwiniał siebie, że już mnie nie pociąga, obwiniał mnie, że nie chcę nic z tym zrobić.
takie rozmowy dawały jakiś efekt, ale i tak nie było pełnego zbliżenia, bo ciąża.
jestem już w taki wieku, że dziecko jest jak najbardziej wskazane, ale tu wkracza do akcji mój popaprany charakter: muszę być całkowicie pewna, że będziemy w stanie wychować dziecko, a nie jestem - brak umowy w pracy na stałe, kłopoty finansowe.
i taka sytuacja trwała i trwała.
ciągłe pretensje, brak okazywania uczuć, ochłodzenie się stosunków; mówiłam mu, że takim sposobem nic nie osiągnie, bo ja potrzebuję poczucia miłosći, bezpieczeństwa, ale w nim rosła taka złość i frustracja, że bardza rzadko potrafił się przełamać, a zresztą wiedząc, że okazując mi uczucie i tak nie osiągnie, tego, na czym mu tak zależy - seksu, robił to bardzo rzadko, a ja sama nie wychodziłam z żadną inicjtywą i sama stawałam się coraz chłodniejsza.
kilka dni temu syytuacja sięgnęła zenitu; wyszedł z domu, nie było go kilka godzin; dzwoniłam - nie odbierał, aż wreszcie wyłączył telefon - a ja siedziałam w domu i ryczałam, bo nie wiedziłam co się dzieje, czułam, że dzieje się coś niedobrego; wrócił - nic nie powiedział, nie zareagował na to, że się rozryczałam i mu powiedziałam jak się denerwowałam; nastąpiły ciche dni.
trzy dni temu znowu zniknął na godzinę;
zaczął nosić przy sobie telefon - czego nigdy nie robił, bo zawsze po przyjściu do domu, odkładał go na stolik.
aż wreszcie mi powiedział, że przez te kilka godzin, to był z koleżanką i jej chłopakiem - rozmawaili o sprawach slużbowych, a przez godzinę, to był z tą samą koleżanką, bo musiał wyjść z domu, bo miał dosyć takiej atmosfery i chciał zobaczyć uśmiech na twarzy.
poczułam, że ziemia wali mi się pod nogami - dodam, że nigdy nie spotykaliśmy się z koleżankaimi - on, ani z kolegami - ja, były tylko spotkania z parami, albo wspólnymi znajomymi.
i tak od kilku dni nic innego się nie dzije, tylko wieczorami rozmawiamy - ja ryczę, w nim jest złość.
mówi mi, że przeprasza i żałuje, że tak postąpił, ale że mnie nie zdradził, tylko miał już dość i czuje się bezsilny z powodu braku seksu. na pytanie o czym rozmawiali, mówi, że tak normalnie po prostu. na pytanie co czuje, mówi, że tylko złość i frustrację, a jak spytałam, jaki jest jego stosunek do niej, mówi, że ją lubi jak koleżankę. na pytanie, czemu nosi przy sobie telefon, mówi, że wie, jaka jestem teraz zła i że mogłabym mu przeszukać telefon, choć twierdzi, że nie ma nic do ukrycia, jednak nie chce mi pokazać telefonu, żebym nie dowiedziała się jak ta koleżanka ma na imię, bo mu będę ją wypominać, a on nic złego nie zrobił. i w kóło powtarza, że to ze złości i frutracji, że nie ma seksu.
a ja nie wiem, co mam teraz zrobić.
czuję się oszukana, zdradzona - nie mam pewności, że fizycznie, ale na pewno psychicznie, bo on złamał zasady, które panawały w naszym związku - nigdy nie było żadnych koleżanek, kolegów - wiem, ze to może był błąd, ale tak już się stało i oboje na to przystaliśmy, bo oboje byliśmy strasznie o siebie zazdrośni wręcz zaborczy.
mam teraz w śroku jedną wielką wypaloną dziurę; kłębią się we mnie uczucia zarówno miłości, ale też poczucie zdrady, brak zaufania, stracone bezpieczeństwo, świadomość, że celowo chciał mnie zranić - choć twierdzi, że nie, że był po prostu zły.
wiem, że to wszytsko nastąpiło przez ten cholerny brak seksu, ale w tej chwili dla mnie jest ważniejsze, to co się stało, a on twierdzi, ze zrobilam z igly widly, choc z drugiej strony potwierdza, ze gdyby byl na moim miejscu, też pewnie byłby conajmniej zaniepokojony takim obrotem sprawy.
wiem, ze to cud ze wytrzymal ze mną tyle czasu i teraz twierdzi, ze chce zeby bylo dobrze, ale ja nie wiem, czy będę w stanie dalej z nim życ - w sumie, to nie wyobrażam sobie teraz życa z nim, ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie też życia bez niego.
wiem, że niektórzy stwierdzą, że jestem sobie sama winna, że się doigrałam, ze histeryzuję - moze i racja.
próbuję na to spojrzeć obiektywnie, ale w tej chwili czuję tylko ból.
dziękuję, że mogłam się wygadać, bo naprawdę nie wiem, co powinnam robić dalej.