Kolejny raz zakładam wątek z potrzeby wsparcia... Schodzę z paroksetyny i już dłużej nie mogę, wymiękam

A właściwie już zeszłam. Trzeci dzień od 2006 roku bez niej. Prób odstawienia było już conajmniej kilka, wszystkie kończyły się źle. Teraz jednak jestem "zagrożona" manią polekową i muszę odstawić antydepresanty.
Jestem jakimś beznadziejnym przypadkiem. Organizm mi się tak buntuje, że zaraz zacznę chodzić po ścianie... Gorączka, dreszcze i inne bajery. We łbie się kręci, obraz dochodzi do mózgu z opóźnieniem chyba. Dzisiaj prawie wyglebałam się na środku jezdni idąc na terapię, a pewnie ludzie pomyśleli, że mocno się schlać musiałam... I mi źle...
Powiedzcie, że to minie, że za chwilę przestanie... bo ja mam tyle rzeczy do roboty, terminy nie do zawalenia, a nie mam na nic siły i mnie psychicznie wykańcza zamartwianie się ile to jeszcze potrwa... Skupić się nie mogę nawet, żeby posta napisać jak człowiek. A dzisiaj jakaś kulminacja. Jeszcze wczoraj dawało wytrzymać, ale z każdym dniem gorzej.
Kiedyś effectin odstawiałam, tydzień leżałam w łóżku skulona, nie wstawałam prawie, ale wtedy mieszkalam z rodzicami. Mama przynosiła jedzonko, okłady etc. I nic nie musiałam. A teraz muszę i mnie szlag trafia