Mam niesamowitego męża. Poznaliśmy się jak już wiadomo, że jestem chora a choroba nie ma lekkiego przebiegu (byłam już wtedy dwukrotnie hospitalizowana). Już jak chłopak, narzeczony a potem mąż z anielską cierpliwością i zrozumieniem znosi moją chorobę. Nie będę pisać o szczegółach, ale w tym co robi dla mnie jest naprawdę niesamowity. Nigdy nie skarżył się na swój los. Nigdy nie miałam obaw, że nie wytrzyma mojej choroby i odejdzie. Eh... dużo by pisać.
Jestem mu bardzo wdzięczna.
No i własnie z tą wdzięcznością jest problem - związane jest to z tym, żechyba nie daję sobie prawa do złości do niego, pretensji, zniecierpliwienia, niezadowolenia itd. Tu nawet nie chodzi o wyrażanie tych uczuć. Ja czegoś takiego poprostu nie czuję a jak zaczynam czuć to zaraz sobie przypominam co on robi dla mnie i wszystko przechodzi w jednym momencie. Takie gaszenie złości za pomocą wdzięczności
Zaczynam się zastanawiać czy to normalne, czy to aby nie jakaś patologia...
Co o tym myślicie?