ze snem...i chyba nie tylko z nim.
Kończą mi się leki. Dzwoniłam do mojej psych. Jesteśmy umówione w poniedziałek. Poprosiłam ją o dłuższą chwilkę dla mnie. Długo ze sobą nie rozmawiałyśmy. Wpadałam po leki: "dzień dobry", "bardzo dziękuję", "jak się Pani czuje" (była w ciąży), "do wiedzenia".
Nie mogę przespać nocy. Biorę już 450mg kwetipany (mam tabletki 300mg). Biorę 1.5 szt. Do tego ratuję się Cloranxenem doraźnie tylko w wypadku kilku nocy pod rząd. Ten cyrk z pracą mnie nakręca. Nakręca mój strach. Być może powinnam szybciej z nią się skontaktować, ale dopiero co urodziła dziecko, o prostu było mi głupio. Pamiętam jak po rozmowie z nią odczuwałam ulgę. Liczę tym razem na to.
Jeżeli dostanę tę pracę to zacznę psychoterapię. Tzn. będzie kasa na dojazd do psychoterapeuty do innego miasta. Każdy mówi, że warto wysupłać kasę na terapię. Tylko ciężko z tym było do tej pory. Dziecko kumuluje kasę na wizyty lekarskie. M. też musiał skorzystać z pomocy - bardzo dużo kas poszło. Ja...zawsze na szarym końcu w tej kwestii.
Żołądek mi dokucza. Muszę wziąć od rodzinnego skierowanie na gastroskopię, bo leczenie na helikoptery w brzuchu (tak nazywam helikobacter p.) nie zdało rezultatu. Lekarz ma mnie już dość chyba. A to skierowanie na rtg kręgosłupa szyjnego, teraz lędźwiowego, a to na coś innego. Co ja na to poradzę, że się sypię.
Teraz mi powiedziała, że prawostronne skrzywienie kręgosłupa nie jest winne rwie kulszowej i temu bólowi. Czekam na wizytę do ortopedy. Mam wrażenie, że odkąd dowiedziała się o chadzie to myśli sobie, że wszystko ma podłoże psychiczne.
Jednym słowem źle się czuję.