Nie wiedziałam, że psu u mnie będzie gorzej niż w schronisku. Tego dowiedziałam się dziś. Może nie dosłownie, że gorzej, ale w każdym razie podobno istnieje takie ryzyko. Wytłumaczono mi, że pies potrzebuje ruchu i 4-5 godzin spacerów/biegania dziennie dla psa to zdecydowanie za mało. To, że po długim spacerze sam biegnie prosto do furtki, to wyłącznie dlatego, że wciąż nie czuje się pewny. Na pewno po dwóch godzinach biegania nie czuje się jeszcze zmęczony - mimo, że pod koniec spaceru już nie biegnie, tylko idzie spokojnie. Duży pies (15kg, może urośnie do 20, ale nie sądzę, żeby więcej) potrzebuje 300 metrowego domu. Piszę to, bo być może ktoś nieopatrznie tak jak ja ma średniego psa nie kupiwszy uprzednio wielohektarowej posiadłości. Ponadto uczenie psa jazdy autobusem jest głupotą. Bo przecież można nie ruszać się z domu dalej, niż da się na piechotę. Nie mam samochodu, a to kolejny argument uniemożliwiający posiadania psa większego niż York. Taka bardzo konstruktywna rozmowa trwała nieco ponad godzinę i z trudem udało mi się ją zakończyć, bo tak się jakoś porobiło, że nie za bardzo mam czas na jałowe dyskusje - wolę wyjść na spacer z psem

I mnóstwo innych rzeczy mam do zrobienia.
Jedyne z czym jestem w stanie się zgodzić, to to, że pewnie mogłam wybrać nieco mniejszego psiaka. Ale ja w tym się zakochałam. Dokładnie w jego bracie, ale tamten już poszedł do ludzi. Oczywiście koronnym argumentem jest, że jak się przeziębię, to nie będzie miał się kto zająć psem. Bo ONA (ciocia tym razem, nie mama) jak jest ma katar to dwa dni nie wychodzi z łóżka. No cóż, mnie nie stać na taki luksus. Jakoś chyba już poza mną nie pamięta, że pod koniec pierwszej hospitalizacji, poleciało w moją stronę hasło - niech ona już wyjdzie z tego szpitala, bo potrzebne są pieniądze, musi wracać do pracy (chodziło o pomoc rodzicom).
No i ona lepiej ode mnie wie, jak czuje się mój pies i co myśli. Nie widziała go co prawda, ale doświadczenie ma większe - jej pies żył 7 lat, a ja ze swoim jestem 10 dni.
Ciężko się rozmawiało, trochę się tym wszystkim emocjonuję, ale już mnie to wszystko nie dotyka - z tego się cieszę. Tyle razy poradziłam sobie naprawdę w krytycznych sytuacjach, więc o psa też będę potrafiła zadbać. A spacery naprawdę dobrze mi robią. Mam o wiele więcej energii, zupełnie inaczej się czuję fizycznie. Usłyszałam też, że zbeszczeszciłam pamięć Tigerka - padło chyba inne słowo, ale mniej więcej o to chodziło. Bo ONA wzięłaby zwierzaka nie wcześniej niż za pół roku - nieważne, że do tej pory, to już bym pewnie wylądowała na zamkniętym w ciężkiej depresji, albo chociaż ryczała całymi dniami. Teraz nie mam czasu myśleć. Czasem sobie popłaczę, bo bardzo kochałam kocura, ale nawet gdy się pojawił to jednak nie zrobił w moim życiu takiej rewolucji jak pies. A tylko ja wiem, jak bardzo potrzebowałam obowiązku, za który dostanę miłość. Zapomniałabym, pies mnie jeszcze na pewno nie kocha, tylko jest ciągle przerażony - te dzikie skoki i urywający się ogon, to z pewnością oznaki strachu.
Wiele takich głupot jeszcze dziś usłyszałam. Oczywiście nie wiem, jak będę czuła się za rok i czy na pewno dam radę, ale wiem, że gdy nie robię manewrów pt. odstawiam leki, bo to tylko tarczyca to całkiem dobrze funkcjonuję. Jedyny minus, to brak jakiegoś motora napędowego, żeby mi się chciało chcieć. Założyłam kiedyś taki wątek, że mam w życiu głównie motywację negatywną - to zdecydowanie utrudniało mi wszystko, bo trudno się do wszystkiego zmuszać, bo jak nie to będzie gorzej. Teraz robię różne rzeczy, bo ktoś się do mnie przytuli, pomerda ogonem. A jak nie zrobię tego co trzeba, to też zamerda ogonem, tylko będę musiała wytrzeć kałużę. Ale żeby nie wiem co nie będzie wiercił dziury w brzuchu i robił różnych głupich rzeczy, które mają w zwyczaju robić ludzie, o których wiem, że mnie kochają. Tylko jakimś cudem nigdy tego nie poczułam. Ale w tej rodzinie chyba tylko ja odróżniam rozum od serca.
Kiedyś bym się załamała po takiej rozmowie. Ale teraz... wiem, co do mnie należy i resztę mam w nosie. A pies już tylko cichutko popiskuje, jak mnie nie widzi trochę za długo - o pierwszym wyjściu poinformował cały blok, a nawet z pół osiedla. Teraz (nagrywam, żeby wiedzieć jak się sprawuje) myślę, że najbliżsi sąsiedzi nie zauważyli mojego wyjścia. Po powrocie prawie już się nie żali jak bardzo tęsknił - po prostu się cieszy, że wróciłam.
Pamiętajcie, przed wzięciem psa, należy kupić całe Mazury, Nałęczów lub chociaż Kampinos. Niech już nikt więcej nie popełni takiego błędu jak ja!