Remisja trwa... Mimo to wczoraj po raz pierwszy w życiu-nie będąc w
depresji-przebiegły mi przez głowe myśli samobójcze..Mimo optymizmu...i
podejścia do życia..które raczej zdrowe... Już tłumacze skąd się to wzięło
Gdzieś już pisałam..o męczyźnie który straszny psiuks wywinął...wręcz prawie
rozkochał..by powiedzieć potem, ze się zeni..Poryczałam, przetrawiłam.i było
jakoś A przed wczoraj rozmawiałam z jego znajomą... Dała mi do myślenia, bo on
ma podobno tak,ze gdy zaczyna czuć ze zbyt mu zależy...i zaczyna się
angażować.. Ucieka...boi się, ze zostanie zraniony... Ehh... więc
..hmmm..Napisałam eska... I nic...Potem doszły sprawy w ktore zostalam
wplątana-młodsza kuzynka i jej chlopak, i ja mialam pomoc..i takie tam...Nie
lubie tak...ale prosila...plakala..Wiec...Ehh..i wyszlo ze namieszalam...Ze on
po tym jak mu nagadalam..zerwal z nia-bo dzieki mnie zrozumial ze ja zle
traktuje...Ona zla, on zly, ja winna..?1?!!?!? I chuj Mysle se -ludzie
odpierdolcie sie wszyscy ode mnie!!! Wiedzialam ze do kwadransa sie
pogodzą...ale emocje zle pozostaly...Potem mnie pocieszali, przepraszali...ale
ja ehhh... Dupa... Poszlam spac... A RANO nastepnego dnia, czekała mnie
wyprawa do Ciesyzna po odbior dokumentow z uczelni Myslalam, eee zwykła
formalnosc...Ale jak stanelam przed gmachem uczelni...siadlam sobie na
lawce..zapalilam papierosa...i lezki poleciały... Bo udało mi się zaliczyc
rok...z dobrymi wynikami...i teraz bylabym juz na magisterskich...I ehhh...
moje marzenia o pracy...z ludzmi /praca socjalna/, przedszkole, terapia
zajęciowa, osoby niepełnosprawne, starsze...itp... To wszystko jest dla mnie
owocem zakazanym... A ja czuje powołanie... Mijając przedszkole..widząc te
maluszki w malych rajstopkach..w piaskownicy...serce mi pęka... Weszłam na
uczelnie z świadomościa..ze konczy sie pewien rozdziała mojego zycia.. Co
troszku poplakiwalam... Nie umiem się z tym pogodzic..Fakt znalazlam studium
policealne...aLE takie bezduszne kierunki... nie jest to to, co Tygryski lubią
najbardziej... Wyszłam z uczelni...i mowie..Boże dałeś powołanie, dałeś
chorobe...weź jedno lub drugie...Bądź wola Twoja...ale pozwól mi się z nią
pogodzić... I snułam się po Cieszynie... jak duch... Potrzebowałam by ktoś
mnie pocieszył..Tel do znajomego...Mowie mu co jest...tak w skrocie..A
on...rozlacza sie... I dupa.. Po 15 min pisze ze brak zasiegu...ale mi sie
odechcialo...pocieszania... Potem odezwal sie ten caly Misiek..co ehhh...Czemu
ja taka glupia do niego...On zly...a ja....ehhh... Pisalismy...Ja juz nie wiem
w co mam mu wierzyc..I tak mnie to wszystko rozpierdol.... ze ehhh..
Pomyslaam...nikt mnie nie pokocha... w sensie zawodowym tez nie bede mogla sie
spelnic... Rodzina...to nie wszystko...A ja potrzebuje milosci...i ehhh...
chcialabym pracowac..i lubic to co robie... I jakos tak zrozumialam, ze moje
zycie sensu nie ma..i miec nie bedzie... Nadzieje diabli wzięli.. Marzenia
pogrzebane... I zaczelam myslec.... 'nie strasz mnie piekłem, zbyt dobrze
piekło znam...' Pomyslalam...moze Bog..mi wybaczy...? Moze...ehhhh.... Potem
spotkałam sie z znajomą ze studiow...piwko w siebie wlałam...pomogło...ale
ehhh... taka słaba się czuje...Tak biore do siebie... Ehhh...A w
Tychach...nie mam /w poradni zdrowia psychicznego-/ psychologa????

Ehhh..nie wiem czy sama sobie ze sobą poradzę...Czy uda mi się długo
utzymać..dobry stan... Ehhh... Wywaliłam z siebie...Mogę sobie zyc dalej.