Wiecie co? Chciałam się pochwalić. Po raz pierwszy w dwunastoletniej "karierze" zostałam pochwalona w pracy. Nie na piśmie, ustnie. Jakby słowa uznania nie zmieściły się na raporcie z jakości pracy, który otrzymuję co parę dni

Że to, co robię jest b. profesjonalne, pełne kultury, na bardzo wysokim poziomie. Wreszcie ktoś mnie dostrzegł. I to, co robię. A pracuję raptem kilkanaście dni. Urosłam w swoich oczach. Czułam, że to co robię, jest fajne, bo w ostatnich dniach jakoś tak gładko mi szło. Z fajnym poślizgiem. Wreszcie znalazłam choć na krótko (chcę za jakiś czas zmienić pracę znów) coś, w czym się spełniam.
W pracy nikt nie wie, że jestem świrem. Wzięłam jeden dzień wolnego, gdy czułam się naprawdę źle.
Praca jako rodzaj przyczółka, na którym mogę odpocząć od stygmatu "wariat".