7krolewna
12.08.09, 18:08
Z szarego tła warszawskich Nowolipek wyłania się różowa ściana.
Parter w tym bloku zajmuje warszawski Dom pod Fontanną. W środku
kilkanaście osób. - Niedużo nas, bo trójka pojechała po zakupy -
mówi Marta, studentka psychologii, która jest jednym z pracowników.
Według modelu w takim Domu na jednego pracownika przypada około 20
członków Domu, a w warszawskim zapisanych jest ich 160. Marta się
nie wyróżnia. Też zmienia buty i nosi identyfikator, choć nigdy nie
była chora psychicznie. Identyfikatory są różne: Gość, Kandydat na
Członka, Członek WDpF, Pracownik WDpF.
Na świecie pracownikami Domów pod Fontanną są najczęściej ludzie z
pomocy społecznej, psychologowie, pedagodzy. Czasem wywodzą się z
psychiatrii, ale nie po to, żeby pełnić funkcję lekarza czy
pielęgniarki. Nikt nie jest tu pacjentem ani podopiecznym. Wszyscy
są partnerami i wszyscy muszą być uniwersalni: umieć i szorować
gary, i zadbać o dotacje, czasem wystąpić na międzynarodowej
konferencji.
Bywalcy Domu pod Fontanną mogą uczestniczyć w zajęciach z języków
obcych, nauki obsługi komputera w dobrze wyposażonej salce
komputerowej, kształcić zdolności manualne. Każdy należy do jakiejś
sekcji: edukacji, zatrudnienia, pozyskiwania środków finansowych,
biurowej, kulinarnej, higieny. Ci o zacięciu dziennikarskim wydają
gazetę "Na TAK
Ten Dom to trampolina do normalnego życia dla osób chorych
psychicznie. I to darmowa.
Amerykański sen
W 1948 roku podczas kryzysu gospodarczego w Stanach pacjenci, dotąd
utrzymani przez państwo w szpitalach psychiatrycznych, wylądowali na
ulicy. Często bezdomni i opuszczeni przez rodziny byli zagubieni i
pozbawieni środków do życia.
Zaczęli się spotykać, wzajemnie wspierać. Wkrótce przejęli
opustoszały budynek na rogu 425 West i 47th Street i tak zaczęła się
historia ich klubu, który nazwano Domem pod Fontanną ze względu na
kaskadę przed budynkiem.
Ich myślenie było proste. Czego potrzebuje człowiek, żeby się
utrzymać? Pracy! Chodzili więc od firmy do firmy i przekonywali,
żeby ich zatrudniono, choćby za najniższą stawkę. W jednym na
dziesięć miejsc się udawało.
Nikt nie przypuszczał, że za 50 lat na świecie będzie sieć blisko
400 domów nawiązujących swym programem do przyjętej wówczas idei. Że
powstanie Międzynarodowe Centrum Rozwoju Domów-Klubów (International
Center for Clubhouse Development - ICCD), które będzie opracowywać
standardy dotyczące takich placówek.
Dziś ten pierwszy nowojorski Dom przypomina przedsiębiorstwo: pięć
pięter, biuro, sale konferencyjne, archiwum, ogromna spiżarnia,
ponad 16 tys. członków przewinęło się od początku jego istnienia.
Rocznie z oferowanego przez Dom programu zatrudnienia przejściowego
(ZP) w nieraz bardzo znanych koncernach jak American Express
Publishing czy Dow Jones & Company korzysta ok. 300 osób.
- U nas nie wygląda to tak różowo - mówi szefowa Domu. - Jeśli już
jakaś firma zechce zatrudnić osoby z psychiatryczną przeszłością, to
najczęściej z myślą o przywilejach finansowych za zatrudnianie osób
na rencie. A nam chodzi o to, żeby zamiast bazować na
niepełnosprawności, wyjść z niej.
W Warszawie udało się pozyskać kilka eksperymentalnych miejsc ZP - w
urzędzie pracy (w roli pracownika urzędu), agencji językowej
Lingwista oraz w spółce Agora. Najlepiej byłoby mieć sieć miejsc
pracy. Teraz są na to szanse dzięki pierwszej edycji unijnego
programu EQUAL, który ma przeciwdziałać marginalizacji różnych grup
na rynku pracy. Biorący udział w tym programie pracodawcy osiągają
różne korzyści prestiżowe i promocyjne, a także finansowe na zakup
narzędzi pracy. W przypadku myjni można na przykład z funduszy EQUAL-
a kupić fartuchy i specjalne odkurzacze.
Anse ma 75 lat, skończyła Akademię Medyczną w Kopenhadze w 1969 r. i
została psychiatrą. Szybko zrozumiała, że to teren, gdzie medycyna
działa po omacku. Bo coś musiało być nie tak, skoro pacjenci niemal
zawsze wracali do szpitala.
Zaryzykowała. Zabrała grupę przewlekle chorych pacjentów do
Hiszpanii. Gdy spytała, co chcą robić, usłyszała: "Zobaczyć
szpital". Cóż, nie znali niczego innego. Jednak jeden pacjent
zniknął. Gdy wrócił, pokazał bilety. Pierwszy raz od 30 lat pojechał
autobusem z normalnymi ludźmi. Był szczęśliwy. I zaczęło się -
pacjenci chcieli iść na corridę, potańczyć, popływać. Mogli sami
zdecydować, co chcą robić. I spodobało im się.
- Nie wyjdziesz z depresji, jeśli nie zaczniesz działać - mówi
Anse. - Ten system propaguje bezczynność. Żeby choroba nie stała się
chroniczna, trzeba ją uciąć. Wypuścić ludzi ze szpitala.
W 1980 r. Anse została doradcą ministra opieki społecznej. Z jej
inicjatywy powstał pierwszy europejski Dom w jej rodzinnej
Kopenhadze. Dziś, na emeryturze, czas poświęca na doglądanie
tworzonych na całym świecie Domów pod Fontanną.
Co o tym myslicie?