Rzadko mi się to zdarza, ale dziś jest taki paskudny wieczór kiedy bezsilność
mi serce i oczy zalewa...
To jak cholerna walka z wiatrakami, ja wyrzuciłam wszystkie swoja marzenia o
pracy, własnych czterech kontach do śmieci (już nawet mi żal nie jest) a życie
rzuca mi kolejne kłody pod nogi. Brakuje mi sił, kiedy znów mnie ktoś pyta
kiedy Karolinka będzie chodziła, bo ja DO CHOLERY NIE WIEM. Kocham ją nad
życie, bo wiem że to jeden z najcudowniejszych darów od Boga i walczę o nią, z
całych sił walczę...codziennie jadąc na rehabilitację najbardziej boję się
tego kto będzie ją znosił po tych cholernych schodach jeśli mnie zabraknie.
Ćwiczę, całą sobą z nią ćwiczę, już chyba nie ma w Warszawie takiego
specjalisty którego bym nie odwiedziła. A ostatnio Pani dr (jedna z
najlepszych specjalistów w Polsce zajmująca się rehabitacją dzieci, a w
szczególności dzieci z mpdz) zaproponowała mi żebym zapisała od przyszłego
roku Calineczkę do ośrodka dla dzieci upośledzonych, do grupy przedszkolnej.
Żebym poszła do pracy...a ja nie chcę wracać do żadnej pracy, chcę żeby moja
córeczka chodziła, biegała z koleżankami, tańczyła...
Jestem zupełnie bezsilna wobec tego choróbska

(( czasami ćwicząc łezka mi
popłynie ze złości, z bezsilności, a moja Calineczka wtedy tak jakby dokładnie
wiedziała co czuję po prostu się do mnie przytula.
Przepraszam że przynudzam o tej porze, ale żal mi serce zalewa muszę to z
siebie wylać, żebym jutro rano znów mogła się uśmiechnąć do Calineczki i nie
rozpłakać się kiedy Kubuś wdrapuje się na wszystko jak mała małpka...