Urodziłam się ważąc 650 g i mierząc 31 cm.
Byłam mniejsza od lalek które czekały nam mnie w domu.
Nie umiałam jeśc ani oddychać. 3 tygodnie byłam na respiratorze, tydzień na
CEPA-ie, później korzystałam z budki tlenowej. Po 5 dniach miałam początki
martwiczego zapalenia jelit, ale udało się w porę zatrzymać.
W 3 dni po urodzeniu zrobiono mi USG, miałam wylewy II stopnia i powiększoną
komorę lewą mózgu. Sugerowano że wylewy w mojej głowce miały miejsce jeszcze
gdy byłam w brzuszku u mamy. Po paru dniach wylewy zaczęły sie powiększać-z
stopnia II zrobił się stopień III a niektórzy widzieli też IV.
Do tego wciąz miałam otwarty otwór Botala.
Po miesiacu zaczęło postepowoć wodogłowie, mózg ulegał malacji. Mama wtedy
duzo płakała. Kłóciła się z Bogiem żeby nie zabirała jej kolejnego dziecka.
Po 1,5 miesiecu lekarze zapytali mamę czy w razie kryzysu mają ratować moje
zycie. Wg nich nie miałam żadnych szans. Mama powiedziała tylko" nie wy jej
dawaliście życie", nic nie powiedzino.
Przewieziono mnie do innego szpitala, miałam miec wstawioną zastawkę. Często
robiono USG, jednak zastwki nigdy mi nie wstawiono. Wodogłowie zaczęło sie
cofać.
Tam tez lekarze nie dawali mi szans. A na pytania mamy o rehabilitację
mówiono-nie z takim mózgiem, a właściwie jego brakiem.Proponowano
hospiscjium, mam wtedy mocno płakała.
Przez ten okres wahała sie także moja sytuacja z oczkami-miałam retinoptię 2-
3 stopnia. W zaplanowany dzień wyjazdu do W-wy zrobiono mi badanie dna oka i
dr stwierdziła że zaczyna sie wszystko cofać.
Rodzice ochrzcili mi w parę godzin po urodzeniu. Od tego tez dni odbywały się
msze św. w mojej intecji. Mama modliła sie do Miłosierdzia Bozego, rodzina
prosiła o pomoc Jana Pawła II-jeszcze wtedy żył. Dzień jego pogrzebu to dzień
mojego wyjścia ze szpitala.
Jeździłam z mama wszędzie gdzie się dało. Nauczono rodziców metod Vojty i
Bobathów. Ćwiczyliśmy parę razy dziennie, próbowałam nie płakać ale nie
zawsze mi się udawało.
Przełomowy okazał się dzień mojego chrztu-juz w kościele. Mam połozyła mnie
na ołtarzu, wierzyła że juz nikt inny jak tylko Góra może nam pomóc.
Już kolejnego dnia zaczełam sie świadomie uśmiechać, a lekarze stwierdzili że
sie "przebudziłam ".
Po miesiącu jedna p.dr stwierdziła że zaczynam tracić wzrok- na skutek
bledniecia tarcz nerwów wzrokowych. Badało mnie paru specjalistów, jednak nie
mając porównania z poprzednimi obrazami nie wiele mogli powiedzieć. Po
miesiącu, juz moja pani dr zrobiła mi badanie i oceniała że wszystko jest OK,
a tamtej pani "tylko sie coś wydawało-nie ma doświadczenia z takimi
maluchami".Szczęsliwi wrócilismy do domu.
Z miesiaca na miesiąc coraz bardziej oddalała się wizja 4-kończyn.porażania
mózgowego. Nauczyłam się podnosić głowę, obracać się, siadac i wstawać.
Mając 7 miesiecy zrobiono mi badanie ABR, okazało się że mam umiarkowany
niedosłuch.Zaczęłam nosić aparaty słuchowe. Bardzo ich nie lubiłam, ale mama
nakładała mi czapkę i nie było innego wyjścia jak je polubić.
Tydzień temu byliśmy na kontrolym badaniu ABR w CZD w W-wie. Okazało się że
wszystko się cofnęło i już normalnie słyszę.
Teraz mam 16 miesiecy ( 13 koryg). Chodze przy meblach, próbuje sie sama
puszczać. Szybko sie uczę. Już wiem gdzie lala ma oczka, nosek i uszy, gdzie
wisi pajacyk i potrafię znaleźć swojego smoczka. Uczę sie jeść sztuccami.
Uwielbiam spacery i zabawy z rodzicami.
Podobno mam bardzo mądre oczka , no nie wiem, może i tak
Ku pokrzepieni dla wszystkich wątpiący !