pretensjaa
13.01.10, 12:54
Udzielam korepetycji, jednak mam zasadę, że przyjmuję tylko u siebie, nie
dojeżdżam do uczniów.
Moja ciotka (siostra mojej mamy) ma córkę w I kl. szkoły podstawowej i
poprosiła, żebym przyjeżdżała do nich raz w tygodniu uczyć małą
(nieodpłatnie). Później wpadła na pomysł, żeby uczyć dziewczynki w duecie,
tzn. jej córka plus dziewczynka z tego samego bloku, gdyż wtedy 'sobie
przynajmniej zarobię'. Zgodziłam się, ale szybko okazało się, że dziewczynki
nie mogą być w duecie, gdyż ta druga dziewczynka jest rok starsza, a jak
wiadomo, w tym wieku jest to spora różnica. Powiedziałam więc ciotce, co i
jak. Stanęło na tym, że miałam uczyć obie dziewczynki, jedną po drugiej,
siostrę cioteczną za darmo, a od dziewczynki za opłatą. Zgodziłam się, nie
przemyślawszy sprawy zanadto i teraz żałuję i zastanawiam się, jak by się z
tego wykręcić.
Chciałabym zrezygnować z nauczania tej dziewczynki, gdyż po pierwsze biorę od
niej kwotę taką, jak od pozostałych uczniów, którzy do mnie dojeżdżają. W tym
wypadku nie tylko płacę za bilety (co w skali miesiąca daje jakąś tam kwotę),
ale też poświęcam więcej czasu itd. Gdy uczyłam dwie dziewczynki 'za jednym
zamachem', od ciotki nie brałam pieniędzy, jak już wspomniałam, natomiast od
drugiej dziewczynki kwotę taką jaką otrzymuję w domu za korki. Nie mogłam więc
zawołać więcej, gdy stanęło na tym, że mam ją uczyć osobno, no bo teoretycznie
za duety płaci się mniej, a ona nie miała pojęcia, czy i jak rozliczam się z
ciotką. (Mam nadzieję, że w miarę jasno się wyrażam).
Z lekcji u dziewczynki w ogóle nie jestem zadowolona. Ciotka mówiła, że jej
rodzice mają raczej kiepską sytuację finansową, po czym okazało się, że
mieszkają w mieszkaniu dwupoziomowym, mają podgrzewaną podłogę, służbowe
samochody i komórki, w ferie wybierają się na narty, do młodszego dziecka
regularnie przychodzi niania itp., którymi to informacjami częstuje mnie matka
dziewczynki. Zdarzyło się już kilka razy, że "zapomniała wypłacić pieniądze z
bankomatu" i nie zapłaciła mi na czas na lekcję. Nie podoba mi się też, że nie
uczę dziewczynki w osobnym pokoju tylko w salonie (otwarta przestrzeń) na
dole, a na górze słychać matkę, która zajmuje się młodszym dzieckiem, które to
z kolei często wrzeszczy, bo nie ma skończonych nawet dwóch lat. Mam też
wrażenie, że matka chce kontrolować sytuację, podsłuchuje naszą lekcję, tak
jakby chciała sprawdzić, czy się nadaję itp. Czuję się w takich warunkach
niekomfortowo. Uczę kilkoro dzieci u siebie w domu i osiągam dużo lepsze
efekty, myślę, że to nie przypadek. Ostatnio, zaczęłyśmy z dziewczynką lekcję,
a matka, zupełnie jakby tego nie zauważyła pałętała się po salonie z młodszym
berbeciem. Gdyby nie reakcja dziewczynki, chyba została by z nami przez całą
lekcję.
Ostatnio, podczas pierwszej lekcji po świętach, matka powiedziała dla mnie coś
w stylu: "no, uczcie się, bo przepytywałam D. z słówek w święta, to niewiele
umiała'. Powiedziała to takim tonem, jakby sugerowała, że to moja wina, że ja
jej odpowiednio nie uczę. I wierzcie mi, nie przesadzam, w tej kobiecie jest
coś takiego, że na zewnątrz jest słodka i ma przyklejony uśmiech, ale kiedy
chce, potrafi wbić szpilę. Potwierdza to moja ciocia, która sama czuje się
teraz winna, że mnie w to "wkopała". Teraz razem zastanawiamy się jak z tego
wybrnąć.
Przepraszam za chaos mojej wypowiedzi i proszę o porady, nie mam ochoty na
żarty w tej kwestii, naprawdę męczy mnie ta sytuacja. Na co dzień jestem
raczej asertywną osobą, ale często odwiedzam ciotkę i nie chcę, żeby pozostał
jakiś niesmak w relacjach z sąsiadką.
Aha, przypomniało mi się jeszcze, że matka dziewczynki dwa razy, dosłownie w
ostatniej chwili, gdy byłam już w drzwiach, odwoływała lekcje z błahych
powodów (np. przedświąteczne zakupy). Jest to dla mnie nie do pomyślenia.
Uczniowie, którzy przychodzą do mnie do domu, jeśli zdarzy im się odwołać
zajęcia, zawsze robią to co najmniej dzień wcześniej.