teresa191
04.11.05, 10:31
www.womenonwaves.org/set-1020.191-pl.html
nie mam siły tego czytać:( niestety...myślę, że to "lepsze" (o ile cokolwiek
w tyj sytuacji jest dobre) niż ...
nie wiem co zrobię. nie mysle o tym. powinnam. ale nie moge. chcialabym sie
cieszyc. myslalam, ze jesli kiedys nadejdzie ten moment bede szczesliwa. Bede
sama do siebie sie usmiechala wyobrazajac siebie chodzaca z
brzuszkiem....Boze nie myslalam, ze tak sie stanie. Ze kiedykolwiek bede
zmuszona podejmowac tak trudne decyzje. Zawazy ona na zyciu.Na moim zyciu.
Brzmi to az nieprawdopodobnie ze zastanawiam sie nad usunieciem swojego -
mojego wlasnego malego dziecka. Bezbronnej istoty,ktora niczemu ie jest
winna. I ktora zaistniala dzieki nam obojgu. Mysle czy jesli sie urodzi
bedzie mialo twoje oczy,nos, takie same ciemne wlosy,karnacje? Gdyby sie
urodziło...Czy sie urodzi? Nie wiem. Nie wiem w sumie nic. Mam swoje
pragnienia,uczucia, ale teraz czuje tylko przerazenie. Przerazenie ze Ty jego
nie chcialbys, nawet nie z tego powodu ze mielibysmy nie byc razem, tylko po
prostu ze go bys nie chcial znać....mimo ze to twoje dziecko. Masz racje i
sama to wiem, takie decyzje nie powinny byc przypadkami.Powinny byc swiadoma
decyzja o tym czy obie osoby sa gotowe na obecnosc jeszcze jednej osoby w
zwiazku. Nie stalo sie tak. Stalo sie inaczej. Jak to sie mowi "mleko zostalo
rozlane". Teraz musze poniesc tego konsekwencje. I niezaleznie od tego jaka
decyzje podejme wiem ze strace kogos, albo ciebie, albo "go". Moze oboje. Bo
czy bede ta sama osoba jesli pozbede sie "problemu"? Wydaje mi sie ze nie.
choc nie wiem. Chcialabym miec wsparcie Twojej osoby w tym wszystkim, wiem ze
to trudne,ze moze wymagam niemozliwego do realizacji dla ciebie w tym
momencie. Choc przeciez jestem nadal tą samą mała osobą z zadartym noskiem z
rozczapierzoną fryzurą nad ranem...Tą samą osobą ktora calowales w dłoń...Ja
sie nie zmieniłam...Nadal tak samo cie kocham...mimo ze nie chesz mnie z
dzieckiem. Postawiłeś warunek. Usniecie jest warunkiem ewentualnego bycia
razem. Mimo ze pewnosci tego nie ma...Wierze chce wierzyc ze bedziemy razem.
Wiesz ze to zrobie ze wzgledu chociazby na to co powiedziales, ze to co bede
czula po tym nie liczy, liczy sie nadzieja na nas. Ale czy cos we mnie nie
umrze? Czy nie zabije siebie w jakis sposob? To co mowilam, to w co
wierzylam...czy mozna od sytuacji zmieniac to o czym wczesniej sie zapewnia
ze nie jest mozliwe do zmienienia??
Nie tak mialo byc...nie tak. Czy milosc musi tak bolec? Chwilami mysle,ze to
co jest to tak mialo byc, ze to Bog tak wszystko poukladał by mnie
doswiadczyc i sprawdzic czy wytrzymam ta próbę. Sprawdza mnie czy jestem
dostatecznie silna by wytrwac w milosci do ciebie. Testuje mnie. Ale do
ktorego momentu mozna sprawdzac druga osobe.Gdzie jest linia
bólu,wytrzymałości? Wiesz, ze nie jestem praktykujaca osoba, nie chodze do
Koscioła, moze to jakas kara to co sie dzieje.Kara za to ze chcialam rozbić
rodzinę? Kara za milosc, szczerą, radosną..czy to mozliwe? Jak trzeba bardzo
nagrzeszyc by cos takiego kogos spotkało. TYle łez co wylałam, czułam ze
rozpadam sie na milion kawałków, cialo przeszywały dreszcze, zoladek
podchodzil do gardła, w glowie swiat wirował. Mialam ochote wbijac w siebie
tysiac nozy,igieł, rzucic sie pod samochod by czuc inny bol niz bol
wewnetrzny,chcialam czuc ból fizyczny..myslalam ze bol fizyczny zniweluje
czucie ..chcialam slupic sie na czyms innym niz na tym ze cie moge
stracic,czy trace...Chcialabym to sobie wszystko poukladac.Choc to nie
mozliwe. Wiesz dobrze, ze bez ciebie nie ma mnie. Masz tą swiadomosc,bo
jestes cholernie inteligentnym facetem. Wiesz ze nadajesz sens temu co sie
dzieje w moim zyciu.Ze dzieki tobie mam ochote sie usmiechac, ze po prostu
dzieki Tobie sie usmiecham. Wstaje, kupuje sobie nowe rzeczy zeby ci sie
podobac, przechodzac obok sklepu wstepuje by obejrzec krawaty, koszule, i
mysle jak w nich bys wygladał...Mysle o tym stohjac przed wystawa i sie
usmiecham przywolujac w myslach twoja osobe, ten cieply usmiech...Usmiechu
teraz nie ma, oczy sa bez iskierek, znow to co bylo jakis czas temu rozwalilo
mnie psychicznie i fizycznie. Nie myslalam, ze kiedys znow to sie
stanie...weszlam w uczucie ufajac sobie i tobie ze nie doswiadczymy juz
cierpienia. Czy lepiej czuc wszystko czy lepiej byloby nie czuć nic?
ZOstawiles mnie tak cholernie brutalnie. Znow przesylajac znienawidzonego
przeze mnie smsa. Qrcze. I pozniej znow nie chciales ze mna rozmawiac a ja
tak sie ponizalam wydzwaniajac do ciebie i rozmawiajac i proszac twoja zone
by mi dala ciebie do telefonu.Chore. Tak dzialaja osoby pod wplywem duzych
emocji nad ktorymi nie panuja. To bylo takie przykre jak slyszalam, ze nie
chesz ze mna rozmawiac. Siedzialam na chodniku ludzie mnie mijali a ja
ryczalam do telefonu. Bylo mi obojetne co robie, co sie dzieje. W tym
momencie swit walil mi sie drugi raz. ziemia osuwala sie spod nog. wszystkie
wartosci i to w co wierzylam na co mialam nadzieje zostalu brytalnie mi
zabrane. uslyszalam "dziwko nie rozbijaj naszej rodziny,odpieprz sie". Czy
jestem dziwką? Czy ktos mial prawo mnie tak nazwać? Czy zrobilam cos zlego
zakochujac sie w tobie i czujac sie szczesliwa? Wiem ze nie. W sumie nie
myslalam o tym, ze kogos krzywdze. Bylam egoistka? Moze i tak.
Nie umiem i nie chce wyobrazić, wyobrazac sobie dnia bez ciebie. Wiem ze moze
bardziej sie krzywdze i oddalam jakas katastroficzna mysl od siebie i nie
wiem jak sie to skonczy jak dotrez do mnie,ale teraz po prostu ufam ze nic
sie nie zmieniło...ze dalej jest moj Kot mimo ze nie obok,ale jest i ze
kino,kregle, kapiel to nie jakas odlegla perespektywa tylko cos co za chwile
bedzie ...ze wtule sie mocno mocno i zasnę....Powiedziales, ze to wszystko
chcialam za szybko. Moze tak,choc wydawalo mi sie ze to co robie wynika z
tego co czuję. Ze ma to takie tempo jakie powinno miec.Ze niczego nie
przyspieszam, ze nie robie niczego na siłe.Ze jest to naturalna kolej
rzeczy...minut,godzin ktore spedzamy razem. Przestraszylam cie tym,ze
chcialabym bys sie wprowadzil do mnie bez uporzadkowania dotychczasowego
zycia? Nie to nie tak.Chcialam bys sie do mnie wprowadzil kiedy uznasz ze
chcesz tego.Czy to bedzie za miesiac, dwa czy pol roku to juz sam o tym
miales zadecydowac. Kiedy uznasz ze jest wlasciwy moment. Tylko czy jest
jakis wlasciwy moment na to? Czy przeciagnie czegos i czekanie az dzieci
dorosna, az zona ulozy sprawy w nowej pracy-zaklimatyzuje sie, czy pol rolku
pozniej inaczej by to przyjeli? Moze tak. Ja tego nie wiem.Mysle ze nikt tego
nie wie. Ale nie chcialam bys odniosl wrazenie ze cie do czegos ponaglam, ze
wymuszam na tobie zostawienie "rozgrzebanych"spraw...Chcialam bys byl pewien
ze dokonujesz wlasciwego wyboru. I mialam prawo myslec po calosci naszego
zwiazku ze tak bedzie. I chcialabym bys Ty tego chcial. Napisales mi w
ktoryms smsie ze piszac masz łzy w oczach.... ja tez mialam, chcialam byc
twarda, silna, taka wiesz poza tym wszystkim, ale nie potrafie. czuje sie
bezbronna i mimo ze niby jestem dorosla wcale tak sie nie czuje jak
dorosla.przeroslo mnie to wszystko. kalejdoskop emocji-histeria,
smutek,obrzydzenie i nienawisc do siebie,kolworotek mysli ktore cisna ci sie
do glowy i nie potrafisz nad nimi zapanowac. nikt nie umie mi pomoc. zostalam
sama. Choc juz ty raz byles i jestes moim psychoterapeuta. Dodajesz sil i
dzialasz jak balsma na cialo. Chcialabym ci tyle dac ofiarowac i czuc ze ty
tego tez chcesz....Czy to mozliwe. Nie wiem. Nic nie wiem. Po prostu nic. I
to najbardziej mnie przeraza ta moja niewiedza.
czujesz sie zagrozony,oszukany...ja tez sie tak czuje,ale przysiegam ze to co
stalo sie to nie bylo jak powiedziales zaplanowane...nie bylo..stalo sie po
prostu...i ja juz tego nie zmienie.