septemberro
07.10.08, 14:45
Tak wiele z Was żali się na tym forum i pisze historie z cyklu „że
mąż mnie nie szanuje”. Jako mąż (jeszcze) jednej z takich
nieszanowanych żon postanowiłem zabrać głos w dyskusji.
Mąż nie szanuje, tak? A może to wasza „zasługa” jak jesteście tak
traktowane przez waszych mezów?
Moja żona również mogłaby dołączyć do żali na tym forum. Gdyby
przedstawiła swoja wersję. Tylko, ze jest jedno „ale”. Sama do tego
doprowadziła prze kilka lat.
Jesteśmy małżeństwem od 10 lat. Przez pierwsze 3 lata miała
najlepszego meza pod słońcem. W tym czasie normalnie było tylko
przez rok po ślubie, choć nawet już zaraz po slubie pokazywała
pazurki. Najgorsze zaczeła się jednak, kiedy była w ciązy i potem. W
tym samym czasie sama zachowywała się jak wariatka . Dosłownie.
Wpadała nieraz w coś jakby białą gorączkę i zaczynała histeryzować.
W czasie awantur dowiadywałem się coraz to nowych rzeczy o sobie, a
to że jestem chamem zbolałym, a to sku...elem. A to się wyprowadzała
do mamusi (słownie, nie w rzeczywistości), a to wymyślała jakieś
inne cuda. na przykłąd przed świętami z zegarkiem w ręku można było
przewidzieć, że ok. 10 dni wczesniej zacznie wymyślać, ze nie
pojedzie do mnie do rodziny na świeta, bo nie chce jechac do starego
dziada (znaczy mojego dziadka), a to że jej nikt nie zapraszał
(oczekiwała jakiegoś specjalnego zaproszenia) i inne tego typu
historie. Ja tymczasem jak człowiek jechałem do niej bez zadnego
gadania, nie czekałem na jakieś zaproszenia, nie obrazałem jej
rodziny i zachowywałem się jak normalny człowiek. Ale to było za
mało! Jak pojechaliśmy kilka lat temu do jej rodziny na święta, to
potrafiła robic mi awanturę, ze mam złożyć i ubrac chinke u jej
rodziców w domu.
Kiedy przychodził do nas mój brat, to wpadała w histerię, że „może
przychodzic tylko raz na dwa tygodnie, a częściej to spotykaj się z
nim na miescie albo u niego”. Najśmieszniejsze jest to , że on
przychodził na góra dwie godziny raz na miesiąc albo dwa, więc nie
wiem skąd wzięły się te dwa tygodnie. Przez jakiś miesiąc mój brat
miał mieszkać u nas, bo miał odebrac mieszkanie, ale nie doczekał
miesiąca, bo w tym czasie moja zona wyprawiała takie histerie, ze
się wyprowadził po dwóch tygodniach. Jeszcze żona awanturowała się,
ze ma zabrac rzeczy w ciągu tygodnia, bo je wystawi za drzwi.
Za to jak kilka lat później jej siostra (młodsza, dlatego kilka lat
później) przyjechała na studia i przesiadywała u nas całymi
tygodniami, dzień w dzień, i wszystko było ok., ja nie robiłem żonie
takich awantur, a żona jeszcze potrafiła się do mnie rzucac, że nie
odprowadzam jej siostry na przystanek, a jest późno. Siostra żony
mieszkała tez u nas ponad 6 miesiecy, bo nie miała mieszkania, i
wszystko tez było z mojej strony ok., a zona jeszcze potrafiła
wymyślic, że powinniśmy płacic jej siostrze 2 tys. , bo pomaga
zajmowac się naszym synkiem.
Pech chciał, że straciłem pracę. To były czasy, gdy cieżko było z
pracą, nie to co teraz. Nie miałem stałej pracy, ale jednak
zarabiałem na boku jakieś pieniądze. No i zaczęło się. W tym czasie
żona zarabiała dużo więcej, z 5 tys. miesięcznie netto. Ja z
przepisywania, jakiś innych chałtur ze 2 tys. No i wtedy moja żona
nabrała wiatru w żagle. Okazałem się nieudacznikiem, dziadem, no i
oczywiście tradycyjnie dalej byłem sku...elem i zbolałym chamem,
tylko przypominała mi o tym znacznie czesciej. Któregos dnia
powiedziała, że od dziś nie będzie za nic płacić i że ją nic nie
obchodzi, bo więcej dokładała do wspólnej kasy. Zapomniała tylko, że
dwa lata wczesniej nie pracowała, bo zajmowąła się dzieckiem, a
potem pracowała za 750 zł, a wiecej kosztowała niania i że to ja
wtedy dokładałem dużo więcej do wspólnej kasy. I że aktualnie mam
mniejsze dochody, ale zajmuje sie dodatkowo dzieckiem. Swoją droga
nasz synek najpierw umiał mówić "tata" :)
Mimo to uniosłem sie honorem i zgodziłem się, że przez rok sam
płaciłem wszystkie rachunki i kredyt, żeby „wyrównał się” nasz wkład
do wspólnej kasy. Przestaliśmy żyć jak mąż i żona, byliśmy dla
siebie tylko lokatorami we wspólnym mieszkaniu, z oddzielnym
jedzeniem w lodówce, oddzielnymi kontami i oddzielnymi zakupami. Jak
to określiła żona w trakcie jakiejś awantury łączy nas tylko dziecko
i kredyt na mieszkanie.
Od tamtego czasu los się odmienił. Ona straciła jedną pracę. Ja
tymczasem mam dobre prace, kupiłem samochód za 100 tys. i mieszkanie
na wynajem. Kiedy sytuacja się odwróciła diametralnie, ona
zaproponowała, że może niech będzie jak dawniej, wspólne pieniądze
itd. Nie zgodziłem się, skoro sam płaciłem przez rok rachunki i
pieniądze były odzielne. Wprowadziłem tez zasadę wzajemności na inne
sprawy. Skoro żona nie umiała zachowac się na świętach u mojej
rodziny (np. robiła awantury, ale tylko przy mojej rodzinie), to
przestałem ją zabierac do swojej rodziny na świeta i jednoczesnie
jeździc do niej.Skoro wymyślała, ze mój brat nie może przyjeżdżać,
choć jej siostra przesiadywała całymi miesiącami u nas łącznie z
nocowaniem, to wprowadziłem zasade wzajemności, czyli jej siostra
nie czesciej niż raz na 2 tygodnie. Skoro wyzywała mnie, wiec
wprowadziłęm zasade wzajemności, czyli dwa lata po tym jak
wysłuchiwałem wyzwisk pod swoim adresem moja żona została cholerą i
fałszywą żmiją. Skoro przy każdej większej awanturze groziła, że
chce rozwodu, i tak przez kilka lat, to spisałem z nią na piśmie, ze
bierzemy rozwód i sprzedajmy mieszkanie. Wtedy się wystarszyła, ze
może jednak nie rozwód, że przeciez dziecko, i się troche uspokoiła.
Teraz nie mam szacunku do żony, traktuję ją tak, jak ona mnie
traktowała. Jest mi z tym źle, ale nie da się cofnąc czasu i
zapomniec tego co było. Po tym wszystkim (o wielu innych rzeczach
nie pisałem w poście) nigdy nie będzie, tak jak kiedyś. Nie mam do
niej zaufania, nie mam do niej szacunku. Wiele sytuacji z
przeszłosci tkwi we mnie jak drzazgi.
Gdyby moja żona napisała na tym forum post, to byłby to kolejny post
o niedobrym mezu, który nie szanuje zony. Często jest jednak również
druga strona medalu i z punktu widzenia tego niedobrego meża sprawa
wygląda zupełnie inaczej.