Przeglądając sieć znalazłem bardzo ciekawy fragment książki o, Dariusza
Kowalczyka: "Między dogmatem a herezją". Myslę że powyższe fragmenty dobrze
wpisują się w dyskusję o zachodzących zmianach.
Także na ile są to prawdziwe zmiany a na ile ciągle powracający temat - ile
od nas samych zależy a ile od działania łaski:
Podczas jednej z niedzielnych Mszy świętych usłyszałem takie oto wezwanie w
modlitwie powszechnej: „Módlmy się za tych, którzy nie mogą zerwać z grzechem
o własnych siłach, aby Bóg pomógł im porzucić przywiązanie do zła”. Ktoś
zapytany, czy nie dziwi go tak sformułowana modlitwa, stwierdził: „No właśnie!
A za tych, co dają radę zerwać z grzechem, to nie trzeba się modlić?!”. Nie
pomyślał, że problem polega na czym innym, a mianowicie na tym, iż nikt o
własnych siłach nie może odwrócić się od grzechu.
Pewien kaznodzieja głosił z zapałem, że „Duch Święty nie ma przystępu do duszy
grzesznika”. Chodziło mu o to, iż święty Bóg tak bardzo brzydzi się grzechem,
iż oddala się od duszy pełnej niegodziwości. Kiedy jednak grzesznikowi uda się
zaprowadzić w swoim sercu nieco ładu, Bóg powraca, by swoją obecnością
nagrodzić wysiłek człowieka.
Słuchałem kiedyś katechezy, w której kilka razy padło stwierdzenie, iż sami z
siebie nie jesteśmy w stanie zachować dziesięciu przykazań. Po katechezie
jeden z księży zrobił wielką awanturę. Krzyczał, że rozumny Bóg nie mógł dać
przykazań niemożliwych do spełnienia. A zatem - skoro Bóg dał przykazania, to
obdarowany wolnością człowiek może je wypełnić.
W obliczu tych i wielu innych doświadczeń dochodzę do wniosku, że spór
Augustyna z Pelagiuszem wciąż trwa; co więcej, przewagę ma heretyk Pelagiusz!
Kiedy urodzony w Bretanii (być może w 354 roku) Pelagiusz przybył do Rzymu,
poziom moralny ówczesnych chrześcijan był niepokojąco niski. Kościół wyszedł z
okresu prześladowań i chrześcijaństwo stało się religią państwową. We
wcześniejszym okresie dorośli, którzy prosili o chrzest, zasadniczo
otrzymywali go po długim okresie katechumenatu. W tym czasie dojrzewali do
świadomego i pełnego otwarcia się na sakramentalną łaskę. Nie znaczy to, że
chrześcijanie pierwszych czterech wieków byli kastą „czystych”. Zdarzały się
wśród nich skandaliczne grzechy, o czym świadczy chociażby Pawłowy Pierwszy
List do Koryntian (zob. 5-6). Jednakże jako całość wspólnota Kościoła była
wyrazistym znakiem nowego — innego niż pogański — sposobu życia i myślenia.
Pod koniec IV wieku do Kościoła zaczęły wchodzić rzesze ludzi bez
katechumenatu i w konsekwencji bez rzeczywistego nawrócenia. Sakrament chrztu
zaczął być traktowany w sposób magiczny jako pewny środek zbawienia. Tę
mentalność ukazuje przytoczona przez św. Augustyna prośba: „Poznałem i czczę
Chrystusa ukrzyżowanego. Wierzę, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym. Proszę
mnie nie odsuwać dłużej i niczego więcej ode mnie nie żądać”. Zaczynał
przeważać pogląd, że trzeba najpierw chrzcić, a następnie pouczać o tym, co
należy do uczciwego życia i dobrych obyczajów. Niejaki Jowinian twierdził
nawet, że łaska chrztu jest nieodwracalna, a zatem dobre uczynki są zbyteczne.
Pelagiusz postanowił przeciwstawić się tej fali masowego i oportunistycznego
chrześcijaństwa. Nawoływał do duchowej odnowy opartej na moralnym rygoryzmie.
Podkreślał dobroć natury ludzkiej oraz wskazywał, że otrzymana od Stwórcy
wolność daje człowiekowi realną możliwość wybierania pomiędzy dobrem a złem.
Innymi słowy, człowiek posiada fundamentalną, wynikającą z faktu bycia
stworzonym na obraz Boży, możliwość życia bez grzechu i osiągnięcia - dzięki
swoim dobrym czynom - zbawienia wiecznego. To, co nauka chrześcijańska nazywa
grzechem pierworodnym, polega jedynie — twierdził Pelagiusz — na złym
przykładzie pierwszych rodziców. Związana z tym złym przykładem skłonność
ludzkiej natury do grzechu potrzebuje pomocy, która de facto została
człowiekowi dana w starotestamentalnej łasce Prawa oraz w łasce Chrystusowej.
Mocą tej ostatniej w chrzcie ludzi dorosłych następuje odpuszczenie grzechów.
Potem łaska działa jedynie jako pouczenie, przykład i obietnica, nie jest więc
czymś wewnętrznym i bezwarunkowo koniecznym.
Julian z Eclanum, jeden z najwybitniejszych uczniów Pelagiusza, twierdził, że
wolna wola, dzięki której człowiek uniezależniony jest od Boga, polega na
możliwości grzeszenia lub powstrzymywania się od grzechu. Tak pojmowaną
wolność uzasadniano, odwołując się m.in. do znanego tekstu z Księgi
Powtórzonego Prawa: „

...) kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i
przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo,
miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu” (30, 19-20). Inny wybitny
propagator pelagianizmu, Celestiusz, twierdził, że każdy może osiągnąć
wszystkie cnoty, jakich tylko zapragnie. Uważał ponadto, że synami Bożymi są
tylko ci, którzy rzeczywiście nie popełniają żadnych grzechów. Człowiek może i
musi zatem wybierać pomiędzy groźbą kary a nadzieją nagrody. Oparty na
zaufaniu we własne siły trud dążenia do moralnej doskonałości wyraża taka oto
pelagiańska modlitwa: „Ty wiesz, Panie, jak święte, niewinne i wolne od
wszelkiej niesprawiedliwości i łupiestwa są te ręce, które do Ciebie wyciągam.
Jak czyste i wolne od wszelkiego kłamstwa są wargi, którymi błagam o Twoje
zmiłowanie”. No cóż! Tego rodzaju modlitewne wezwanie pozwala nazwać
pelagianizm stoicką wersją faryzeizmu.
Z pelagiańską nauką o łasce nie mógł zgodzić się św. Augustyn. Doświadczył on
we własnym życiu spętania grzechem i przedziwnej niemocy wolnej woli. Augustyn
doświadczył również, że gdyby nie wewnętrzny dar światła i miłości Tego, który
był bardziej wewnątrz niego niż to, co w nim było najbardziej osobiste (por.
„Wyznania”, ks. III, 6), to na nic by się zdały jego naturalne zdolności i
wysiłki woli. Dlatego też na przyszłym biskupie Hippony wielkie wrażenie
wywarło zdanie z Pierwszego Listu do Koryntian: „Co masz, czego byś nie
otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał?”
(4, 7).
Dla Augustyna łaska nie jest samą naturą otrzymaną w akcie stworzenia, nie
jest też jedynie Bożym działaniem na zewnątrz ludzkiej wolności. Łaski nie
można więc ograniczać do zewnętrznej pomocy, nauki lub przykładu. Jest ona
raczej wewnętrznym światłem, nową formą wolności. Usprawiedliwienie i
uwielbienie człowieka nie dokona się — przekonywał biskup Hippony — poprzez
woluntarystyczne wysiłki, by zachować prawo Boże. Nie wystarczy chcieć poznać
Boga. To Bóg musi wpierw zechcieć obdarzyć nas swoją łaską, czyli przyjść i
zamieszkać w nas. Jakże inna od modlitwy pelagiańskiej jest modlitwa
Augustyna: „Pragnąłbym Cię poznać, o Panie, który mnie znasz. Pragnąłbym Cię
poznać tak, jak i ja przez Ciebie jestem poznany. Mocy duszy mej! — wejdź w
nią i przystosuj ją do siebie, abyś ją objął w posiadanie nieskalaną i bez
zmazy” („Wyznania”, ks. 10, 1). A zatem istotą łaski jest wewnętrzny dar Ducha
Świętego.
Można by stwierdzić, że w sporze Augustyna z Pelagiuszem zdecydowane
zwycięstwo odniósł ten pierwszy. Zapewne tak, choć nie oznacza to, iż
wszystkie tezy Augustyna zostały przez Kościół zaakceptowane. Jego koncepcja
potępionej masy ludzkiej (massa damnata), która pozwoliła mu np. umieszczać w
piekle nieochrzczone dzieci, dziś budzi przede wszystkim zażenowanie. Leszek
Kołakowski twierdzi nawet, że potępiając w XVII wieku jansenizm Kościół de
facto potępił niektóre tezy Augustyna. Dzisiaj jednak wydaje się, że również w
kwestiach, co do których Augustyn słusznie zwalczał Pelagiusza, nauka tego
ostatniego - pomimo orzeczeń w Kartaginie i w Orange - zyskała przewagę. Czyż
nie świadczy o tym treść przeważającej liczby kazań wygłaszanych w katolickich
kościołach? Ileż w nich moralistycznego nawoływania do podejmowania wysi