... napiszę.
Moje dzieci w trakcie swojej edukacji szkolej dotychczas miały szczęście do katechetów - uczyli ich księża, dzieciaki uwielbiały lekcje religii, a niektorych z katechetów wspominają do dziś. Z usmiechem i zawsze dobrym słowem.
natomiast w tym roku zaczęła ich uczyć nowa pani katechetka, i nie minął jeszcze miesiąc, a już widać, co będzie, i nie jestem tu bynajmniej czarnym prorokiem. Dzieci sa oceniane z równego kolorowania obrazków z Panem Jezusem, jakby to była plastyka czy co? robią rozliczne tabelki uczestnictwa w pierwszych piatkach, już(!) roratach, a zaraz pewnie namalują też i tabelkę na nabożeństwa majowe... Jednym słowem, dzieci są rozliczane z praktyk religijnychm które sa wg katechetki - obowiazkowe.
Tu od razu pojawi sie problem, bo ani nabożeństwa majowe, ani roraty, ani pierwsze piątki nie należą do obrazu mojej duchowości, więc żyjąc zyciem sakramentalnym jak się patrzy (i moje dzieci też) wyżej wymienionych atrakcji unikam dość starannie.
Czy wszędzie tak jest? czy katecheta powinien byc przekazywaczem wiedzy i rozliczaczem zachowań religijnych? Czy powinien być szczególnym świadkiem, zwłaszcza dla dzieci? Bo jeżeli ma miec tylko uprawnienia, to taki np. Nergal też móglby być katechetą i sprawdzac, czy dziecko pokolorowało brodę Jezusa na jedynie własciwy kolor.
Strasznie mnie to dołuje, bo mnie zależy. Dużo dzieci w klasach moich dzieci

zakonczyło zycie religijne zaraz po pierwszej komunii, ale mnie zależy. A im bardziej mi zależy, tym bardziej kicha.
Na dodatek syn zgłosił się do konkursu biblijnego, pierwsza część już na początku października, a katechetka nie poświęciła uczniom startującym ani jednej chwili. Mój syn czyta zadaną lekturę ze mną, ale ja nie fachowiec i nie wyjaśnię mu zawiłości ewangelii św. Jana.
Jakies podpowiedzi, co zrobić w tej sytuacji? I ile mogłabym wyegzekwowac przygotowanie do konkursu, to co z resztą, ważniejszą?