powołania

06.06.05, 10:17
Zastanawiałam się jak to jest. W niektórych rodzinach powołań jest dużo.Co
pokolenie , jakiś ksiądz. W niektórych parafiach więcej niż w innych.
Niewierzący tłumacżą to dużym autorytetem, badź zgrabną indoktrynacją.
Ale nagle.... nagle jak piorun. W jednej z zaprzyjaźnionych rodzin córka
poszla do klasztoru i choćby do jakiego bogatego, obrosłego w piórka. Poszła
do Matki Teresy. Rozpacz, bo oni kościół widzieli z daleka....
    • mama_kasia Re: powołania 06.06.05, 10:31
      Przy okazji tego tematu, czy liczycie się z tym, że Wasze
      dzieci mogą zostać księżmi, zakonnikami, zakonnicami?
      Czy rozmawiacie z nimi o tym?
      • isma Re: powołania 06.06.05, 11:21
        Liczymy ("...nie ma nic niemozliwego"), ale watpimy wink)).
        Dziecko za male, zeby z nim rozmawiac na ten temat, ale sadze, ze Pan Bog
        okazalby spore poczucie humoru, oczekujac od naszej corki, ktora nie ma
        zwyczaju poddawania sie komukolwiek i czemukolwiek, o ile nie jest do tego
        przekonana, POSLUSZENSTWA, tego w ziemskim wymiarze, rzecz jasna wink)).
        • mama_kasia Re: powołania 06.06.05, 11:58
          U nas jest podobnie, szczególnie u pierworodnego.
          Ciągle musi być na 100% przekonany do tego, co ma robić.
          Ale tak się nie zawsze da. Boje są o to niezmierne.
          Mimo wszystko i mimochodem poddaję mu myśl o innym życiu
          niż małżeństwo. Nie dlatego, żebym chciała, aby w tę stronę
          poszedł, ale dlatego, aby wiedział, że to jest możliwe.
          Dla niego póki co małżeństwo i prezbiterat to całkowicie
          wykluczone sprawy, wręcz nie do pomyślenia wink On oczywiście
          będzie żył SAM.
          • samboraga Re: powołania 06.06.05, 12:26
            >Rozpacz, bo oni kościół widzieli z daleka....

            no, ja im się nie dziwię z tą rozpaczą - narkotyki, wczesna ciąża na początek
            ogólniaka - to normalne błędy i wypaczenia typowego nastolatka, tutaj jest co
            naprawiać, z czym walczyć - 'popełnilismy jakieś błędy wychowawcze'
            ale żeby tak od razu do klasztoru... - współczujęwink

            a co do mojego dziecka - nie chciałabymcrying....(ale i tak nie będę miała nic do
            gadania jak On zechcewink - tylko jakoś wątpię....jak słyszę co
            niedziela 'ojeeejkuuu, znowu ta nudna mszaaaa'

            no i moje dziecko póki co to ma poukładane życie do bycia dziadkiemwink:
            żona, kilkoro dzieci, które będzie przywoził do nas jako do dzidków żebyśmy się
            z nimi bawili, no a potem sam zostanie dziadkiem
            ciekawe czy te plany dadzą się jakoś przeorać, bo uparty jest bardziej ode mnie
        • mader1 Re: powołania 06.06.05, 12:21
          czy uważasz, że niektórzy ludzie bardziej się do tego nadają, inni mniej ? Czy
          to od razu po dziecku widać, że jest inne - bardziej posłuszne, bardziej
          refleksyjne ? Czy Bóg bierze sobie , kogo chce ?
          Np. jeden znajomy ksiądz - zakonnik profesor ucieszył się, że jego mama nie
          oddała go do sióstr do przedszkola.Powiedział, że on się tam nie nadawał smile))))
          Wsławił się, że ze swojego przedszkola usiłował wyprowadzić czyli "ukraść"
          rower smile)))) A ksiądz ! I to do tego zakonnik !
          • anndelumester Re: powołania 06.06.05, 12:25
            mader1 napisała:

            > czy uważasz, że niektórzy ludzie bardziej się do tego nadają, inni mniej ?
            mnie się wydaje że tak.
            ŻE oprócz predyspozycji duchowych , musza też być predyspozycje zawodowe.
            A co do liczenia się z ewentualnoscią .......
            nie ukrywam, że dla mnie nie byłaby to łatwa sprawa, ale ... kto wie , co
            będzie wink
          • isma Re: powołania 06.06.05, 12:26
            Nieee, Mader, to nie to.
            Gdyby Miniatura byla chlopcem wink)), to bym nie smiala niczego przypuszczac,
            wnoszac tylko z jej usposobienia. No, ale, umowmy sie, zakony zenskie, nawet
            wspolczesnie, to raczej jednak nie jest naturalne miejsce na przejawianie
            silnej osobowosci wink)).
            • mader1 Re: powołania 06.06.05, 12:42
              no właśnie. Bo znam takiego jednego faceta ( dobrze się zaczyna smile)) , który
              ma małe przywiązanie do rzeczy materialnych - wersalka dla niego to musi być
              przede wszystkim sprawna, nie zbiera na samochód, nie otacza się przedmiotami -
              jego pokój wygląda od lat tak samo. Zawsze ma pracę, bo jest na tyle zaradny,
              że nie popadł w bezrobocie, ale nie szuka pracy bardziej płatnej, dłuższej,
              dodatkowej.Żadnych nałogów.Katastrofa z dzisiejszym świecie ! Nie ma
              narzeczonej, na skutek złego ulokowania uczuć - ale był z kobietą i umawia się
              czasem. Z punktu widzenia dzisiejszej dziewczyny, to bardzo zła partia.Kiedyś
              był ministrantem, ale teraz nie jest gorliwy w wierze. Pomyślałam sobie jednak,
              że gdyby został księdzem, to jego cechy odbierane jako wady, byłyby zaletami.
              Pytam. A on, że nigdy nie czuł powołania.
              • samboraga Re: powołania 06.06.05, 12:59
                > Pomyślałam sobie jednak,
                > że gdyby został księdzem, to jego cechy odbierane jako wady, byłyby zaletami

                Mader, sory, ale pełna konsternacja z mojej strony - któree to wady a które
                zalety?
                i dlaczego jakaś niewiasta miałaby byc nieszczęśliwa z takim facetem?
                bo materialnie zero widoków?
                mój proboszcz (tuz po 40-ce), jest u nas od 1,5 roku, podjechał niezłą furą -
                sportową wesją!, ale nie zrobiło to na mnie złego wrażenia
                a teraz naprawdę dziarsko wziął się za 'porządki w parafii'
                dobrze, chwilowo nie mogew dokończyc, dopisze zarazwink
                • mader1 Re: powołania 06.06.05, 13:16
                  wiesz, dla mnie to też nie są wady, ale.... odnioslam wrażenie, że dla wielu,
                  wielu kobiet - są. Ksiądz to powinien być " nie z tej ziemi", ale mąż... sad
                  • verdana Re: powołania 06.06.05, 13:29
                    Ciekawe, nie wiedziałam, ze mój mąż ma brata - bliźniaka!!!!
                • samboraga Re: powołania 06.06.05, 13:42
                  ja chyba dziecko 'kapitalizmu idealistycznego' jestemwink - tzn. nie to że
                  każdy 'musi harować' bo jak nie to znaczy że leń...
                  ale jak kto chce i może, a nie kradnie to hulaj dusza (i ciało), byle w
                  pracoholizm nie wpaśćwink
                  co do proboszcza - cieszę się, że jest pełen zapału i energii, porządkuje
                  sprawy kościelne, sensownie, 'po gospodarsku', uzasadnia taki a nie inny sposób
                  remontu kościoła (były proboszcz-emeryt niewiele robił ze wzgledu na wiek)
                  niech tam i sobie na plebanii urządzi, nie musi spać na wersalcewink - byle do
                  ludzi serca nie stracił

                  wracając do powołań - jakoś mnie sie zawsze zdawało że ksiądz to jednak w dużej
                  mierze urzędnik, zarządca tzn. ważne by miał stale przed oczyma Boga, ale musi
                  dzielić czas i na 'sprawy parafialne', a do tego trzeba przynajmniej
                  podstawowego zmysłu organizacyjnego
                  za to dziwią mnie czasami zakonnicy o ognistych temperamentach (hmm, nie tak
                  miało zabrzmieć) i wtedy sie zastanawiam czy taki w zakonie sie nie męczywink i
                  tak sobie myślę że ten to się Bogu udałwink
                  (tak na przykład: prowincjał poznańskich dominikanow - sporo go teraz w TV -
                  istny wulkan, ta gestykulacja - pełnia ekspresjismile))
          • direta Re: powołania 07.06.05, 09:04
            mader1 napisała:

            > czy uważasz, że niektórzy ludzie bardziej się do tego nadają, inni mniej ?
            Czy
            >
            > to od razu po dziecku widać, że jest inne - bardziej posłuszne, bardziej
            > refleksyjne ?
            Moje obserwacje mówią mi, że "na księdza" szli przeważnie ci bardziej
            łobuzujący. A w każdym razie, że to właśnie ci summa summarum okazywali się
            lepszymi księżmi niż takie "ciepłe kluchy"
            Znam jednego bardzo rozmodlonego księdza, typowy kontemplatyk, który w młodości
            nie tylko był łobuziakiem (i to takim, ze jeśli coś złego się zdarzyło, to od
            razu było wiadomo, ze on brał w tym udział)chociaż serce miał dobre, ale zanim
            poszedł do seminarium, to był m.in. bokserem.
            Nie wiem czy zbyt posłuszne dziecko dobrze rokuje...
            (Oj kręce bicz na własną szyję...)
      • mader1 Re: powołania 06.06.05, 12:22
        z tym się trzeba liczyć smile tylko niektórzy o tym nie wiedzą smile
        • samboraga Re: powołania 06.06.05, 12:28
          no i zanim coś napisałam to dyskusja na całego - szybkie jesteścioewink
          • mader1 Re: powołania 06.06.05, 12:32
            smile))))
    • minerwamcg Re: powołania 06.06.05, 12:45
      No właśnie. Dlaczego córki Ludwika i Zelii Martin wszystkie jak jedna
      pomaszerowały do klasztoru i nikomu nawet nie przyszło do głowy, że któraś z
      nich mogłaby wyjść za mąż?
      Atmosfera domu robi swoje. Dziś już na szczęście nie traktuje się Kościoła jak
      miejca, gdzie można "upchnąć" nadmiar potomstwa. Ale wciąż, zwłaszcza na wsi,
      pozycja "matki księdza" jest dla wielu kobiet najwyższym dostepnym awansem. I
      potem widzę na Podzamczu seminarzystów w kurtkach za cięzkie tysiące, które
      kupiły im mamusie kosztem wyrzeczeń... I potem słyszę mamę kleryka opowiadającą
      z zachwytem, jak to wyprała synkowi skarpetki "bo miał spocone"... (autentyk).
      I ostracyzm wobec tych, co "wystąpili", i hańba zamiast szczerego
      podziękowania, że umiał stanąć w prawdzie o sobie, że oszczędził sobie
      zmarnowanego życia a nam jeszcze jednego zapijaczonego duszpasterza-frustrata...
      • glupiakazia Re: powołania 06.06.05, 13:04
        - Masz racje.
        - Ty tez masz racje.
        - Jak to, i on ma racje, i ten tez ma racje, przeciez oni obaj nie moga miec
        racji...
        - Wiesz co, i ty tez masz racje.

        smile)) to jeden z moich ulubionych dialogow ze Skrzypka na Dachu.

        No wlasnie, bo Wy wszystkie tez macie racje.
        Przypomina mi sie wczorajsze czytanie o powolaniu celnika Mateusza...
        Chyba w domu raczej nikt z nim o tym nie rozmawial smile

        Kiedys nawet myslalam, ze jakby ktores z moich dzieci zostalo ksiedzem (wtedy
        nie wiedzialam, ze bede miala same corki - chyba, zeby mialo sie cos
        zmienic smile), to bym sie cieszyla. Nie wiem, moze to tkwiacy w mojej
        podswiadomosci syndrom "matki ksiedza" smile)))

        Ale teraz jednak mysle, ze niewiele tu ode mnie zalezy. Nasze corki sa jeszcze
        male, wiec nie rozmawialam z nimi nigdy na ten temat, zwlaszcza, ze jak na
        razie ich jedynymi planami na przyszlosc jest opiekowanie sie nami na starosc
        (slodkie, nie?)
        • mader1 Re: powołania 06.06.05, 13:13
          ich jedynymi planami na przyszlosc jest opiekowanie sie nami na starosc
          (slodkie, nie?)

          tylko żeby im to chociaż w formie szczątkowej zostało smile))))
          • verdana Re: powołania 06.06.05, 13:36
            Ja, jak zwykle dodam głos niewierzącego sceptyka (tylko mnie z forum nie
            wywalcie....).
            Jesli dziecko idzie do zakonu, albo zostaje księdzem - wierzę w powołanie, w
            dobrą atmosferę w domu i wszystko wydaje mi się w porządku.
            Ale jeśli wszystkie dzieci z wielodzietnej rodziny idą do zakonu budzi to we
            mnie obrzydliwe podejrzenia. Jaki wzór rodziny musieli przedstawiać rodzice, że
            dla zadnego dziecka nie był dość atrakcyjny, by samemu założyć rodzinę? Wydaje
            mi się, że jeśli wszystkie bez wyjątku dzieci odrzucają małżeństwo, to chyba
            jednak - albo zostały do niego skutecznie przez rodziców zniechęcone i zachęcone
            do wyboru innej drogi (dlaczego?), albo coś takiego było w życiu rodzinnym, że
            wolą same rodziny nie zakładać. W kazdym razie sami rodzice musieli postrzegać
            swoje małżeństwo jako "gorszą drogę", a posiadanie dzieci jako nieistotne.
            Zakon i kapłaństwo to nie tylko celibat, ale także rezygnacja z posiadania
            dzieci. Wydaje mi się - wybaczcie - że jeśli żadne z dzieci jakiejś pary nie
            chce mieć własnych dzieci, to chyba coś szwankowało w procesie wychowawczym,
            albo w domowej atmosferze, albo w stosunku do dzieci....
            • mader1 Re: powołania 06.06.05, 14:09
              oooo.... A to jeszcze jeden "problem". Czy aż tak liczne powołania w jeden
              rodzinie są dobre ? Pojawiają się pytania, jakie stawia Verdana. Kiedyś
              mówiono, że rodzice tak pięknie żyją, tak są uduchowieni, tak pięknie mówią o
              Bogu, że dzieci całe chcą się Bogu poświęcić. Ale... czy dzieci nie widzą, że
              na chwałę Boga można pracować będąc małżonkiem ?
              Verdano, Twoje dni są policzone smile))) Ale Ci chrześcijanie przebiegli, nawet
              sobie kulturalnego sceptyka znaleźli smile)))
            • pawlinka Re: powołania 06.06.05, 19:28
              Verdano!
              Hmmm, nie wiem...znam rodzinę z trzema synami, w tym para blizniąt: najpierw
              poszedł jeden, potem drugi do seminarium, a po kilku latach-beniaminek. Znam
              rodzinę z dwoma synami: obaj są księżmi, "więcej dzieci mama nie miała". Znam
              rodzinę, gdzie najpierw brat wstąpił do seminarium, potem do zakonu: siostra,
              niewiele młodsza. Niestety, nie znam rodziny wielodzietnej (wg definicji
              forumowejsmile) z kompletem w koloratkach czy kornetach... Tutaj się nie
              wypowiadam. Rodzice w tych 3 przypadkach w porzo, jak to mówią. Wiesz, przykład
              rodziców chyba nie ma tutaj decydującego znaczenia, bo przecież są porządne
              małżeństwa, a dzieciom małżeństwa się nie udały. Tutaj może nie chodzi o
              odrzucenie jakiegoś stylu życia, zanegowanie, zaprotestowanie. To chyba coś
              innego.
              Wg mnie powołanie to delikatna sprawa, "nie wiem", tak mówią często ci, których
              pytają, dlaczego są tym kim są małżonkiem, zakonnikiem, czy samotnikiem.


              • verdana Re: powołania 06.06.05, 19:56
                Ja wiem, że tak może być - może też czasem przykład najstarszego pciągnąć młodszych.
                Ale jakos tak podejrzliwie na to patrzę - nik z zewnątrz zresztą nie jest w
                stanie ocenić atmosfery w rodzinie. Moze być porzadna, wierzaca, dbać o dzieci,
                a widać np. , że rodzice nie do małżeństwa i rodzicielstwa są stworzeni, ze się
                "duszą" w rodzinie, czy ja wiem? Jeśli małżeństwo nie pociąga ani jednego z
                dzieci, to ja jednak zastanowilabym się nad tym, jaka wiedzę o zyciu w rodzinie
                dzieci wyniosły z domu.
                • pawlinka Re: powołania 06.06.05, 21:31
                  Jasne, nie nam sądzić jak tam jest w rodzinie, bo i jak? Zdarzają się przecież
                  i tacy, co szukają w miarę spokojnego "zawodu", bo mu żadna baba nad głową nie
                  gada, dzieciory ne drą się niemiłosiernie. Pewnie są i tacy, i dlatego w
                  sutannę wskakują. Naśladować rodziców w dobrym, tworzyć udane związki, fajnie,
                  ale nie każde dziecko chce być takie jak mama czy tata. Tata aktor, to syn też,
                  mama prawnik-córka też i rodzice wniebowzięci. No gdyby nie było celibatu, to
                  kwestię powołania tym tropem moznaby wyjaśnićsmile
                • kulinka3 Re: powołania 06.06.05, 21:55
                  verdana napisała:

                  Jeśli małżeństwo nie pociąga ani jednego z
                  > dzieci, to ja jednak zastanowilabym się nad tym, jaka wiedzę o zyciu w rodzinie
                  > dzieci wyniosły z domu.

                  Idąc tym tropem należałoby stwierdzić że większość powołań do celibatu to skutek
                  rodzinnych trudności, patologii rodzinnych itp. Nie mogę się z tym zgodzić. Dla
                  mnie powołanie to zawsze tajemnica konkretnego serca,ale myślę że wiele osób
                  pragnie kochać Chrystusa niepodzielnym sercem.Ot i tyle.Aż tyle...

            • direta Re: powołania 07.06.05, 08:58
              verdana napisała:

              > Zakon i kapłaństwo to nie tylko celibat, ale także rezygnacja z posiadania
              > dzieci. Wydaje mi się - wybaczcie - że jeśli żadne z dzieci jakiejś pary nie
              > chce mieć własnych dzieci, to chyba coś szwankowało w procesie wychowawczym,
              > albo w domowej atmosferze, albo w stosunku do dzieci....

              W tym miejscu pozwolę sobie nie zgodzić się z verdaną. W mojej rodzinnej
              parafii jest zgromadzenie (gałąź męska i żeńska) którego celem jest "opieka nad
              dziećmi opuszczonymi" (cytat z Założyciela - będzie beatyfikowany w połowie
              czerwca br.)Miałam okazję obserwować zakonników i zakonnice, są oczywiście
              osoby (często bardzo święte) które do pracy z dziećmi czy młodzieżą się
              kompletnie nie nadają, bo mają inną duchowość a do zgromadzenia trafili na
              przykład dlatego, że było najbliżej ich miejsca zamieszkania, albo że mieli
              Niższe Seminarium.
              Ale też się tam odnajdują, tylko przy innego rodzaju posłudze (konfesjonał,
              ojciec duchowny w seminarium itp...)
              Natomiast ogromna większość wstąpiła właśnie dlatego, że chce mieć więcej niż
              te swoje "dwoje, troje, czworo" i naprawdę traktuja te gromady dzieciaków jak
              swoje. Oczywiście jedni/jedne robią to lepiej, inni/inne gorzej, ale na pewno
              przy podejmowaniu decyzji o wstąpieniu motywem nie była chęć uniknięcia dzieci,
              bo w tym zgromadzeniu uniknąć ich się nie da.
              Większośc neoprezbiterów zaczyna posługę jako duszpasterze młodzieży (oazy itp)
              i cudownie się w tej posłudze sprawdza, bo tu czasem młody wiek i dobre chęci
              wystarczają. Inni jeszcze jako klerycy zaczynają wyszukiwać dla siebie nisze
              typu "trudna młodzież, narkomani, subkultury" i zaraz po święceniach rozkręcają
              robotę z takimi właśnie ludźmi, chociaż współbraciom starej daty nóż się w
              kieszeni otwiera, i dostają palpitacji serca na widok takiego młodego księdza,
              tego jak się np nosi, o widoku jego podopiecznych nie wspomnę.
              Zapytałam kiedyś jedna zakonnicę o cel zgromadzenia tzn jak praktycznie go
              realizują, bo przecież nie wszystkie moga pracować z dziećmi a i nie wszystkie
              się do tego nadają. Czy te inne też realizują cel. Odpowiedziała, że jak
              najbardziej. Celem zgromadzenia jest opieka nad dziećmi i młodzieżą i wszystko
              co robią w zgromadzeniu jest realizacją tego celu albo bezpośrednią (np.
              prowadzenie oratorium)albo pośrednią (modlitwa za dzieci i młodzież, obsługa
              różnych dzieł od kuchni poprzez szwalnię do administracji, ale też to, ze każde
              ich działanie ma "przyczepioną" intencję, jest ofiarowane za dzieci i mlodzież,
              nawet mycie kibla, czy skrobanie ziemniaków, nawet jak siostra o tym nie myśli,
              to jest modlitwa, albo ofiara za dzieci i młodzież, chore siostry też.)

              Więc to nie do końca tak, że powołanie zakonne wyklucza dzieci, ono tylko
              sublimuje naturalny instynkt. A bez instynktu macierzyńskiego można realizować
              się i jako singiel i w małżeństwie i w stanie duchownym, trzeba tylko znaleźć
              dla siebie odpowiednią niszę. Zgromadzeń i zakonów jest od groma.
            • nordynka1 Re: powołania 07.06.05, 12:20
              Wydaje
              > mi się, że jeśli wszystkie bez wyjątku dzieci odrzucają małżeństwo, to chyba
              > jednak - albo zostały do niego skutecznie przez rodziców zniechęcone i
              zachęcon
              > e
              > do wyboru innej drogi (dlaczego?), albo coś takiego było w życiu rodzinnym, że
              > wolą same rodziny nie zakładać.

              A znacie - choć pobieżnie - życie Marii i Alojzego Beltrame Quatrocchii? tego
              małżeństwa błogosławionych którzy pierwsi w historii zostali wspólnie
              wyniesieni na ołtarze przez JPII? Mieli czworo dzieci - dwóch synów i dwie
              córki. Troje zostało zakonnikami a najmłodsza córka wybrała życie konsekrowanej
              świeckiej. Mam książkę z ich listami - do siebie wzajemnie i do dzieci. Ileż
              miłości między nimi, ilez czułości, szacunku dla drugiego..Naprawdę jest się na
              kim wzorować.
              • isma Re: powołania 07.06.05, 14:39
                No, nie wiem. Podziw dla jakiejs postawy wcale automatycznie nie oznacza, ze
                mamy ochote ja we wlasnym zyciu powielic.
                Przyklad: uwielbiam moich Rodzicow. Bardzo sie kochaja, a wybrali (swiadomie,
                Tata byl ciezko chory zeniac sie, i Mama o tym wiedziala) model pt. chory i
                pielgniarka. Moja Mama jest rzeczywiscie istnym aniolem poswiecenia, a Tata
                odplaca jej niesamowita miloscia i wdziecznoscia.

                Ale ja, gdybym byla przekonana, ze tak ma wygladac moje wlasne malzenstwo, to
                bym w zyciu za maz nie wyszla. Nie nadaje sie (co nie znaczy, ze gdyby byla
                losowa koniecznosc, to bym nie potrafila - ale swiadomie wybrac taka droge -
                nigdy). Zasluga moich Rodzicow jest to, ze zawsze mi mowili: chcielibysmy,
                zebys nasz wybor rozumiala, ale nie musisz zyc tak, jak my. W ich malzenstwie
                ejst czulosc i szacunek dla drugiego, ale - nie dla kazdego do nasladowania.

                I, myle, nie jest przypadkiem, ze dzieci malzonkow Q. jednak ich nasladowac nie
                chcialy wink)).
                • nordynka1 Re: powołania 07.06.05, 16:52
                  Chyba niezbyt jasno wyraziłam to co chcę powiedzieć - dzieci Quatrocchich nie
                  tyle miały kogo podziwiać czy naśladować, co raczej miały szczęście dorastać w
                  domu przepełnionym miłością do Boga i do człowieka. Od razu miały warunki jak w
                  cieplarni do dokonania wolnego wyboru. Widzieli, że kochać można w małżeństwie.
                  Widzieli jak bardzo można ukochać Chrystusa. Nikt ich do niczego nie namawiał -
                  sami o swoich wyborach decydowali. A wybór powołania zawsze pozostaje tajemnicą
                  serca (jak już ktoś tu napisał).
                  Ja długo miałam uraz do małżeństwa bo w moim domu rodzinnym widziałam je w
                  krzywym zwierciadle. I z tego powodu (!) wybierałam się do życia w zakonie albo
                  co najmniej jako świecka konsekrowana. Bóg mi pokazał prawdę o mnie samej, o
                  moim wyborze i o małżeństwie. Dziś jestem szczęśliwą i radosną mężatką i mamą .
                  Nie umiem tego ubrać w inne słowa - bo jak to wszystko się stało to właśnie
                  pozostaje tajemnicą w moim sercu. I wiem, że gdybym została tą zakonnicą to nie
                  byłabym szczęśliwa tak jak teraz - nie miałabym takiego przekonania o
                  słuszności mojego wyboru. Musiałabym zmagać się z różnymi trudnościami.
                  Myśle że jeśli chodzi o osoby konsekrowane to działa podobnie - wybór jest
                  dobry jeśli jest wolny. Ktoś kto żył otoczony miłością świętych z pewnością
                  wybierał w wolności.
      • pawlinka Re: powołania 06.06.05, 22:19
        Minerwo!
        A niech się te mamy księży cieszą, tak jak kobiety które zostają babciami, albo
        syn czy córka dobrą karierę robi. Duma rodzica z dziecka to nic złego!
        Pozdrawiam!!!
        Aha, kiedy mogę pogratulować? Daj znać, bo myślę o Was ciepło!
        • minerwamcg Re: powołania 07.06.05, 11:05
          > A niech się te mamy księży cieszą, tak jak kobiety które zostają babciami,
          > albo syn czy córka dobrą karierę robi. Duma rodzica z dziecka to nic złego!

          Niech się cieszą co wlezie, jeśli mają kondycję, niech nawet codziennie skaczą
          z radości smile)), tylko niech nie psują tych swoich synków, wmawiając im, że są
          pepkiem świata i wszystko na świecie im się należy z tytułu, że są księżmi!
          Niech ich nie obsługują tańcząc koło nich na dwóch łapkach - księża też mają
          ręce, i to nie tylko do różnych świętych czynności.
          Przypomina mi się dziewięćdziesięcioparoletnia babcia mojego zaprzyjaźnionego
          kapucyna, który przyjechał do niej po święceniach:
          Ksawer (głośno, bo babcia przygłucha): Babciu, zostałem księdzem!
          Babcia (bez namysłu): Nie chwal się.

          A gratulować nam... Hm, najlepiej 19 lipca, kiedy będzie już po operacji i
          będzie wiadomo, że ze mną wszystko dobrze. Na razie proszę o modlitwę, żeby tak
          naprawdę było.
          • isma Re: powołania 07.06.05, 11:18
            Masz to u nas (mysle, ze moge sie za ogol forumowy wypowiedziec wink))
            • pawlinka Re: powołania 07.06.05, 14:17
              możesz, możeszsmile
    • czarna_jagodka Re: powołania 06.06.05, 14:03
      Wszystkim mamom, które twierdza ze ich dzieci na pewno nie zostaną księżmi /
      zakonnikami / zakonnicami polecam książkę ojca Macieja Zięby „Białe z dodatkiem
      czerni”. Bardzo fajnie napisana – czyta się jednym tchem.
      Można się dowiedzieć z niej, że jako dziecko o. Zięba nie cierpiał kościoła.
      Matka wysyłała go na mszę, a on szedł zupełnie gdzie indziej, poczytał książkę
      i po godzinie wracał „z kościoła” do domu.
      • isma Re: powołania 06.06.05, 14:15
        Jako jedna z mam, ktora wprawdzie nie twierdzi na pewno (bo w ogole twierdzic
        czegokolwiek "na pewno" raczej nie mam zwyczaju wink)), ale ma powazne
        watpliwosci co do mozliwosci odnalezienia sie jej corki w zakonie, spiesze z
        wyjasnieniem.

        Ja mysle, ze trzeba oddzielic dwie rzeczy. Stosunek do Boga i pewne, hmm,
        konstytutywne cechy charakteru. Jesli wierzymy, ze wiara jest laska, to nic
        nadzwyczajnego w tym, ze z niespecjalnie poboznego, a nawet, o zgrozo wink))
        ateusza moze wyrosnac swiety, w tym i swiety kaplan.

        Natomiast, mysle, w szczegolnosci jesli idzie o tzw. zycie wspolnotowe, sa
        charaktery, ktore, po prostu, zupelnie sie w tym nie sprawdzaja. Ktore, mowiac
        grubo, maja sklonnosc do odczytywania woli Bozej samodzielnie, a niekoniecznie
        poprzez nakaz przelozonego. Albo np. takie, ktore nie maja upodobania w
        regularnosci i powtarzalnosci.

        Oczywiscie, mozna mowic, ze taki charakter ksztaltuje sie przez wychowanie,
        ale chyba nie tylko. Ja np., obserwujac moja corke od niemowlectwa wiem, ze
        nieprzypadkiem, zostawszy jej matka, gleboko sie zastanawialam, kto wymyslil
        teze o tym, jakoby noworodki funkcjonowaly w regularnym rytmie wink)). I
        dlatego, podobnie jak nie sadze, zeby odnalazla swoje powolanie, bo ja wiem, w
        bibliotece albo przy konserwacji tkanin, tak i nie sadze, zeby odnalazla je w
        klasztorze. Ale, oczywiscie, patrz wyzej: dla Boga nie ma nic niemozliwego...
        • direta Re: powołania 07.06.05, 09:23
          isma napisała:


          > Natomiast, mysle, w szczegolnosci jesli idzie o tzw. zycie wspolnotowe, sa
          > charaktery, ktore, po prostu, zupelnie sie w tym nie sprawdzaja. Ktore,
          mowiac
          > grubo, maja sklonnosc do odczytywania woli Bozej samodzielnie, a
          niekoniecznie
          > poprzez nakaz przelozonego. Albo np. takie, ktore nie maja upodobania w
          > regularnosci i powtarzalnosci.

          Takie typy jak opisany przed chwilą przez Ciebie wyrastają na założycieli
          zakonów wink
          Miniatura to typowy okaz św Teresy Wielkiej wink))))))))))))) (póki co, jeszcze
          małej i niekoniecznie swiętej wink zresztą nie twierdzę przez to, że koniecznie
          musi skończyć w zakonie. Powołania są rózne i nie wiemy, co Pan Bóg sobie
          wymysli)

          Co do pytania mader czy biorę pod uwagę, ze moje dziecko itd... Biorę. Jeśli
          zechce - nie będę bronić. Ale tez nie specjalnie go namawiam, bo to naprawdę
          ciężki kawałek chleba i wychodzę z założenia, ze bylejaki mąż to problem dla
          żony i dzieci, ale bylejaki ksiądz potrafi narobic tyle zła, że setka
          bylejakich mężów musiałaby na to pracować i nie wiadomo czy by zdołała mu
          dorównać.
          Ale to działa i w druga stronę.
          Znam chłopaka, który miał nawet narzeczoną i bardzo "wadził się z Panem Bogiem"
          bo wcale nie chciał iść do zakonu, ale w końcu poszedł. Ona została i sporo
          przecierpiała zanim pogodziła się z jego odejściem. (Ten chłopak - dziś ksiądz,
          nie wykorzystał jej fizycznie, ale obrączki już wybierali, więc to bolało)
          Dopiero koło 40 znalazła swoja Wielka Miłość. Ma męża, dziecko, czy dzieci i są
          szczęśliwi.
          A księdza widziałam w działaniu. I jestem pewna, ze jako zwykły mąż i ojciec
          rodziny nie byłby w stanie tyle dokonać dobrego, ile mógł zrobic będąc księdzem
          ani nie miałby takiej siły oddziaływania.
          Pisze w czasie przeszłym, bo od paru lat nie działa, tylko cierpi - dopadła go
          wyniszczająca choroba.
          Myślę, że dopadłaby go i w małżeństwie i bardziej cierpiałaby żona i dzieci. Bo
          zawsze tak jest, że najbardziej boli bezsilnośc, kiedy nie umiemy pomóc.
          Jego cierpienie nie jest obciążone świadomością, że inni z tego powodu płaczą.
          Nie wiem czy jasno się wyrażam, ale jeśli dziecku powoli umiera ojciec, czy
          matka, to ono nigdy nie będzie takie samo. Albo kiedy żona musi sama utrzymać
          dom, bo chory mąż nie jest w stanie pracować, a szczupła pensja musi starczyć
          tez na leki.
          Tego jednego Bóg mu oszczędził.
          Ale konczę, bo zjechałam z tematu.


          Pozdrawiam powołaniowo wink

          direta
          • isma Re: powołania 07.06.05, 09:39
            Direto,
            tak, Miniatura moglaby wyrosnac ewentyalnie na s. Malgorzate Chmielewska,
            fakt wink)).
            • verdana Re: powołania 07.06.05, 15:50
              S.Małgorzata Chmielewska ma dzieci...
      • samboraga Re: powołania 06.06.05, 14:27
        żeby został piłkarzem też bym nie chciała, niby ujmy nie przynosi, niby zawód
        jak inny, niby zdarzają sie i inteligentni, ale tak jakoś mi nietego...

        to chyba bardziej jest tak że ciężko mi pogodzić się z powołaniem dziecka jakie
        by ono nie było - no chyba że dostanie Noblawink))
        • mader1 Re: powołania 07.06.05, 17:24
          sam> żeby został piłkarzem też bym nie chciała, niby ujmy nie przynosi, niby
          zawód
          >

          to ja już bym wolała księdza niż piłkarza smile))))


          • pawlinka Re: powołania 07.06.05, 18:12
            ja w kwestii formalnej: czy są wśród nas osoby duchowne?
            W tym wątku zauważam leciutkie wartościowanie: rodzina, małżeństwo w
            przyszłości dla dziecka -ok, ale z kapłaństwem, zakonem- nie wiadomo czy się
            cieszyć, czy płakać. Twierdzimy tak z pozycji rodzica, który CHCIAŁBY lub nie
            mieć z syna księdza, z córki- zakonnicę. Wiadomo, każda pliszka swój ogon
            chwali. Czy naprawdę wybór stanu duchownego przez dziecko dla rodzica jest
            czymś tak dramatycznym? Nikogo nie chcę urazić, nie, nie. Twierdzić tak śmiem w
            wyniku obserwacji; w kilku znanych mi rodzinach decyzja dziecka była dla reszty
            wstrząsem; mówiło się o nim tak, jakby szedł na stracenie. Dlaczego? kolejny
            stereotyp?
            Dlatego pytam o obecność wśród nas osób konsekrowanych, w celu wyważenia.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja