sion2 14.10.05, 19:53 polecam lekturę, całkiem fajny artykuł o "ciemnocie religijnej i ciemnocie antyreligijnej" www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_051014/publicystyka/publicystyka_a_1.html nie wiem moderatorki moze to gdzies upchnąć? Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
mader1 Re: arytkuł z Rzeczypospolitej 14.10.05, 23:10 Upchnąć ? ))) Co przez to rozumiesz ? Za chwilę zniknie link, jak to w Rzepie, więc przekopiuję. Kościół nad Wisłą - stereotypy do przewietrzenia Ciemnota religijna i ciemnota antyreligijna są dziś w Polsce równie kompromitujące (c) ANDRZEJ KRAUZE Myślę o Polsce: o ziemi, o narodzie, o społeczeństwie. O kulturze, o poglądach, o postawach. O przeszłości, teraźniejszości, o tym, co może zdarzyć się jutro. W każdym z tych tematów natykam się na ten sam przedmiot, to samo zjawisko, nigdy do końca nie dookreślone, kryjące w sobie jakąś tajemnicę, która w końcu okazuje się Tajemnicą z dużej litery. Zjawisko ważne praktycznie - kiedy mówi się o Polsce, nie da się go pominąć czy zepchnąć na margines. Czym jest Kościół "polski", czym jest "polski" katolicyzm, polska religijność? Jakie one są? Publicznie spieramy się o to od co najmniej dwóch stuleci, od najjadowitszych zarzutów płoną gazety i książki, z ambon rozlegają się grzmiące obrony i apologie. W domach i na ulicach spieramy się też - po cichu, prywatnie i tonem zwierzenia. I w debacie publicznej, i w tych sekretnych rozmowach posługujemy się stereotypem: "Polski Kościół? - No, wiesz, jaki on jest..." Czy naprawdę wiemy, jaki on jest - i jak się zmienia? Czy nie przenosimy mechanicznie obrazów, tych zasłyszanych od naszych babek sprzed pół wieku i tych drukowanych w tejże samej epoce w komunistycznej prasie? Stereotypy są w ludzkim myśleniu nieuniknione, czasem jednak należy je przewietrzyć. Tak się zdarzyło, że Kościół w ogóle, a "polski" w szczególności, był dla mnie zawsze rzeczywistością ważną - fascynował, niepokoił, angażował i budził zadumę już od lat licealnych aż po emeryckie. Utkwiły mi w świadomości daty, niby słupy graniczne epok: 1953 - aresztowanie prymasa Wyszyńskiego było dramatycznym początkiem wiedzy o drodze służby w Kościele, 1966 - przebieg Milenium zmusił do zrewidowania wąsko inteligenckiego spojrzenia na tożsamość zbiorową Polaków, 16 października 1978 roku - "cud" wyboru naszego kardynała Wojtyły na papieża zmienił polską perspektywę widzenia Kościoła powszechnego, wreszcie rok 1989 - przywracając niezawisłość państwa polskiego, postawił polskiego katolika w zupełnie nowej sytuacji historycznej i wobec nieprzewidzianych wcześniej pytań. Od tego czasu minęło znów kilkanaście lat. Jedni poumierali, drudzy dorośli, trzeci się narodzili. Mówimy: to naturalna kolej rzeczy. Jedna z tych śmierci przed pół rokiem ciężko dotknęła nas wszystkich. Odszedł ten, któremu zawdzięczamy wyjątkowo wiele - jako katolicy, jako Polacy, jako ludzie. W kontekście jego wkładu w naszą tożsamość zadajemy sobie pytanie: jacy jesteśmy, my - polski Kościół, dzisiaj? WEWNĘTRZNA POTRZEBA UCZESTNICTWA Wierzymy trochę inaczej niż kiedyś. Trochę dojrzalej. Oczywiście, w dalszym ciągu bardzo niedojrzale i głupio, przykładów mamy na to mnóstwo. Ale o naszej wierze wiemy trochę więcej, niż wiedzieli o swojej nasi dziadkowie czy ojcowie - siedemdziesiąt, pięćdziesiąt czy nawet trzydzieści lat temu. Zawdzięczamy to kulawej i nieporadnej, ale uporczywie przez kilkadziesiąt lat kontynuowanej katechizacji, aktywniejszemu niż w innych krajach duszpasterstwu, ale przede wszystkim - trwającej od II Soboru Watykańskiego modzie na jako taką przynajmniej orientację w sprawach wiary. Można dziś wierzyć lub nie wierzyć, ale wypada przynajmniej wiedzieć, o co chodzi. Ciemnota religijna i ciemnota antyreligijna są dziś w Polsce równie kompromitujące towarzysko. Zjawiskiem unikatowym, praktycznie niemal nieznanym na Zachodzie, a u nas popularnym od ponad półwiecza, jest duszpasterstwo akademickie, w którym odnajduje się mniejszość studentów, ale o którego istnieniu wie się powszechnie. Działalność tych wspólnot w wielkim stopniu zmieniła "średnią intelektualną" polskiego katolika. Kiedyś byliśmy przekonani, że im ktoś więcej godzin miesięcznie przesiaduje w kościele, tym musi być ciemniejszy. Rzecz w tym, że to się absolutnie nie sprawdza. Najciemniejsi są katolicy pozorni, ci tylko od metryki, Pierwszej Komunii i kościelnego pogrzebu. Duszpasterstwo, funkcjonujące trochę jak krwiobieg w Kościele, uczy dziś - czasem nieporadnie i nieumiejętnie, ale z pewnym wysiłkiem - właśnie myślenia o wierze. Uczy wyboru drogi, uczy samodzielności. Skutki bywają różne. Niektórzy wybierają odejście. Socjologowie co jakiś czas dostarczają smutnych wskaźników dużej absencji na niedzielnej mszy świętej: obowiązek ten spełnia mniej niż połowa zobowiązanych. Nikt jednak nie zlicza tych, którzy pojawiają się na mszy świętej, słuchają Pisma Świętego i przystępują do komunii codziennie. Jest to ich obyczaj indywidualny, przez Kościół nigdy nienakazywany, ani nawet niepropagowany, nie jest to także żadna tradycja środowiskowa - bo taka nigdy nie istniała. Za każdym razem jest to więc wyraz indywidualnej wewnętrznej potrzeby, osobistej duchowości. W świetle własnych spostrzeżeń, głównie z inteligenckiego Mokotowa i z wiejskiej parafii na Suwalszczyźnie, stwierdzam, że na tych codziennych mszach świętych spotyka się średnio od półtora do dwóch procent całej ludności. W skali polskiej jest to więc co najmniej pół miliona osób! I nie dominują wśród nich bynajmniej "ciemne staruszki" - na Mokotowie widuję tam wielu pracowników i studentów okolicznych uczelni, w Przerośli spotykam sąsiadów, znanych z udziału w rozmaitych społecznych czy kulturalnych akcjach gminnych. Różnica daje się zauważyć w tym, że w Warszawie przychodzi na codzienne msze więcej ludzi młodych. I tu jednak, i tam jest to - na tę skalę - praktyka nowa. Komentować to zjawisko można różnie. Zwrócę uwagę na jeden jego aspekt: maleje liczba tych, którzy przychodzą na mszę z uwagi na nakaz przeżywany jako zewnętrzny. Rośnie liczba tych, którzy czynią to z wewnętrznej potrzeby. Chcą inspiracji religijnej silniejszej niż ta, którą ofiaruje im współczesny duszpasterski standard. Dziś jest ich pół miliona. Ile ich będzie w Polsce za kolejne piętnaście lat - mniej czy więcej? EKUMENIA - MECHANIZM ZBLIŻENIA Pięćdziesiąt lat temu w tymże mokotowskim kościele opowiadano mi dużo paskudztw o protestantach i wyśmiewano prawosławnych. O ekumenizmie tak naprawdę dowiedziałem się najpierw z dokumentów soborowych. Potem wielokrotnie zdarzało mi się brać udział w nabożeństwach ekumenicznych. Były pełne wzajemnego ciepła, zawsze jednak mieliśmy poczucie czegoś absolutnie wyjątkowego i skłaniającego do dyskrecji. W "polskim" Kościele katolickim ekumeniści czuli się niemalże jak sekta, jakoś tolerowana, ale niewątpliwie dziwaczna. Wyśmiewania innych wyznań już na ogół nie było, ale śladów zainteresowania, solidarności czy sympatii - też nie. Dziś zresztą też jest ich niewiele. Coś się jednak w tym względzie zmieniło - w proporcjach postaw życzliwych i nieżyczliwych i w samej kulturze wewnątrz świeckich i księżowskich środowisk katolickich. Zachowania nieekumeniczne, złośliwości i zjadliwe uwagi na temat "braci odłączonych" (a coraz częściej mówimy raczej o "rozłączonych") przestały być modne. Środek ciężkości opinii przesunął się w kierunku ekumenii. Niedługo "sektą w łonie Kościoła" poczują się antyekumeniści. Co sympatyczne, proces ten jest znacznie bardziej zaawansowany w tych diecezjach, gdzie istnieją znaczne społeczności innych wyznań, powolniej zaś rozwija się tam, gdzie "innowierca" jest tylko pojęciem z podręcznika. Praktyka kontaktu okazuje się mechanizmem zbliżenia, nie starcia. A unikatowa na światową skalę wspólna modlitwa przedstawicieli trzech wielkich religii - chrześcijaństwa, islamu i judaizmu - kierowana do jedynego przecież, choć różnie pojmowanego Boga, odbyła się przed miesiącem nie w którymkolwiek z najbardziej znanych z nowatorstwa krajów zachodnich, ale właśnie w "konserwatywnie katolickiej" Polsce - na tegorocznym zjeździe gnieźnieńskim... Odpowiedz Link