alinaw1
02.03.06, 13:33
Historia zaczęła się zwyczajnie. Ogłosiłam, że sprzedaję suknię slubną. Jako
pierwsza zgłosiła się dziewczyna, z którą wymieniłam kilka maili. Już nawet
nie dziwił mnie jej liberalny stosunek (!) do spraw seksualnych, a ciągłe
wywody na temat pończoch i majtek trochę mnie śmieszyły. Zjawił się u mnie
jej narzeczony (twarz anioła), wziął suknię do przymiarki (narzekał, że ma
pieniądze przygotowane dla księdza, więc oczywiste było dla mnie to, ze nie
wezmę żadnej zaliczki). Stroik (rodzinna pamiątka) był nie do sprzedania ale
niemal mu wcisnęłam żeby Iza tylko przymierzyła. Umówiliśmy się, że
natychmiast po przymiarce w niedzielę napiszą do mnie. Tak minął miesiąc. Oni
mają mój mail, telefon, adres, a ja tylko mail panny młodej. W ogóle nie
odpowiada. Tragikomedia! Brać ślub (kościelny!) w kradzionej sukni? Czy komuś
z Was mieści się to w głowie?