Dodaj do ulubionych

Sprawiedliwośc rodziców

13.03.06, 19:43
Do założenia tego wątku zainspirowały mnie dzisiejsze czytania.
Wychowujemy te nasze małe istotki. Czasem jest ich wiele. Staramy się byc
sprawiedliwi. Co to znaczy ? Mam wrażenie, że one tak mocno obserwują,
patrzą, czy jakieś częściej się przytula, czy na któreś częściej się
krzyczy... Co się któremu kupuje - "a dla mnie mamo ?" I nie cierpią liczby
mnogiej w czasie połajanek wink))))
Z drugiej strony nasze rodziny, warunki w nich panujące, zmieniają się.
Pamiętam dylematy zaprzyjaźnionej rodziny, której drastycznie spadł dochód.
Ich starsze dzieci miały mnóstwo zajęć dodatkowych, chodziły do płatnych
szkół. Nagle krach. Mogli jednak zabrać ze szkół dzieci starsze, a zostawić
jeszcze na jakiś czas młodsze, licząc na jakieś rozwiązanie sytuacji. Zabrali
wszystkie, uważając, że tak bedzie sprawiedliwie - jeżeli muszą zmieniać
srodowisko to wszystkie. I chłopak z ogólniaka i dziewczyna na początku
szóstej klasy, i inna z pierwszej...
Czy my mamy szansę być wobec nich " sprawiedliwi" ?
Obserwuj wątek
    • verdana Re: Sprawiedliwośc rodziców 13.03.06, 20:20
      Ja nawet nie próbuję być sprawiedliwa, na zasadzie "po równo". Nigdy nie
      próbowałam, oprócz rzeczy najprostszych - jak lizaki - to trzy. Ale jak szłam z
      jednym dzieckiem na spacer, to często ono cos dostawało - a inne nic.
      Gdyby chciała "po równo" oznaczałoby to drastyczne równanie w dół. Nie jestem w
      stanie zapewnic wszystkiego wszystkim dzieciom.
      U nas jest zasada "kazdemu według potrzeb". Najstarszy dostał mieszkanie i
      płacimy za studia. Córka ma znacznie więcej ubrań. Najmłodszy może liczyć na
      dłuzsze wakacje. Zazdrosci nigdy nie zauważyłam, nawet o to mieszkanie, o co
      córka miałaby naprawde prawo byc zła - bo dla niej na mieszkanie juz nie mamy i
      pewnie mieć nie będziemy.
      Starałam się byc w miarę sprawiedliwa, jesli chodzi o podział wolnego czasu. I
      okazało się, że nie da rady. Pracuję teraz znacznie więcej i dla najmłodszego
      czasu często brakuje. Niestety.
    • pawlinka Re: Sprawiedliwośc rodziców 13.03.06, 22:16
      W książkach Mazlich i Faber, na podstawie których odbywają się zajęcia w
      szkołąch dla rodziców (pamiętacie pewnie opowieść Nulleczki), jest taki dialog:

      "- On dostał więcej ode mnie!
      - Wcale nie. Dałem każdemu po cztery naleśniki.
      - Ale on dostał większe!
      - Nieprawda. Wszystkie są tej samej wielkości."

      I taki:

      "-On dostał więcej ode mnie!
      -A jesteś jescze głodny?
      -Tak, trochę...
      -Wystarczy ci pół naleśnika, czy jesteś taki głodny, że zjesz całego?"

      Tyle teorii, z praktyką jest gorzej...ale sie uczęsmile
      • mader1 Re: Sprawiedliwośc rodziców 13.03.06, 23:29
        Kupiłam tę książkę zanim jeszcze przyszło na świat moje drugie dziecko. Bardzo
        spodobał mi się ten dialog. Niestety, mam taką jedną, która odpowiada i
        zachowuje się zupełnie nietypowo dla poradników wink))) Na szczęście nie przyszlo
        jej jeszcze do głowy, żeby być trudnym dzieckiem wink))))

        Moje to już wiedzą, że każde ma "według potrzeb" - o ile możemy im sprostać- i
        nawet nie ma co dyskutować. Różnica wieku przemawia na naszą korzyść, bo nawet
        trudno byłoby im kupować to samo.
        Ale na kolana to lubią się pchać wszystkie wink))) A ja mała jestem wink)))
        Musiałam przytyć, żeby je udźwignąć wink)))
        O jedzenie też nie ma bójek - atrakcyjne słodycze są przechowywane ze
        zrozumieniem dla nieobecnych.

        Ale... bywają , słyszy się przecież , zarzuty o nierówne traktowanie przez
        rodziców. W rodzinie, wśrod znajomych, często słyszę takie opowieści. Myślicie,
        że tamci rodzice znają te pretensje, reflektują ? Mają szansę się obronić ?
        Przyznam, że moja teściowa zareflektowała.
        • bumblebee1 Re: Sprawiedliwośc rodziców 14.03.06, 01:18
          Odpowiem z punktu widzenia dziecka, nie rodzica.
          Jest tak, że niezależnie, jak rodzic by się nie starał, żeby potomstwo
          traktować "równo" (w znaczeniu - wedle potrzeb), dzieci i tak będą wiedziały
          lepiej.
          Ja na przykład zawsze uznawałam się za tą "gorszą" (co, jak niestety dalej
          uważam, ma pewne podstawy), mniej docenianą, wolniej myślącą etc., co
          niejednokrotnie potrafiłam wywrzeszczeć rodzicom w słowach "Jego kochacie
          bardziej niż mnie!"... A przystopowałam dopiero, gdy niemal identyczne słowa
          usłyszałam... z ust mojego brata. To mnie zastanowiło wink
    • rycerzowa Re: Sprawiedliwośc rodziców 14.03.06, 15:58
      Mój syn zwykł był (żartem) mawiać:
      - Jak mam dzielić te cukierki? Równo, czy sprawiedliwie?

      Problem w tym,że dla małego dziecka spawiedliwie to znaczy równo. Nie według
      potrzeb, ale równo własnie.
      Moja najmłodsza córeczka była wyraźnie zazdrosna o brata i siostrę, chociaż
      naprawdę nie miała powodu.Ale konkrety były takie, że ubranka, zabawki, książki,
      gry - wszystko miała po tych starszych. Dla niej nic nowego.
      No i przy stole zawsze dostawała najmniejszą porcję. Śmieszne, bo wszystkie były
      niejadkami, ale mała zaglądała innym w talerz, czy czasem nie ma wiecej.
      Gdy chwaliliśmy za coś starsze,takie mądre i zdolne, mała robiła smutną minkę i
      pytała : a ja?

      Więc zaczęłam ubierać dziewczynki jak bliźniaczki, na obiad zupa była w wazie a
      reszta na półmiskach (bierz, ile chcesz), prezenty okolicznościowe mniej więcej
      równe,i "równo" zachwycaliśmy się całą trójką.
      Pomogło.
      Starszemu dziecku - takiemu powyżej 12 lat - można więcej wytłumaczyć i jest ono
      w stanie czasem samo zrezygnować z własnych potrzeb na rzecz brata lub siostry.

      Prawdą jest też, że niektórzy rodzice są rażąco i jawnie niesprawiedliwi wobec
      dzieci, wyróżniając jedno kosztem drugiego. Chyba tego nie widzą.
      • verdana Re: Sprawiedliwośc rodziców 14.03.06, 16:34
        Zabawne, bo u mnie i corka i syn, już dorosli, mieli poczucie, że
        są "ważniejsi".
        Obawiam sie jednak, ze najmłodszy jest poszkodowany. Muszę go zapytać, co o tym
        sądzi. Ale wydaje mi sie, ze wytłumaczyć dziecku, że trzeba z czegoś
        zrezygnowac na rzecz innego i ze to nie zawsze jest poświęcenie mozna na długo
        przed 12 rokiem życia. Mnie taka data graniczna przypada gdzieś na 5 rok życia.
        Zapytałam! Moj 11-latek czuje sie pokrzywdzony, gdy mówię, że nie zniosę
        powtorki z problemami szkolnymi - ma je podobne, co starszy brat (90% lenistwa,
        10% autentycznych kłopotów). Natomiast w innych dziedzinach ma wrażenie, ze
        dostaje wiecej od rodzeństwa...
        czyli u mnie wszyscy oficjalnie deklaruja, ze są faworyzowani. Ciekawe, jak
        sądzą nieoficjalnie.
        • mader1 Re: Sprawiedliwośc rodziców 14.03.06, 17:03
          U nas było inaczej. Mój tato robił jakieś nieprzewidziane, dziwaczne akcje,
          które były regułą : np tak był dumny z synka ( że jest), że 7 lat młodszemu ode
          mnie potrafił dawac jakieś extra pieniądze ( przy mnie !). Tym bardziej
          szokujące to było, że ja wydawałam swoje kieszonkowe np na książki ( częstokroć
          służące do szkoły), a brat na pączki i lody.
          Nigdy z tatą o tym nie rozmawiałam sad Wydawało mi się to kompletnie bezcelowe :
          ( a może bałam się , że to nic nie da i przeżyję następne rozczarowanie ?
          Natomiast z czasem zauważyłam, że to pozorne wyróżnienie " in plus" obróciło
          się przeciwko mojemu bratu sad i zrobiło mi się go żal sad
          Natomiast on i tak uważa, że był traktowany źle sad - choć nie gorzej niż ja (
          chociaż to).
    • rycerzowa Re: Sprawiedliwośc rodziców 15.03.06, 10:27
      verdana napisała:
      > Ale wydaje mi sie, ze wytłumaczyć dziecku, że trzeba z czegoś
      zrezygnowac na rzecz innego i ze to nie zawsze jest poświęcenie mozna na długo
      przed 12 rokiem życia. Mnie taka data graniczna przypada gdzieś na 5 rok życia.<

      Hm,to ciekawe zagadnienie. Podzielić się czekoladką z braciszkiem umie już
      półtoraroczniak, ale czy przed wiekiem dojrzewania potrafi na przykład
      zrozumieć, że nie będzie wakacji, bo pieniądze potrzebne są na kurs językowy brata?

      Rodzice rzeczywiście często dzielą "według potrzeb", nie "po równo".
      Od kiedy dzieci są w stanie to zaakceptować?
      Choremu dziecku trzeba poświęcić więcej czasu i troski, mniej zdolnemu opłacić
      korepetycje,od słabszego mniej wymagać, wrażliwsze bardziej chronić.
      Jakże często dziecko "bezproblemowe" czuje się mniej kochane, bo otrzymuje
      mniej rodzicielskiej uwagi! Czasem dopiero w wieku dorosłym jest w stanie
      zrozumieć, jak było ważne dla rodziców, jaką było dla nich dumą i radością.

      • verdana Re: Sprawiedliwośc rodziców 15.03.06, 13:46
        Tu nasuwa sie pytanie, ile można "zabrać" jednemu dziecku, żeby dać drugiemu.
        Ja np. nigdy nie zapłaciłabym za kurs jednemu dziecku kosztem wakacji innego -
        trudno. Ani za dobra szkołę (teraz własnie mam taki problem - za półtora roku
        posłałabym chetnie do społecznego gimnazjum najmłodszego - ale ze byloby to
        kosztem starszej siostry - rezygnuję). Ale już za kurację lekarską - na pewno.
        Moje dziecko, lat niespełna siedem, świetnie rozumiało, ze pewnych rzeczy nie
        będzie, bo najstarzemu synowi kupiliśmy mieszkanie (bo w piątke w trzech
        pokojach na 57 metrach juz wytrzymać się nie dało). 10 latek zaakceptował bez
        szemrania fakt, ze przez cały rok czasu dla niego było mniej, bo siostra
        zdawała maturę. Nie zauważyłam żadego buntu - i to chyba nie jest tak, ze
        dzieci z tym się kryły. Myslę, ze dziecko musi dobrze znać motywy, dlaczego
        jedno z rodzeństwa coś dostaje - a inne nie- musi uczestniczyc w dyskusjach
        (nawet trzylatka pytalismy, co kupic dla majacej się urodzić siostry, a co dla
        niego), a nie powinno być zaskakiwane wieścią, ze ktoś coś dostał, a jego
        pominieto.
        No i chyba musi być głęboko przeswiadczony, że dawanie rzeczy nie oznacza
        dawania miłości. Tu moim zdaniem lezy pies pogrzebany. Jak sie daje jednemu
        dziecku pieniadze na zasadzie "jesteś kochany, masz tu pare groszy", a innym
        nie - to jest niedobrz.
        Nowe zdjęcia - Mopsa i Kota
        img204.imageshack.us/img204/7329/beztytuu3xx.jpg
        img516.imageshack.us/img516/839/dsc00779ni.jpg
        • bumblebee1 Re: Sprawiedliwośc rodziców 17.03.06, 00:12
          Tak się złożyło, że rocznikowo brat jest ode mnie trzy lata młodszy - rok więc
          po tym, jak poszłam do liceum (ostatni rok "starego" systemu) mój brat zdawał
          do gimnazjum. Tylko jeden rok przerwy między moim a jego stresem...
          Kiedy zdawałam egzaminy, jeden po drugim, stawałam na głowie, brałam
          korepetycje z matmy, bo rodzice powtarzali: "Nie mamy pieniędzy na prywatne
          liceum". Co więcej, zdawałam do dwóch liceów, gdzie egzaminy były wcześniej
          (kwiecień, czy coś), ponieważ w czerwcu (kiedy odbywały się "normalne"
          egzaminy) mieliśmy jechać na wakacje. Czyli koniec, albo zdam w kwietniu, albo
          klapa i idę do zawodówy, albo rodzina patrzy na mnie wilkiem, bo nie jedziemy
          do Grecji.
          Zadałam. Płacząc, co dwa dni zmieniając zdanie, co chcę robić i czując na
          plecach oddech rodziny (nigdy nie zapomnę wielkanocnej awantury, kiedy
          powiedziałam, że rezygnuję z drugiego egzaminu -bo stres mnie przerósł-
          usłyszałam, że jestem tchórzem i nie mam ambicji), zdałam do obydwu
          pierdzielonych liceów. Pojechaliśmy do tej cholernej Grecji. Czy gdzieśtam.

          Za rok egzaminy miał mój brat. Ale on nie musiał się denerwować - rodzice od
          razu stwierdzili, że pójdzie do prywatnej, drogiej szkoły, bo, jak usłyszałam z
          ust mamy: "W niego warto inwestować".

          Nie zapomnę tego zdania do końca życia.
          • mader1 Re: Sprawiedliwośc rodziców 17.03.06, 10:09
            Co najdziwniejsze kryteria sprawiedliwości mogą być zupełnie różne - u mojego
            męża w rodzinie " inwestowało się w najlepszych - najposłuszniejszych", u mnie
            w rodzinie wspomaga się tych, co mają problemy. Co najciekawsze, obydwoje
            niewspomagani, lepiej dajemy sobie radę, choć mamy ciężej .
    • mader1 Re: "wyrównywanie szans" 17.03.06, 10:24
      Wspomnienia o wielu rozmowach " między dziećmi" skłoniły mnie do pewnego
      pytania. Czy rodzice czasem używając argumentu " według potrzeb" nie
      wprowadzają wyrównywania szans ? I czy to dobrze, czy to naturalne ?
      Mamy dwie siostry. Mniejsza o ich zycie od lat najmłoszych. Są już dorosłe.
      Jedna z nich jest pracowita, szalenie oszczędna. Nie ma zbyt wiele, ale
      wszystko, co zapewnia swoim dzieciom i sobie, dużym wysiłkiem. Wierząca w Boga,
      powracająca pomimo nieudanego małżeństwa. Samochód, mieszkanie urządzone,
      wszystko to bez luksusów - do " pierwszego" często nie starcza pieniędzy.
      Druga - choć dorosła - szałaput. Wesoła, radosna - jakoś to będzie. Mieszkanie
      ma mniejsze, gorzej to wszystko funkcjonuje, bo generalnie ona do końca o to
      nie dba. Jej córka ma narzeczonego. Pojawia się problem zbyt małego mieszkania.
      Ojciec wzywa dwie siostry. Jest już stary i mocno chory. Mówi, że spisuje
      testament i informuje siostry o decyzji. Ponieważ Wesoła siostra ma mniejsze
      mieszkanie, gorzej jej się wiedzie, a ma w perspektywie ślub córki, będzie
      dziedziczyć mieszkanie po mnie. "Pracowita, ty sobie świetnie dasz radę, o
      ciebie jestem spokojny" - mówi przekonany, że w ten sposób "rozwiąże"
      najpilniejsze potrzeby rodziny.
      I co ?
      • goska_mama_kasi_i_gabrysi Re: "wyrównywanie szans" 25.03.06, 21:36
        "Według potrzeb"...
        Mader, w przykładzie podanym przez ciebie potrzebą może być dla
        tej "pracowitej" - odpoczynek (czyli pieniądze/mieszkanie), a dla Wesołej -
        trud, trud rozwiązania problemu mieszkaniowego. Każdemu potrzeba trochę
        trudności.
        Ja też sobie wiele razy radzę sama, jakoś, bo muszę. I potem słyszę, że nie
        potrzebuję pomocy, bo mi dobrze idzie. A jak już padam i nie mogę się podnieść,
        to zdziwienie "Dlaczego? co się stało? Nic wcześniej nie mówiłaś!" A jak
        mówię "czy możecie mi pomóc" to słyszę pytanie czy sobie poradzę. Pewnie że
        poradzę, bo co mam zrobić. No a skoro mówię, że sobie poradzę, to pytany czuje
        się zwolnieony z odpowiedzialności.
        No, ale się wyżaliłam sad.
        Na szczęście mam Teściową, (ostatnio na emeryturze smile). Jak przyjedzie to sobie
        nadrabiam wszelkie zaległości i czuję jak odżywam.

        A wracając do tematu.
        Każdemu według potrzeb, tylko trzeba dobrze poznać "potrzebę".
        Ktoś, kto zbiera na alkohol czy narkotyki żebrząc na ulicy też jest w
        potrzebie sad. Przecież on bardziej potrzebuje leczenia niż pieniędzy sad.

        Każdy dostaje to, czego potrzebuje.
        Nauczyły mnie tego moje dzieci.
        Przykład taki sobie, ale
        Kupowałam kiedyś jeszcze dawno temu nocnik dla Gabrysi. Chciałam Kasi też
        kupić, no bo przecież ona już miała stary i pewnie by jej było smutno itp. Tak
        sobie myślałam i zagadnęłam samą zainteresowaną. A ona mi na to: "po co mi
        drugi". I to było dla mnie jak olśnienie.
        Sami często nieświadomie projektujemy swoje uczucia na dzieci.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka