Dodaj do ulubionych

Relacje rodzinne...

15.10.06, 11:55
Czym jest dla Was rodzina ? Posiadacie jakąś własną definicję rodziny?

Czy macie jakieś (powiedzmy) idealne wyobrażenia jak powinny się relacje
rodzinne układać?

Zauważyłam, że teraz panuje moda na zupełną niezależność dorosłych dzieci od
rodziców. I dobrze, nawet bardzo dobrze, tylko że mam wrażenie, że gdzieś w
tym wszystkim zatraca się właśnie dawny sens rodziny, specyficznej bliskości
i szczególnej więzi.
Ostatnio na emamie był wątek zapoczątkowany przez panią redaktor z Dziecka,
pt. "Nowoczesne babcie", z którego wynikało, że nawoczesna babcia to taka,
która nie zajmuje się w ogóle wnukami (i nie chodzi tu o pełnoetetową pomoc,
ale opiekę od czasu do czasu, np. dla odciążenia dzieci lub w sytuacji
kryzysowej), żyje swoim życiem i nie można liczyć na jej jakąkolwiek pomoc (w
sensie nie wypada, bo to wyzysk), no bo ona wreszcie chce zająć się sobą. I
taka postawa jest teraz na topie.
Żeby była jasność, IMO każdy ma prawo do własnego życia, a dzieci dorosłe
powinny liczyć przede wszystkim na siebie, ale... Czy w tak uproszczonym
schemacie rodzinnym nie ma pułapki egoizmu, zaniku uczuć, więzi? Czy
uważacie, że rodzina (na linii: rodzice-dzieci-teściowie, czyli najbliższa)
nie może liczyć na swoją pomoc w sytacjach choćby ekstremalnych (np. żona w
szpitalu, mąż zostaje sam z trójką dzieci, a mama/teściowa nie chce pomóc, bo
mam ważniejsze sprawy)? Czy dopuszczalne są np. sytuacje, gdzie babcia
deklaruje dobrowolną pomoc, a potem mówi "sorry Gregory, ale coś mi wypadło"
(bo ma prawo do własnego życia)? No i poprzez analogię, a kiedy babcia czy
dziadek będą już naprawdę starzy i zniedołężniali, to czy dzieci będą mogły z
moralnym spokojem oddać ich do tzw. domu starców, no bo przecież ich życie
też nie może ulec zakłóceniu przez podjęcie regularnej opieki nad staruszkiem?

Jak postrzegacie relacje rodzinne we współczesnym świecie?
Obserwuj wątek
    • k_j_z Re: Relacje rodzinne... 15.10.06, 13:25
      nie wiem, jak wyglądają w świecie, wiem, że w moim otoczeniu nie przyszłoby do głowy nie zajmować się starym dziadkiem czy babcią i na odwrót.
      Żałuję tylko, że moja rodzina trochę za mało podobna do tych z Jeżycjady, ale wszystko do zrobienia być może...
      • minerwamcg Re: Relacje rodzinne... 15.10.06, 13:42
        > Żałuję tylko, że moja rodzina trochę za mało podobna do tych z Jeżycjady, ale
        > wszystko do zrobienia być może..

        jeżeli chodzi o Borejków, to dziękuj Bogu, że nie jest sad Po lekturze "Czarnej
        polewki" zastanawiam się, gdzie się podziała ta sympatyczna i pełna akceptacji
        rodzina. Zastąpiła ją jakaś wściekle nietoleracyjna klika intelektualistów
        wąsko wyspecjalizowanych w patrzeniu na bliźnich swoich jak na tłuste plamy, i
        kompletnie nie dostrzegających kłopotów i cierpień swoich członków.
        • samboraga Re: Relacje rodzinne... 17.10.06, 12:47
          > jeżeli chodzi o Borejków, to dziękuj Bogu, że nie jest sad Po lekturze "Czarnej
          > polewki" zastanawiam się, gdzie się podziała ta sympatyczna i pełna akceptacji
          > rodzina.

          ja też lubiłam BOrejków, ale...ta akceptacja, tolerancja to jest tylko w jedną
          stronęwink) Borejkowie nie 'dzielą' się dziećmi, wnukami, ruch jest tylko w jedną
          stronę, tylko jedna rodzina jest dobra, ciepła, wspierająca...nie ma problemu 'w
          zeszłą Wigilię byliście u teściów to w tym roku do nas, prawda?' (należałoby
          zrobić grafuik na całe życie chyab, żeby nie wpaść na rafy kto/gdzie/kiedy/u
          kogowink...
          nie mam oczywiście pretensji do konstrukcji książki, ale rozumiecie...

          z drugiej strony nawiazując do głównego tematu - nie wyobrażam sobie takich
          stosunków jak u mojej kuzynki za oceanem - jej teściowie przychodzą do swojej
          wnuczki w niedzielę na ok. 30 - 40 mmin., piją kawę z rodzicami, małą zajmuje
          się wynmajęta na ten czas opiekunka, w pewnym momencie pada sygnął, że teraz
          dziecko ma przyjść do salonu przywitać się z dziadkami...dziecko wchodzi z
          opiekunką, dyga, mówi wierszyk, odpowiada na dwa-trzy pytania i opiekunka je
          wyprowadza, wizyta skończona...crying(( mnie zaszokowało, jakbym nie usłyszała z
          pierwszej ręki to bym nie uwierzyła...
          a na poprawne i satysfakcjonujkące dla wszystkich stron stosunki - na razie nie
          mam pomysłusad
          • marzek2 Re: Relacje rodzinne... 16.10.07, 15:39
            Hmmm też się zaczęłam zastanawiać, jak to ze mną i moimi dziećmi za ładnych parę
            lat.

            W moim postrzeganiu rodziny chyba coś się jednak zmieniło po wyjściu za mąż. A
            wcześniej dużo się zmieniło, gdy zmieniły się mój światopogląd, jakoś trudniej
            dogadywać się z mamą, gdy okazuje się, że zależy nam na innych sprawach, że
            ustawiamy życie wg czegoś innego...

            Pamiętam jakąś bardzo trudną sytuację z mojej pierwszej ciąży, gdy okazało się,
            że jest zagrożona. Zamknęłam się w domu i nie chciałam rozmawiać z nikim innym,
            tylko z mężem. Wiem, że moją mamę trochę to nawet zraniło, nie mogła zrozumieć,
            ale ja naprawdę chciałam rozmawiać z częścią naszej jedności, czyli z mężem.

            A gdy moje dzieci odejdą z domu, chciałabym takiej ciepłej troski o siebie
            nawzajem, ale nie oszukujmy się, z dorosłymi dziećmi będzie już inaczej... Myślę
            że w przypadku moim i mojej mamy znaczenie ma różnica poglądów w wielu ważnych
            życiowych sprawach, przyznam, że jakoś nie mogę tego "przełknąć". KOcham ją,
            staram się troszczyć, ale "porozumienia dusz" niestety nie ma sad
    • maadzik3 Re: Relacje rodzinne... 16.10.06, 10:25
      Podstawa wszelkich relacji miedzyludzkich na tym swiecie powinien byc konsensus
      zainteresowanych, ale oczywiscie to temat rzeka. Rodzina - dla mnie podstawa
      relacji rodzinnych powinna byc przede wszystkim milosc - odpowiedzialna,
      swiadoma, pielegnowana i omawianie wszelkich spraw dot. tych relacji az do
      osiagniecia konsensusu, omawianie w duchu troski o innych czlonkow rodziny bez
      rezygnacji z siebie. nie mam standardowych recept, IMO nie istnieja... Natomiast
      wierze (i czesto sprawdzam) ze milosc, troska o druga osobe i rozmowa, relacje
      partnerskie sprawdzaja sie. Rodzine budujemy dzien po dniu, w milosci i
      szacunku. I gdy tak jest rozwiazanie problemow (ktore jakos tez zawsze sa)
      zawsze sie znajdzie - bez poczucia czyjejs krzywdy. Nawet gdy sa to rozwiazania
      niestandardowewink))) No i jestem wrogiem i egoizmu i skrajnego altruizmu
      (meczennictwa), zreszta one sa bardzo zblizone do siebiesmile)))
      Magda
      • addria Re: Relacje rodzinne... 16.10.06, 11:09
        No tak, jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził wink Wiem, że nie
        da się tak, by wszystko układało się perfect. Wiem, że nie ma standardowych
        recept, może nie umiem dokładnie napisać o co mi chodzi (no przyznam, że czasem
        mam z tym pewien problem wink, ale chodzi mi o to, że jakoś nie potrafię
        zaakceptować modelu rodziny "od święta", gdzie generalnie brakuje jakiejś
        moralnej odpowiedzialności za swoich członków, w imię własnego wygodnictwa (bo
        mi się należy, bo nie muszę, itp). Oczywiście nie chodzi mi o męczennictwo,
        całkowite poświęcenie się innym np. kosztem własnego zdrowia, czy innych
        bliskich, nie. Po prostu jakoś buntuję się na ten trend zupełnej niezależności,
        dzieci od rodziców i rodziców od dzieci, czyli każdy niech żyje własnym życiem.
        Nikt nie ma prawa niczego oczekiwać, o nic poprosić, czegoś nawet powięcić,
        brakuje autentycznej troski i empatii. Wtedy relacje stają się jakiś takie
        wyłącznie powierzchowne... A może tak powinno być? Może to ja mam jakieś dziwne
        wyobrażenia rodziny...
        • zuzanna56 Re: Relacje rodzinne... 16.10.06, 11:29
          Może jestem dziwna, ale nie mam potrzeby spotykać się z rodzicami i teściową
          np. co niedzielę na obiedzie. Dla mnie najbliższa rodzina to mój mąż i dzieci.
          Z rodzicami jestem w dobrych relacjach ale tak trochę na odległość.
          • addria Re: Relacje rodzinne... 16.10.06, 15:02
            > Może jestem dziwna, ale nie mam potrzeby spotykać się z rodzicami i teściową
            > np. co niedzielę na obiedzie. Dla mnie najbliższa rodzina to mój mąż i dzieci.

            Każdy oczywiście może mieć swoje zdanie i nikt nie musi być z tego powodu
            dziwny smile
            Ale... jeśli mogę zadać Ci pytanie (może być i retoryczne wink, to dzieci
            pozostaną Twoją najbliższą rodziną również jak dorosną, prawda? A co, jeśli
            dzieci założą rodziny, będą miały swoje dzieci i powiedzą (hipotetycznie), że
            Ty nie należysz już do ich najbliższej rodziny i nie odczuwają potrzeby
            kontynuowania bliższych kontaktów z Tobą? Nie będzie Ci przykro? Bo mnie by
            było...
        • maadzik3 Re: Relacje rodzinne... 16.10.06, 12:13
          Tak prywatnie i osobiscie to sie z Toba Addriu zgadzam. Tez trudno mi wyobrazic
          sobie brak relacji bliskich traktowany jako normę - bardziej to wtedy grupa
          kolezenska niz rodzina. Ale ludzie maja rozne potrzeby emocjonalne i rozny -
          czasem bolesny - bagaz doswiadczen. Dlatego ja cholernie nie lubie oceniac.
          Piszac ze dla mnie podstawa jest milosc zgadzam sie z Twoim stanowiskiem -
          milosc to nie widzenie tylko wlasnej wygody, rozwoju, wlasnego zycia. Wiec w
          moim odczuciu masz racje, ale nie potrafie i przezde wszystkim nie chce oceniac
          "trendu" bo kazdy przypadek wiezi rodzinnych to odrebny kosmos. Wiem jedno -
          kochajacej madrze, pelnej ciepla rodziny zycze kazdemu bo to skarb, ale zarazem
          to stwierdzenie to truizm wink)))
          magda
          • addria Re: Relacje rodzinne... 16.10.06, 15:05
            maadzik3 napisała:

            > Tak prywatnie i osobiscie to sie z Toba Addriu zgadzam. Tez trudno mi
            wyobrazic
            > sobie brak relacji bliskich traktowany jako normę - bardziej to wtedy grupa
            > kolezenska niz rodzina. Ale ludzie maja rozne potrzeby emocjonalne i rozny -
            > czasem bolesny - bagaz doswiadczen. Dlatego ja cholernie nie lubie oceniac.
            > Piszac ze dla mnie podstawa jest milosc zgadzam sie z Twoim stanowiskiem -
            > milosc to nie widzenie tylko wlasnej wygody, rozwoju, wlasnego zycia. Wiec w
            > moim odczuciu masz racje, ale nie potrafie i przezde wszystkim nie chce
            oceniac
            > "trendu" bo kazdy przypadek wiezi rodzinnych to odrebny kosmos. Wiem jedno -
            > kochajacej madrze, pelnej ciepla rodziny zycze kazdemu bo to skarb, ale
            zarazem
            > to stwierdzenie to truizm wink)))
            > magda

            No cóż, zgadzam się z Tobą. Oczywiście, ja nie oceniam, tylko obserwuję pewną
            tendencję i nie bardzo mi ona odpowiada. Ale może jestem zbytnią idealistką wink
            W każdym razie dołączam się do powyższych życzeń smile))
            • zuzanna56 Re: Relacje rodzinne... 16.10.06, 16:05
              Addria
              Też o tym myślałam i jestem zupełnie świadoma tego że za 20 lat mogę mieć
              rzadki kontakt z moimi dziecmi. Ale ja chcę żeby one nie były ode mnie
              uzależnione i zeby potrafiły zyć na własny rachunek bo w końcu wychowujemy
              dzieci po to aby nas opuściły...tak w Biblii napisano.

              Może źle się wyraziłam. Mieszkam całkiem niedaleko moich rodziców i teściowej,
              która od wielu lat jest wdową. Moi rodzice są u mnie 3 razy w tygodniu średnio
              7 godzin w tygodniu a teściowa mniej, dwa razy po 1 godzinie. Pomagają mi w ten
              sposób ze odprowadzają córke do przedszkola i odbierają ją. Ja w tym czasie
              jestem w pracy. Ciesze się bardzo że mam taka pomoc i jestem im wdzięczna.
              Ale zwykle mijamy się w drzwiach i mało ze soba rozmawiamy. Oczywiście czasami
              spotykamy się, zawsze razem wszyscy spędzamy święta, urodziny itp.

              Czuję trochę żalu do moich rodziców za pewne sprawy i może dlatego nasz kontakt
              jest taki trochę powierzchowny.
              Dawno temu dwa razy ( w przeciągu kilku lat ) prosilismy rodziców o pozyczkę (
              niewielką ) na zakup mieszkania i nam odmówili bo nie chcieli stracić
              oprocentowania na koncie. Oni są dość mocno przywiązani do swoich pieniędzy i
              to jest problem. Dla nich bo ja sobie od 15 lat radze sama.
              • zuzanna56 Re: Relacje rodzinne... 16.10.06, 16:08
                Ale mimo to jest dla mnie oczywiste że jeśli będa potrzebować pomocy, to na
                pewno im pomogę.
              • addria Re: Relacje rodzinne... 16.10.06, 16:46
                Tak gwoli wyjaśnienia, to chcę podkreślić, że nie chodzi mi o uzależnienie
                dzieci od rodziców, czy życia na ich garnuszku, ani o ubezwłasnowolnienie
                rodziców poprzez ciągłą pomoc dzieciom, nie chodzi mi też o spełnianie
                zachcianek rodziców, bo dorosłe dzieci powinny im pomagać. To są już pewne
                patologie, a mnie chodzi o te cora częściej zaginione dzisiaj prawdziwe więzi
                rodzinne, autentyczną troskę, poczucie odpowiedzialności za dobro innych. Ot,
                takie coś żeby np. oprocentowanie na koncie nie było dobrem wyższym od
                ofiarowania dzieciom pomocy, kiedy są w potrzebie...

                Niestety, zdaję sobie sprawę, że negatywne stosunki i chłodne relacje prawie w
                każdej rodzinie są często podszyte dramatami, konfliktami, żalami,
                nieporozumieniami, czasem brakiem szczerości, nieumiejętnością komunikacji...
                Moja też nie jest wcale idealna...

                Dziękuję Zuzanno za Twoją osobistą odpowiedź. Pozdrawiam serdecznie smile
                • zuzanna56 Re: Relacje rodzinne... 17.10.06, 06:45
                  No cóż, moi rodzice i teściowa nie są typowymi polskimi rodzicami, którzy
                  kupują wnukom prezenty, a własnym dzieciom oddaliby ostatni grosz, żeby dołozyć
                  im do kupna mieszkania czy samochodu. Ja tez nigdy tego nie oczekiwałam. Byłam
                  dumna z siebie że w dość młodym wieku potrafię sama sobie poradzić finansowo,
                  studiując przy tym. Nigdy nie oczekiwaliśmy od rodziców, że nam coś dadzą.
                  Chodziło tylko o drobną pożyczkę.

                  Jeszcze inny przykład. Ileś tam lat temu moi rodzice kupili sobie drugie,
                  bardzo ładne mieszkanie. My w tym czasie mielismy swoje, duzo mniejsze, ale
                  własne. Po jakimś czasie pomyśleliśmy sobie że może pożyczylibyśmy od rodziców
                  ich stare mieszkanie ( trzypokojowe ), płacilibysmy za nie czynsz, a nasze
                  sprzedalibyśmy i zaczęlibyśmy budowę domu. Miało to trwać około roku. Niestety
                  rodzice obliczyli sobie ile płacą im za wynajem lokatorzy...

                  Było jeszcze kilka takich sytuacji z teściową i rodzicami ale nie ma sensu o
                  tym pisać.
                  Różne sa polskie rodziny i różne między nimi relacje. Mimo wszystko to są moi
                  rodzice, kocham ich takimi, jacy są tylko czasem przy okazji czyjejś wypowiedzi
                  przypomina mi sie przeszłość.
    • tres_ka Re: Relacje rodzinne... 16.10.07, 22:05
      Wydaje mi się, że to nie jest moda, tylko konsekwencja czegoś, co zrobili nasi
      rodzice. Nie wyobrażam sobie, żeby w rodzinie, w której relacje rodziców z
      dziećmi są dobre, jest miłość, więź, miała miejsce taka sytuacja. Dziś świat
      jest taki, że rodzice mają coraz mniej czasu dla dzieci, dla rodziny. Można coś
      przegapić, a potem nie da się tego nadrobić. Dziecko, dla którego rodzice nie
      mieli czasu, nie rozmawiali z nim tyle ile trzeba, nie będzie związane z
      rodzicami, będzie żyło po swojemu. I w sytuacji, gdy rodzice będą starzy, trudno
      dziecku będzie zająć się nimi.
      • isma Re: Relacje rodzinne... 17.10.07, 00:44
        A, wlasnie chyba to jest troche bardziej skomplikowane. To
        niezupelnie jest "wymiana wzajemnych swiadczen".

        Otoz w moim domu rodzinnym nigdy nie bylo pajdokracji. Dziecko,
        czyli ja, wiedzialo, ze powinno sobie, na miare swoich mozliwosci,
        radzic. I ze, oczywiscie, moze liczyc na pomoc, ale najpierw powinno
        sprobowac na wlasna reke. Ale Rodzice mieli dla mnie czas,
        rozmawiali ze mna - o tym, o czym chcialam rozmawiac. Bylam
        jedynaczka, ale nie czulam, zeby swiat sie wokol mnie krecil - tak
        jak rozmawiali duzo ze soba, tak i rozmawiali ze mna, jak spedzali
        duzo czasu razem, to i spedzali go ze mna, jak kazde z ich czytalo
        swoja ksiazke/gazete przy jedzeniu, tak i ja czytalam...

        Natomiast zawsze w domu otaczalo sie szacunkiem i opieka chorych i
        zniedoleznialych - na co nie bez wplywu byl oczywiscie fakt, ze moj
        Tata od dziecinstwa jest ciezko chory na astme (parenascie
        reanimacji na koncie, te klimaty). Jedyny "klosz" jaki wobec mnie
        stosowano, byl z klucza zdrowotnego wlasnie, czemu zawdzieczam np.
        ze nie wpadlam na pomysl cpania - przekaz o szkodliwosci byl
        wystarczajacy wink)).

        I otoz ja moich Rodzicow uwielbiam. Nie moglabym miec lepszych. Dali
        mi (razem z moja sp. Babcia) cos niewyobrazalnie cenego: wiare w
        siebie. Pozwolili mi, jako niespelna szesnastolatce, wyprowadzic sie
        z domu (upewniwszy sie wprzody, ze nic nie grozi mojemu
        bezpieczenstwu, i ze zarabiam na siebie korepetycjami przynajmniej
        na tyle, zebym z glodu nie umarla). Ba, dzielnie odpierali
        zniesmaczenia moich pedagogow, ktorym wyraznie sie moj owczesny styl
        zycia nie podobal - jakkolwiek nie mial on wiele wspolnego z moimi
        osiagnieciami szkolnymi, bo te byly, hmmmm, wiecej niz zadowalajace.
        Nie oczekiwali ode mnie wyboru "perspektywicznych" studiow, nie
        naciskali w sprawie deklarowanej przez mnie od nastolectwa niewiary,
        nie wtracali sie w moje zycie osobiste, w tym dwa dosyc odjechane
        podejscia do malzenstwa (trzecie, tym razem skuteczne, tez Bogiem a
        prawda jest dosyc odjechane wink)). Dali mi tez - co jest cholernie
        uciazliwe! - przerosniete poczucie odpowiedzialnosci. I swiadomosc,
        ze jesli sie duzo ma - np. milosci i uwagi - to trzeba tym
        obdarowywac. Tego, kto najbardziej potrzebuje, ale niekoniecznie
        tego, komu z racji np. wiezow krwi (ja to nazywam "solidarnoscia
        plemienna") sie "nalezy".

        No i skutek jest taki, ze aktualnie oni sie postarzeli i
        zaawansowali w chorobach, ale mimo to czuja sie odpowiedzialni za
        terminalnie chorego na nowotwor brata albo matke rocznik 1920
        (skadinad bedaca w lepszej formie fizycznej i psychicznej, niz oni
        razem wzieci). Za nasze dziecko natomiast nie czuja sie
        odpowiedzialni, bo to nasze dziecko, a nie ich wink)). W razie
        jakiejs katastrofy, oczywiscie pomoga, ale na codzien "moja rodzina"
        nie jest tozsama z "moim domem rodzinnym".

        Bylabym nieuczciwa, gdybym tego nie akceptowala (choc, oczywiscie,
        to wiele prozaicznych spraw utrudnia). A wiem, ze bede im z kazdym
        rokiem bardziej potrzebna, i wiem, ze te potrzebe zaspokoje.
      • mama_kasia Re: Relacje rodzinne... 17.10.07, 09:32
        Dziś świat
        > jest taki, że rodzice mają coraz mniej czasu dla dzieci, dla rodziny. Można coś
        > przegapić, a potem nie da się tego nadrobić. Dziecko, dla którego rodzice nie
        > mieli czasu, nie rozmawiali z nim tyle ile trzeba, nie będzie związane z
        > rodzicami, będzie żyło po swojemu. I w sytuacji, gdy rodzice będą starzy, trudn
        > o
        > dziecku będzie zająć się nimi.

        Wydaje mi się, że to nie jest kwestia czasu, jaki przeznacza się
        dzieciom, a jakości tego czasu. Moi rodzice mieli dla mnie
        dużo czasu. Popołudnia spedzaliśmy razem, ale... nie rozmawialiśmy.
        Nie było głębokich rozmów, nie było dzielenia się przeżyciami.
        Tata przynajmniej wytłumaczył, dlaczego, tak było (opowiedział
        raz(!) o swojej mamie, która nie potrafiła okazywać uczuć, ale wie,
        że go kochała), ale mama nic nie powiedziała. To wszystko rozumiem,
        akceptuję, tylko... nie potrafię jej teraz wytłumaczyć, że jest
        mi trudno być dla niej "dobrą córką" - czułą, przyjacielską,
        opiekuńczą sad To naprawdę boli.
        • tres_ka Re: Relacje rodzinne... 17.10.07, 12:11
          Zgadzam się z Tobą. Temat jest szeroki, napisałam tak ogólnie, o czasie, ale
          oczywiście chodzi też o inne sprawy, bliskość, rozmowy, okazywanie uczuć itp.
          Ja mam, niestety, podobne wspomnienia, przede wszystkim brak bliskości,
          czułości, rozmów, wspierania się, pocieszenia...
    • ruda_kasia Re: Relacje rodzinne... 17.10.07, 09:01
      Postanowiłam napisac, choć w pierwszej chwili wydało mi się, że
      wszystko zostało napisane...
      Natchnęła mnie końcówka Ismy o opiece nad "chorszymi" i - jak
      mniemam - starszymi.
      Otóż wydaje mi się, że często bywa tak, żew
      sytuacjach "graniczynych" dla wszystkich anturalne jest życie
      rodzinne, w sytuacjach copdziennych - niekoniecznie.
      Tak mnie natchnęło, że moja ciotka (moja matka chrzestna), gdy jej
      matka a moja babcia spędziła około roku w szpitalu w trakcie
      kolejnych amputacji stopy cukrzycowej (na szczęście na stopie się
      skończyło), córka jako jedyna (bo ma jeszcze dwie, moją matke i
      najmłodsza córkę) przyjeżdzała do niej mniej więcej co drugi dzień z
      podkrakowskiej wsi (bo tam mieszka) via Kraków do Olkusza (bo tam
      szpital). Busmi i autobusami, z przesiadkami. Czasem jeździłyśmy
      razem, ale kiedy moja ciąża dała mi się we znaki musiałam
      zrezygnować (no ze mną to był komfort, bo nadkłądając jakieć 10 km
      zabierałam ją samochodem). Taka wyprawa dla niej, to był praktycznie
      cały dzień, ok 2-2,5 godz w jedną stronę i z 2 na mniejscu. Jej
      siostry miały do przejechania niecałe 10 km. I otóż co - ta sama
      córka przez 30 lat od wyprowadzenia się z domu bywała u matki mniej
      więcej raz na kwratał na niedzielnym obiedzie, który trwał nie
      dłuzej niż 2 godziny (bo się jej mąż niecierpliwił). I obecnie jest
      to samo.
      I tak na zdrowy rozum, to mnie to wkurza, nie umniejszając
      zaangażo9wania mojej cioci, które było ogromne. Że będziemy się
      opiekowac kimś, bo jest nad grobem (a szanse były naprawde wątłe), a
      na codzień nas nie obchodzi. Kontynuując wątek szpitalny pamiętam,
      jaka byłam rozdarta, keidy moaj matka była w tymże szpitalu, ja
      miałam małe dziecko i kiedy po mojej kolejnej wizycie dziecko mi w
      nocy dostało ksozmarnej gorączki,w yrzucałam sobie, że to ja
      rpzywiozłam jakąż zaraze ze szpitala. I co mam zrobić? Nie widywac
      chorej matki, która owszem piciem i paleniem na tę chorobę
      zasłużyła, ale...
      Podsumowując - wydaje mi się że jeśli relacje sa nomalne, rodzice
      zaszczepiają dziecku szacunek do niego samego i otoczenia, nie ma
      problemu wtedy, układa się to jakoś. Fakt, że to już od sił i
      wrazliwości (znaczy egoizmu czy altruizmu) zalezy np. ile razy
      dowiedza się rodziców w szpitalu mając inne obowiązki lub na
      codzień, gdy są zdrowi. A gdy się tego nie zaszczepi, to są
      patologie, że mój mąż z własnym ojcem udają, że się nie znają
      mieszkając w jednym domu (co mnie gryzie potwornie, i że mieszkają i
      że się ignorują). Ale nie powinno to nikogo dziwić. skoro w rodzinie
      mojego męża porządnej, krakowskiej, bronowicko-mieszczańskiej,
      traktuje się dzieci nawet dorsołe lekceważąco, mówiąc do nich slowa
      na ch... (bo to chłopcy), do żony głupia krowo, a do synowej sp...
      To jak teść miał operację w czasie tego okresu "milczenia" mój mąż
      nawet nie pomyślał.
      Zatem nie lekajcie się... Chyba tak nalezy powiedzieć: myslę że
      relacje z dziećmi moga być normalne, takie żeby nas nie niepokoiły,
      bo to zalezy od nas samych. Ja wiem, że jestem taką osobą, że
      niechętnie będę się zajmowac potencjalnymi wnukami, ale nigdy nie
      odmówię pomocy.
      • isma Re: Relacje rodzinne... 17.10.07, 09:22
        Wiesz co - ja tez mysle, ze moze byc tak, iz z wiekiem sie mozna
        uczyc umiejetnosci przebaczania. Wlasnie tym, co juz sa starsi i
        chorsi. A bodaj, z wiekiem, dziala mechanizm "mnie tez to kiedys
        spotka"...

        Moja Mama np. ma pelne prawo nie znosic swojej tesciowej, pamietajac
        jej akcje typu sprowadzenie na ich pierwsze wspolne z Tata wakacje
        kontrkandydatki na zone (rodzice byli wtedy po slubie cywilnymn,
        koscielny mial byc za pare tygodni) - i w swoim czasie rzeczywiscie
        trzymala sie od niej raczej na dystans. No, ale coz - tesciowa sie
        rpzeprowadzila do Krakowa, nabyla na wolnym rynku mieszkanie w
        odleglosci rzutu beretem od moich Rodzicow, i zazadala dotrzymywania
        towarzystwa. No to oni, ze swoim wybujalym poczuciem obowiazku, i z
        niepamietliwoscia (ktorej, jak na razie, po nich nie odziedziczylam,
        ale moze z wiekiem nabede) dotrzymuja...

        A te rodzine "krakowsko-bronowicko-mieszczanska", to ja Ci
        zapamietam wink)).
    • ese1 Re: Relacje rodzinne... 17.10.07, 11:27
      zakladajac rodzine i planujac dzieci robilam to zte swiadomoscia, ze bede liczyc
      tylko na siebie. I to nie tak, ze chce odgraniczyc moje zycie od rodzicow, nie.
      Chce, aby na ile to mozliwe, mieli kontakt z wnukami, zeby moje dzieci kochaly i
      szanowaly dziadkow. Ale przede wszystkim tez chce sama odpowiadac za wychowanie
      moich dzieci i nie zamierzam drzec o to koty z moimi rodzicami, wg ktorych
      sposob na wychowanie powinien byc inny (mam na mysli wyzywienie, rozklad dnia
      czy dyscypline).
      Nie angazowalam i nie angazuje na codzien rodziny aby mi pomagala. Ale nasze
      wzajemne stosunki sa jak najbardziej poprawne i moi rodzice zawsze moga na mnie
      liczyc
      i gdzie tu egoizm?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka