mamalgosia
14.01.07, 11:41
Oto Chrystus w swoim życiu trzydziestoparoletnim dokonał wielu nadzwyczajnych
rzeczy. Był człowiekiem niebywale aktywnym - czynił cuda, wygłaszał znakomite
nauki. Był dobrym człowiekiem, przepracowanym absolutnie, człowiekiem do
którego bezustannie cisnęły się tłumy żądne słowa, cudu, a nade wszystko
dobroci. I ten Chrystus, niezwykle aktywny, święty, inteligentny i szlachetny
człowiek, u kresu swojego życia, w pasyjnej historii, zostaje zupełnie
pozbawiony aktywności. Zbawia nas nie przez to co uczynił, ale przez to, co
zostało uczynione Jemu. Podczas męki i śmierci przestał być aktywny, stał się
pasywny. Zupełnie został pozbawiony tego przywileju młodego człowieka, który
chce i może aktywnie czynić dobro. Jezus nie był wstanie czynić dobra. Był w
stanie jedynie znosić cierpienie. Jest w tym jakieś źródło pociechy i
nadziei. Bo to znaczy, że moje ludzkie życie ma swoją niezwykłą,
ponaddoczesną wartość nie tylko wtedy, kiedy jestem czynna - kiedy buduję
dom, zakładam rodzinę, rodzę dzieci, uczę, kiedy stać mnie na to, by dać
innym pieniądze, czas, zdrowie, uśmiech... Moje życie ma - być może -
największą wartość wtedy, kiedy tego zrobić nie potrafię. Ale kiedy, w
zaufaniu Bogu, przeżywam bezradność, bezsilność, nieruchomość, chorobę i brak
zdolności - jakichkolwiek, w jakiejkolwiek dziedzinie. Kiedy jestem "ludzkim
ochłapem" - jak On, opluty, nagi i konający na Wzgórzu Czaszki. Ponieważ ze
mną jest tak jak z Chrystusem - największe dobro czynię nie wtedy, kiedy je
czynię, ale wtedy, kiedy wytrzymuję to, co jest mi robione, co jest nie do
zniesienia, co jest ponad ludzkie siły. Wtedy - jeśli jestem w relacji
głębokiego zaufania wobec Boga - dzieje się dobro większe, niż moje
jakiekolwiek pojęcia na ten temat.
Co jednak wtedy, kiedy nie jestem w stanie utworzyć tej relacji zafania.
Jeśli chcę wierzyć nie tylko W Boga, ale chcę wierzyć BOGU - jednak nie
potrafię. Kiedy widzę tylko absurd mojego cierpienia, widzę, jak ono jest
bezsensowne i nie mogę uwierzyć, że sens jakiś głębszy jednak ma. Cierpienie
dla cierpienia nie jest żadnym dobrem.
Czy jeśli nie potrafię zaufać, to wartość takiego bólu jest zerowa? Czy
wszystkie moje łzy idą na marne? Czy Bóg nie przechowuje ich w swoim bukłaku?