mamalgosia
03.02.07, 12:42
Ten wątek to owoc wielkiej plątaniny myśli, rozmów z Przyjaciółką, a także
ostatnio przeczytanej "Dziewczyny z Pomarańczami".
Człowiek ma wolną wolę, może wybierać dobro lub zło. Ale w rzeczywistości ta
jego wolna wola jest bardzo ograniczona. Bo gdy jest się niewidomym, trudno
zastanawiać się nad tym, czy wybrać zawód malarza czy może krytyka filmowego.
Tak więc rodzimy się tacy a nie inni, w danym czasie i miejscu, rodzimy się
określonym rodzicom. Tego wszystkiego wybrać nie możemy. Co więcej: nie
możemy nawet wybrać czy chcemy żyć, czy nie. Oczywiście w każdej chwili można
popełnić samobójstwo, ale to już nie to samo, co fakt, gdyby nasze życie w
ogóle nie zaistniało.
Wiara katolicka wyklucza preegzystencję dusz, tak więc nie wierzymy w fakt,
że przed naszym poczęciem Bóg zapytał naszą duszę, czy aby na pewno chce
istnieć. Więc tego wyboru dokonano za nas. I tak sobie pytam - Was i siebie -
gdyby postawiono nas u progu życia i zapytano czy chcemy żyć - czy zawsze
odpowiedź brzmiałaby "tak"?
Mama_kasia napisała w którymś wątku, że boi się utraty najbliższych do tego
stopnia, że czasem się zastanawia, czy nie lepiej, gdyby ich w ogóle w jej
życiu nie było. Mam znajomego - kawalera pod 60tkę, który właśnie mówi coś
podobnego, gdy jego znajomi cierpią z powodu chorób czy śmierci bliskich. On
nie ma tych zmartwień - ale ilu radości nie miał, prawda? Czy te radości
warte są tego cierpienia po utracie Kochanej Osoby?
Wiecie, że moje pytanie jak zwykle nie jest czysto abstrakcyjne, ale nie o to
chodzi. Pytam w ten sposób: czy powiedzielibyście: "tak"?
I jeszcze kawałek "Dziewczyny z Pomarańczami" (mówi to śmiertelnie chory
człowiek, który ma cudowną żonę i dziecko, a przed sobą kilka dni życia):
"Wyobraź sobie, że stoisz u progu tej wielkiej baśni, wiele miliardów lat
temu, kiedy wszystko powstało. Możesz zadecydować, czy kiedyś urodzisz się i
będziesz żyć na tej planecie. Nie wiesz, kiedy by to miało być, ani też jak
długo miałbyś tu pozostać, lecz o więcej niż kilkudziesięciu latach i tak nie
może być mowy. Wiesz jedynie, że jeśli zdecydujesz się przyjść kiedyś na ten
świat, gdy nadejdzie na to pora, czy jak mówimy, gdy "czas się dopełni",
będziesz musiał rozstać się kiedyś z nim i wszystko opuścić. Być może
przyprawi cię to o wielki smutek, gdyż wielu ludzi uważa życie w tej
niezwykłej baśni za takie cudowne, że łzy napływają im do oczu na samo
wspomnienie nieuchronnego końca. Ogromnie boli myśl o chwili, w której nie
będzie już następnych dni.(...) Co byś wybrał, jeśli istniałaby jakaś wyższa
moc, która pozwoliłaby ci na taki wybór? Spróbujmy wyobrazić sobie taką
kosmiczną wróżkę, obecną w tej wielkiej, tajemniczej baśni. Czy wybrałbyś
życie na ziemi, krótkie albo długie, za sto tysięcy albo sto milionów lat?
(...) Czy też nie chciałbyś uczestniczyć w tej zabawie, ponieważ nie
akceptujesz jej reguł?
Gdybym zdecydował, że nigdy nie zajrzę do tej wspaniałej baśni, nie
wiedziałbym też, co przechodzi mi koło nosa. Rozumiesz, o co tu chodzi?
Czasami już tak jest z nami, ludźmi, że gorzej jest stracić coś drogiego, niż
nigdy tego nie posiadać. Posłuchaj tylko: gdyby Dziewczyna z Pomarańczami nie
dotrzymała obietnicy, że będziemy ze sobą każdego dnia w drugiej połowie roku
po jej powrocie z Hiszpanii, lepiej by dla mnie było, żebym jej nigdy nie
spotkał. Sądzisz, że Kopciuszek zdecydowałby się zostać księżniczką na zamku,
gdyby wiedział, że ta zabawa potrwa zaledwie tydzień? Jak ci się wydaje, czym
byłby dla niej powrót do szufli na popiół, pogrzebacza, do złej macochy i
paskudnych sióstr?
(...) Pytam jeszcze raz: co byś wybrał, gdybyś miał taką szansę?
Zdecydowałbyś się żyć na ziemi przez krótką chwilę, aby po kilkudziesięciu
krótkich latach zostać wyrwanym z tego świata i nigdy już nie powrócić? Czy
też byś z niego zrezygnował? Masz tylko tę alternatywę. Takie bowiem są
reguły. Jeżeli wybierzesz życie, wybierzesz także śmierć".
Wiem, że tekst jest trochę new-age'owski, że dla chrześcijan życie nie kończy
się ze śmiercią, ale przecież utrata tego co cenne i tych, co drodzy, tak
samo chyba boli wierzącego jak i ateistę.
I jeszcze w tym świetle: Jak wygląda prawo do przekazywania życia? Bóg
powiedział: "rozmnażajcie się", tak więc to czynimy, biologizm naszych ciał
też nas ku temu popycha i jakaś chęć pokazania komuś, kto jeszcze nie
istnieje, że świat jest piękny. Ale może on jest z tych, którzy u progu tej
wielkiej i wspaniałej baśni powiedziałby "nie"? A my się przyczyniamy do
tego, że narodzić się musi.
Przepraszam, że tak się rozpisałam. Chcę tylko na koniec dodać, że w świetle
tego wszystkiego, co mnie ostatnio spotkało, w świetle właśnie utraty Skarbu,
pytam się, czy to wszystko warte tego bólu rozrywającego wnętrzności.
I nie mogę się nadziwić, że odpowiadam: "tak"