Kamień

27.02.08, 23:08
A tak Wam wkleje, co za mna ostatnio chodzi:

"Edyta Stein poszukiwała prawdy nie tylko wytrwale, ale i żarliwie.
Jej pasja umiłowania mądrości doprowadziła ją do odkrycia, że byt
wieczny jest Miłością. Pasja to jednak i namiętność, i cierpienie…
Jak Edyta Stein prowadzi za rękę?

Osobiście
Edyta Stein zawsze konfrontowała opinie innych z własnymi. Kiedy
była dziewczynką, jej bliscy uważali, że jest ambitna i mądra. Nie
chciała być „tylko mądrą”, wiedziała, że „dużo lepiej być dobrą niż
mądrą”. Nie dostrzegali też, że za jej błyskotliwością „krył się
drugi świat”, w którym bolesne wydarzenia ponownie przeżywała,
cierpiąc w milczeniu.

Bywało więc, że jej samoocena rozmijała się z tym, jak ją
postrzegano. Kiedy zafascynowana fenomenologią zrezygnowała ze
studiów we Wrocławiu, usłyszała na pożegnanie od Hugona
Hermsena: „«Życzę pani, aby spotkała w Getyndze ludzi, którzy by jej
odpowiadali. Tutaj stała się pani za bardzo krytyczna». […] Nie
byłam przyzwyczajona, aby mnie ktoś ganił. […] Te poważne słowa […]
dotknęły mnie boleśnie”. Napomnienia od przyjaciół traktowała jak
sygnał do weryfikacji swych postaw.

Jej wrażliwość i perfekcjonizm prowadziły ją do poczucia niemożności
wyrażenia odkrywanych prawd, do stanów depresyjnych, które komentuje
zwięźle: „oswajałam się z prawdziwą rozpaczą”. Był to
czas „niebywałego zamętu”. Pośród trudnych doświadczeń dojrzewała do
odkrycia, że prawda, której tak poszukiwała, jest uosobiona w
Chrystusie.

Nurtujące ją pytanie o byt wieczny splotło się z pewnym dramatycznym
wydarzeniem. W kręgu Husserla najbardziej ceniła Adolfa Reinacha; w
nim postrzegała harmonijne przenikanie się mądrości i dobroci.
Zginął na froncie w roku 1917, co dla Edyty było powalającym ciosem.
Tymczasem spotkanie z wdową Anne Reinach rozświetlił pokój płynący z
jej wiary: „Było to moje pierwsze zetknięcie się z Krzyżem i z jego
Boską mocą”.

Często cytowane słowa: „Uderz o kamień [Stein], a wytrysną skarby”,
nadają jej portretowi rysy monumentu. Inny jest kamień z jej
przekładu pism Dionizego Areopagity: „Teologowie […] przypisują
[dobroci boskiej] postać czy formę człowieka lub bursztynu”.
Bursztyn zaś „jak złoto jest oznaczeniem niezniszczalności i
promieniującego blasku […]; jak srebro […] jasności niebiańskiej”.
Bursztyn po niemiecku to Bernstein: ‘płonący kamień’. Czy Edyta
Stein przeoczyłaby tę niezwykłą językową intuicję? Czyż nie
zapragnęła płonąć odwiecznym ogniem Bożej miłości?

Radykalnie
Rysem jej filozofowania jest radykalizm stawiania pytań i jasność
osądu. Dlatego nie powściągała pióra w listach do Romana Ingardena,
starając się skłonić go do określenia, czy jego refleksje wynikają z
osobistych poszukiwań, czy tylko z intelektualnej
spekulacji: „Konieczne jest, byśmy opowiedzieli się za lub przeciw
Bogu. Tego się od nas wymaga: zdecydować się, nie otrzymując w
zamian kwitu gwarancyjnego. Oto jest wielkie ryzyko wiary. Droga
wiedzie od wiary do oglądu, nie odwrotnie”.

Jej listy odzwierciedlają, jak bardzo ten radykalizm osadzał się w
umiłowaniu mądrości. Swemu getyńskiemu przyjacielowi Fritzowi
Kaufmannowi radziła bowiem „życie, razem ze wszystkimi
poszukiwaniami i filozofowaniem, złożyć w ręce Ojca […] prosić
nieznanego, budzącego wątpliwości Boga, by dopomógł. […] To jest
mądrość dlatego, że jest prosta i w niej ukryte są wszystkie
tajemnice”.

Potrafiła czerpać ze wsłuchiwania się w innych. „Nie zależało mi,
jak ongiś, by zawsze mieć rację. […] Przekonałam się bowiem, że
tylko wyjątkowo ludzie poprawiają się z błędów, gdy mówi się
im «słowa prawdy»”. Nie uchylała się też od wysiłku fizycznego czy
ryzyka. Przecież m.in. w czasie I wojny służyła, jako wolontariuszka
Czerwonego Krzyża, na oddziale tyfusowym szpitala polowego na
Morawach. Jej teoria „wczucia” nie jest więc jedynie
fenomenologiczną analizą przeżyć psychicznych i relacji między
ludźmi.

Pokornie
Doświadczenia z czasu I wojny i lata wytężonej pracy naukowej
oszlifowały krytycyzm Edyty Stein. Jej pokora płynęła z głębokiej
wiedzy oraz poczucia odpowiedzialności. W Karmelu wróciła do
filozofii, ufając, że „Bóg może wykrzesać coś twórczego nawet z
narzędzia całkowicie słabego i nieużytecznego. Tak więc robię, co
mogę; ciągle na nowo czerpię odwagę z Tabernakulum, gdy mi ją
odbiera uczoność innych”.

Trwanie w Bożej obecności rodzi ducha pokory, a dar dobrej rady
nabierał w słowach Edyty rysu męstwa, gdyż nie chodziło jej tylko o
niepobłażanie miernocie. W liście do swej uczennicy czyni
zaskakujące wyznanie: „Pan jest cierpliwy i wielkiego miłosierdzia.
W swym «gospodarstwie» łaski może On wykorzystać nawet nasze błędy,
gdy Mu je złożymy na ołtarzu. «Sercem skruszonym i pokornym, Boże,
nie wzgardzisz» (Ps 50). Ten werset należy do najbardziej przeze
mnie ulubionych”.

Trzymając za rękę Pana
„Jeżeli wydaję się Pani twarda […] nie czynię tego z powodu chłodu i
braku miłości - pisała do Erny Herrmann. - Jestem jedynie narzędziem
Pana. Każdego, kto zwraca się do mnie, chciałabym prowadzić do
Niego”. Była przekonana, że „nasza działalność dla drugich będzie
tylko tak długo błogosławiona, jak długo […] będziemy postępować
zgodnie z sumieniem, nie bacząc na względy ludzkie”. Bóg „przecież
nigdy nie jest związany z jakimś jednym człowiekiem”. Uczyła więc
innych poruszania się w gąszczu problemów życiowych i duchowych tak,
by trzymali za rękę Pana, a nie osobę prowadzącą!

Kiedyś sama doświadczyła „mocnego ramienia”, które ocaliło ją od
rozpaczy. Dlatego pragnęła wskazywać innym ramię silniejsze od
swego. „W istocie, zawsze mam do powiedzenia tylko […] jak rozpocząć
życie, trzymając za rękę Pana”. Ten motyw ma sens głębszy niż
życzliwe wsparcie, a zakorzeniony jest w myśli Dionizego. Według
niego, „prowadzenie za rękę” to wdrażanie „tych, którzy doznali już
pewnego oświecenia i dlatego dążą do świętości”, torowanie im drogi
do samego Boga.

„Jeżeli Eucharystia jest wyraźnie ośrodkiem naszego życia i źródłem
promieniowania, wtedy też ma moc przyciągania”. Tłumaczyła więc Elly
Dursy: „gdybyś wiedziała więcej o tym, ilu dziś ludzi pogrąża się w
rozpaczy, tęskniłabyś, aby im odjąć trochę z nadmiaru ich bied i
cierpienia”. Teresa Benedykta, modląc się o tak wiele osób, nie
wyobrażała sobie, by łaska miłosierdzia mogła nie dotknąć
Husserla: „Byłam zawsze daleka od mniemania, że Miłosierdzie Boże
mogą wiązać granice widzialnego Kościoła. Bóg jest Prawdą. Kto szuka
prawdy, szuka Boga, choćby o tym nie wiedział”.

Miłosierdziu Bożemu powierzała swą matkę, Augustę Stein, która nie
mogła pogodzić się z tym, że jej córka w imię wierności odkrytej
prawdzie przyjęła chrzest i została karmelitanką. Edyta troską o
matkę wciąż dzieliła się w listach: „Może właśnie ta rozłąka […] i
drobne wskazówki, na jakie czasem się odważyłam, działają w głębi
jej duszy, choć nie mają oddźwięku na zewnątrz”.

Po śmierci matki (1936) nastąpiła seria zdarzeń, które Edytę Stein
skłoniły do złożenia z siebie ofiary Bogu. Wobec dramatu „nocy
kryształowej” w 1938 roku przewieziono ją dla bezpieczeństwa
kolońskiego Karmelu i jej samej do Holandii. Tam, trwając w ufności,
że „Ten, który nakłada na nas krzyż, może ten ciężar uczynić słodkim
i lekkim”, napisała 26 marca 1939 roku do m. Otylii
Thannisch: „proszę mi pozwolić oddać się Sercu Bożemu w
przebłagalnej ofierze na intencję pr
    • isma Re: Kamień 27.02.08, 23:11
      W Sercu Jezusa
      Po aresztowaniu Edyta Stein trafiła z Różą 4 sierpnia 1942 roku do
      obozu w Westerborku, skąd skreśliła do m. Antonii Engelmann kilka
      wstrząsająco prostych słów: „Jesteśmy zupełnie spokojne i pogodne.
      […] Zaczynamy trochę doświadczać, jak można tutaj żyć całkowicie
      wewnętrznie. […] In Corde Jesu”. Wierzyła, że „Bóg, cała Trójca
      Święta jest w nas. Gdybyśmy tylko to zrozumieli i w naszym wnętrzu
      zbudowali samotną celę, aby do niej […] powracać, wtedy w żadnym
      zakątku świata niczego nam nie zabraknie”.

      Przez akt ofiarowania Bogu zanurzyła się w Sercu Jezusa, jakby było
      jej domem. Od lat kończyła listy zwrotami in caritate Xi lub in Xo.
      Jakby chciała imię Chrystusa, ujęte w jeden znak, wyryć na odrzwiach
      swego serca (Pwt 6, 9). By odcisnąć je w nim jak pieczęć (Pnp 8, 6).
      By nic nigdy nie odłączyło jej od Jego miłości (Rz 8, 35).

      Jeden ze współwięźniów opowiadał: „Lament w obozie i zdenerwowanie
      nowo przybyłych były nie do opisania. […] Wiele matek, bliskich
      obłędu, nie troszczyło się od wielu dni o swe dzieci […]. Siostra
      Benedykta zajęła się [nimi], myła je i czesała, starała się dla nich
      o pożywienie i opiekę. […] Powiedziała: Świat składa się z
      przeciwieństw. W ostatecznym rozrachunku jednak nic z nich nie
      pozostanie. Pozostanie tylko wielka miłość. Jak mogłoby być
      inaczej?”.

      Iwona Pawłowska
      "Glos Karmelu"
    • mama_kasia Re: Kamień 28.02.08, 10:48
      Isma, dzięki smile
      To jest takie... proste, oczywiste, że aż zaskakujące.
Pełna wersja