a_weasley
21.10.08, 18:56
Cezary Michalski
NOWE AMERYKAŃSKIE RELIGIE MISYJNE
Banałem stało się już stwierdzenie, że w Ameryce istnieją co najmniej dwa
światy: świat amerykańskiej prowincji, gdzie wierzy się w istnienie Boga i
głosuje na Republikanów, oraz świat amerykańskich kampusów uniwersyteckich,
gdzie równie żarliwie wierzy się w Jego nieistnienie i głosuje na polityków
lewego skrzydła Demokratów.
Wiara amerykańskich campusów ma dzisiaj swojego proroka. Jest nim Richard
Dawkins, którego objazdowe misyjne konferencje na temat nieistnienia Boga i
szkodliwości religii gromadzą tutaj tłumy. Dawkins jest Anglikiem, ale swoją
ziemię obiecaną znalazł dopiero w Stanach. Dla tutejszych campusowych
liberałów jest nowym Wolterem, choć od pierwowzoru różni go wiele i to moim
zdaniem na gorsze. Dawkins autentycznie wierzy, że uwalniając świat od
religijnego zabobonu, oczyści go także z wszelkiej przemocy, doprowadzi do
zakończenia wojen, skończy ze społeczną niesprawiedliwością. Tę żarliwą wiarę
podzielają równie zaangażowani amerykańscy uczniowie Dawkinsa, nierzadko z
doktoratami z dziedziny nauk społecznych czy historii, których jednak
studiowanie przeszłości niczego nie nauczyło. Wolter na ich tle naprawdę
pozostaje oazą rozsądku, ze swoją smutną uwagą, że gdyby nawet Bóg nie
istniał, należałoby go wymyślić. Wyczyny wyznawców religii rozumu podczas
rewolucji francuskiej bardzo szybko przyznały rację cynizmowi Woltera. Później
było już tylko gorzej.
Ale wyznawcy Dawkinsa wydają się o tym wszystkim nie pamiętać, bo podobnie jak
tutejsi chrześcijanie, także amerykańscy ateiści są "new born”: narodzili się
całkiem na nowo i strząsnęli z siebie niepotrzebną wiedzę o wcześniejszych
wyczynach naszego gatunku. Jedynie twórcy animowanego serialu "South Park” -
najbardziej kompetentnej, bezstronnej, a przede wszystkim bezgranicznie
śmiesznej amerykańskiej krytyki społecznej - co nieco z tej przeszłości
jeszcze pamiętają. W jednym z najlepszych odcinków "South Parku” tłusty
ośmiolatek Cartman, uciekając przed kartkówką z matmy, zamraża się niechcący w
spiżarni swojej matki aż na 1000 lat, bo nikt nie mógł go znaleźć. Trafia do
świata przyszłości, gdzie żarliwa niewiara Richarda Dawkinsa dawno już
zatryumfowała i stała się nowym obowiązującym dogmatem. W tym nowym świecie
cywilizacja ludzi i cywilizacja inteligentnych wydr toczą ze sobą
wyniszczające wojny o właściwe zrozumienie nauczania Richarda Dawkinsa na
temat nieistnienia Boga. Po obu stronach w użyciu są atomówki i nowa
inkwizycja, a we wszystkich biurach i salach Kongresu - zarówno u ludzi, jak i
u wydr - wiszą portrety Dawkinsa. Tak więc mimo upływu dziesięciu wieków i
ogromnego skoku cywilizacyjnego - przynajmniej po stronie wydr - w obszarze
kultu nic się nie zmieniło.
OPOWIEŚĆ BOBBY'EGO
Wyjeżdżając z Chicago w kierunku Grand Detour Illinois - obszaru, od którego
zaczęła się kolonizacja amerykańskiego Zachodu - od razu wkraczamy na teren,
gdzie o Richardzie Dawkinsie nikt nigdy nie słyszał. Natomiast na każdym
zjeździe z autostrady wielkie drogowskazy kierują nas do najbliższego Baptist
Camp, gdzie amerykańscy chrześcijanie - zarówno dzieci, jak i dorośli -
otrzymują wszechstronną religijno-polityczną formację. Te miejsca są
stylizowane na szkoleniowe obozy amerykańskiej armii, nawet jeśli przed bramą
jednego z nich trafiamy na sielankowy obraz: wielką gipsową figurę lwa obok
wielkiej gipsowej figury baranka. Jesteśmy przecież w miejscu zrealizowanej
utopii, gdzie kończy się upadła świecka historia. Choćby obszar tej utopii
zrealizowanej ograniczał się do terenu Baptist Camp i był oddzielony od reszty
świata solidnym wysokim ogrodzeniem, wzdłuż którego spacerują patrole dzieci
poprzebieranych za żołnierzy - w panterkach i z wojskowymi walkie-talkie. To
przeciwieństwo cywilnego bezhołowia i moralnego brudu wielkich amerykańskich
metropolii. Nawet jeśli niektóre z tych dzieci zostały przywiezione właśnie z
Chicago, żeby pooddychały świeżym powietrzem i pośród bezkresnych pól
modyfikowanej genetycznie pszenicy i kukurydzy zaczerpnęły ducha prawdziwej
wiary pierwszych apostołów.
Chrześcijańska stacja z Rockford - stolicy hrabstwa Ogle - nadaje na
częstotliwości 91,1. Częstotliwość nie jest przypadkowa, każdemu Amerykaninowi
kojarzy się z "nine eleven”, czyli z 11 września 2001. Właściciele stacji
wystąpili o nową częstotliwość zaraz po zamachach.
Jednym z najważniejszych składników jej programu są świadectwa bezpośredniej
ingerencji Boga w życie słuchaczy. Najczęściej nie opowiadane przez nich
samych, ale odczytywane przez zawodowego prezentera pełnym energii głosem
naśladującym ton relacji z meczów bejsbolowych. Najbardziej utkwiła mi w
pamięci opowieść Bobby’ego, którego przed 20 laty spotkała ogromna tragedia. W
wypadku samochodowym zginęła jego żona i dzieci, a on sam trafił do szpitala.
I tam właśnie, pod kroplówką, usłyszał głos Boga, który powiedział mu: "Bobby,
you shouldn’t be a victim, you must be a victor” (Nie możesz pozostać ofiarą,
musisz stać się zwycięzcą). Słowa "victim” i "victor”, nakaz, by z ofiary stać
się tryumfatorem, powtarzają się przez całą opowieść Bobby’ego, stylizowaną na
Księgę Hioba, choć odmienną w tonie. Kiedy Bobby uwierzył, Bóg rzeczywiście
uczynił go z ofiary zwycięzcą. Dał mu nową żonę i dwójkę nowych, bardzo
udanych dzieci. Dlatego dziś Bobbby ma do przekazania innym słuchaczom stacji
91,1: "Bóg chce, byście wszyscy z ofiar stali się zwycięzcami”. Słuchając
opowieści Bobby’ego, mam mieszane uczucia. Zniechęcony do polskiego zwyczaju
nieustannego odgrywania roli bezsilnych ofiar historii widzę wyraźną wyższość
przekazu stacji 91,1 nad np. przekazem Radia Maryja. Ale jednocześnie coś się
we mnie buntuje w konfrontacji z tak prostym użyciem Boga. Czy to aby nie jest
bluźnierstwo? Nie dalej jak przed ostatnią Wielkanocą oglądałem reportaż o
Filipińczykach uczestniczących w najbardziej krwawym, najbardziej dosłownym
naśladowaniu Pasji Chrystusa. Jeden z nich z całkowitą bezpretensjonalnością
powiedział: "Przybijam się do krzyża już od czterech lat i od tego czasu ani
ja, ani nikt z mojej rodziny nie chorujemy”. Opowieść Bobby’ego jest
przesiąknięta tą samą magiczną wiarą, która z europejskim katolicyzmem czy
protestantyzmem nie ma nic wspólnego. Chrześcijaństwo w Europie jak dotąd
jeszcze pamięta, że nasz kontakt z Bogiem nie jest aż tak bezpośredni, a Jego
ingerencje nie są aż tak proste.
WIARA JAKO IDEOLOGIA
Moje wątpliwości kończą się wraz z wysłuchaniem serwisu informacyjnego stacji
91,1. Bo słuchacze radia, oprócz opowieści o bezpośrednich ingerencjach Boga w
nasze życie codzienne, otrzymują także imponująco obszerny i kompletny pakiet
ideologiczny. Składają się na niego szczegółowe informacje o zachowaniu
poszczególnych polityków w Senacie i Kongresie, a także o decyzjach sędziów
różnych instancji w kwestiach sumienia - z jednoznacznymi wskazówkami, na kogo
głosować. Można też wysłuchać obszernych wykładów kreacjonistów walczących z
zabobonem Darwina. No i jest patriotyzm, naprawdę żarliwy, jak przystoi stacji
nawiązującej wprost do "nine eleven”. Radio z Rockford nadaje bezpłatnie
reklamy amerykańskiej armii zachęcające młodych Amerykanów do zaciągu. Ważnym
elementem programu jest także modlitewna adopcja żołnierzy służących w Iraku.
Słuchacz podaje nazwisko i stopień krewnego albo przyjaciela i może być
pewien, że tysiące ludzi będzie się modliło za jego życie i zdrowie.
c.d.n.