tapatik
25.02.07, 16:56
A mówiła mi mama - weź sobie żonę, to Ci będzie obiady gotować, ale ja
oczywiście się nie posłuchałem i nadal jestem sam. Co gorsza wyniosłem się w
diabły na swoje. I uczę się gotować. Bo, niestety, jeść coś trzeba.
Tydzień temu kumpela poczęstowała mnie resztkami bigosu i dodała, że to się
łatwo gotuje. No jak się umie, to rzeczywiście wszystko jest łatwe. Nawet
jajecznica.
Nic to. Wpuściłem w googla "bigos", zaczekałem, poklikałem i jest. Mam kilka
przepisów na bigos. Akurat nadszedł wolny weekend. Kupiłem kapusty, jakąś
kiełbasę i boczek. Z boczkiem miałem problem, bo kobita w sklepie zaczęła
wnikać jaki ma być. A skąd ja mam wiedzieć jaki? Boczek to boczek. Niech
będzie wędzony, ale skąd mam wiedzieć, czy ma być podwędzany, czy nie? Daj
trzy plasterki i nie zadawaj więcej takich pytań.
W chałupie wziąłem jeszcze ksiażkę kucharską - prezent od kumpla - i
oczywiście znalazłem tam przespis na bigos, oczywiście inny niż ten znaleziony
w sieci. Nic to - będziemy improwizować. W najgorszym razie wyżerka pojedzie
do psa.
Podziabałem całe to mięso przytaszczone ze sklepu na kawałki, wrzuciłem na
patelnice i wziąłem się papryczkę (dobra, bo z wyprzedaży) i cebulkę.
Przerobiłem toto na kostki. W międzyczasie mięso na patelni podsmażało się.
Chyba szło to dośc dobrze, po w któryms momencie małe skwarki zaczęły latać po
kuchni. Profilaktycznie przykryłem ptelnię przykrywką i zajrzałem do książki.
No dobra, powiedzmy, że część mięsna jest przygotowana. Można to mieszać z resztą.
Wwaliłem zawartość patelni do garnka, dowaliłem paprykę i cebulę, a na koniec
powrzucałem kiszoną kapustę. Zabełtałem, ustawiłem na mały ogień i dokończyłem
czytać przepis. Sól i pieprz, to się znajdzie, ale reszty nie było.
Potrzebowałem jeszcze listka (figowego???? nie pamiętam już), kminka, rosołu
(skąd ja ci teraz rosół wezmę), przecieru pomidorowego (a ketchup nie nada
się?) i śmietany (kurka, mleko się kończyło). No dobra, czas na spacer.
Pomaszerowałem do pobliskiego hipermarketu. Mięsa nie warto w nim kupować, ale
przypraw chyba nie odświeżają chemikaliami. Znalazłem wszystko, zamiast rosołu
kupiłem kostki z Winiar. Na wszelki wypdaek (gdyby mi nie wyszło) dorzuciłem
czekoladę. Zataszczyłem do chałupy. Już na schodach czuć było, że ktoś gotuje
obiad. Im bliżej byłem swoich drzwi tym gortsze miałem przeczucia. Jak tylko
władowałem się do środka, to nie rozbierając się pognałem do garnka. O, żyje.
Zamieszałem - o KURRRRRRRRRRRRR......... - wiedziałem, że się przypali. Mięso
przywarło do dna. Ale to nic. Podobno bigos, który się przypala jest
smaczniejszy. Szorując łyżką o garnek doprowadziłem jego zawartość do w miarę
jednakiego koloru.
Rozbełtałem kostkę z wodą, wywaliłem jeden przecier, dodałem przyprawy (po
kiego grzyba kupiłem tymianek?), znowu wymieszałem i spojrzałem na zegarek -
no dobra, 40 minut oto akurat skończymy o 20-tej. Czas na obiad. Ogrzałem
sobie zupkę z torebki, sprzątnąłem ten bajzel w kuchni (nie szkodzi- zaraz
znowu będzie) i tak doczekałem 20-tej.
Ze względu na porę garnek pomaszerował na balkon.
Degustacja nastąpiła następnego dnia (czyli dziś).
Straty wywołane przypaleniem były - co prawda - większe od przewidywanych,
wynosiły jednak mniej niż 50 % zawartości.
Bigos zżarłem sam. Jak do wieczora nic mi się nie stanie - spróbuję
poczęstować nim psa......