tawnyroberts
16.07.09, 21:08
W roczniku "Połoniny" z 2004 r., wydawanym przez Studenckie Koło
Przewodników Beskidzkich, natrafiłem na bardzo ciekawy tekst
Stanisława Krycińskiego "Pańszczyzna pochowana". Autor pisze w nim o
obrzędach związanych z grzebaniem pańszczyzny w 1848 r., zachowanych
pomnikach, kapliczkach i krzyżach upamiętniających to wydarzenie
oraz o kulisach chłopskich rozruchów z 1932 r. (czyli
tzw. "powstania leskiego") i ich związku z pańszczyźnianymi
zabobonami. Szczególnie zaskakujący jest ten ostatni wątek,
zwłaszcza w kontekście mnogości pomników w mojej okolicy,
wybudowanych na chwałę "dzielnym" chłopom walczącym z "pańskim
uciskiem".
"Pańszczyzna pochowana"
W następstwie tragicznych wydarzeń roku 1846, dwa lata później
została zniesiona w Galicji pańszczyzna. Uradowani włościanie by
przypieczętować decyzję cesarza urządzali w swoich rodzinnych wsiach
pogrzeby pańszczyzny. Nie wiem jaką część Galicji objęła ta akcja,
czy była całkowicie spontaniczna, czy też w jakiś sposób sterowana
przez księży zarówno greko- jak i rzymokatolickich. Za tym że akcja
była inspirowana przez duchownych przemawiają dwa fakty. Po pierwsze
księża brali w niej udział, a trudno sobie wyobrazić, by czynili to
bez akceptacji swoich zwierzchników. Po drugie za odgórnym pomysłem
akcji przemawia również fakt, że była ona powszechna, a trudno się
spodziewać by, przy ówczesnych możliwościach komunikacyjnych, jakaś
spontaniczna akcja zorganizowana przez mieszkańców jednej wsi
została powtórzona w dużej części Galicji, jeśli nie w całej.
O pogrzebach pańszczyzny dowiedziałem się podczas prowadzenia
inwentaryzacji krajoznawczej w czasie obozów „Nadsanie" w latach
1980-86. Objęty one teren Pogórza Przemyskiego i Bieszczadów. Wtedy
to okazało się, że niektóre krzyże czy kapliczki powstały właśnie w
1848 r. w miejscach gdzie pańszczyzna została pochowana. Z krzyżami
pańszczyźnianymi zetknąłem się również nieco później na Roztoczu
podczas turystycznych wędrówek. Z opowieści, które zasłyszeliśmy
wyłaniała się różnorodność sposobów pozbycia się pańszczyzny raz na
zawsze. Za jej uosobienie uważano księgi powinności wobec dworu, w
których zapisane były ilości i rodzaje prac jakie każdy mieszkaniec
wsi miał wykonać na rzecz miejscowego majątku ziemskiego. Dlatego
też sporządzano trumienkę, która mogła pomieścić te księgi i
urządzano pogrzeb. Kondukt wyruszał zwykle spod świątyni. Często za
miejsce pochówku wybierano najbliższe sąsiedztwo zagrody
zamieszkiwanej przez rodzinę, która miała odrabiać pańszczyznę w
dniu jej zniesienia. Czasami kondukt docierał na skraj zabudowy wsi
i tam zakopywano trumienkę. Innym miejscem były rozstajne drogi w
granicach wsi. Zdarzało się, że wyruszały dwa kondukty z dwóch
końców wsi i gdzie się spotkały, tam zakopywano pańszczyznę. W
niektórych wsiach kondukt udawał się na cmentarz, a na grobie
pochowanej pańszczyzny stawiano nagrobek ze stosownym napisem.
Czasami prócz ksiąg powinności zakopywano również jakiś sporządzony
z tej okazji dokument (w butelce żeby się zachował dla potomnych)
lub jakieś atrybuty związane z pańszczyzną. W miejscu pochówku
pańszczyzny stawiano krzyż lub kapliczkę i często sadzono drzewo. W
świadomości mieszkańców wsi odkopanie tych przedmiotów związanych z
pańszczyzną równoznaczne było jej przywróceniu. Dlatego też okładano
klątwa każdego, kto poważyłby się odkopać pańszczyznę. Swoją drogą
zadziwia udział księży w tych na poły pogańskich praktykach, jakim
był pogrzeb przedmiotów. A do tego jeszcze ta klątwa. Myślę, że jest
to niezłe pole do popisu dla badaczy wiejskich obyczajów w Galicji w
połowie XIX w.
Część krzyży i kapliczek ustawionych na grobie pańszczyzny miała
stosowne napisy, ale część nie. Natomiast nie ma wątpliwości, że
miejsca te wryły się na trwałe w pamięć kolejnych pokoleń
mieszkańców galicyjskich wsi. Równie powszechne było przekonanie, że
odkopanie atrybutów pańszczyzny będzie równoznaczne z jej
przywróceniem. Gdy w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku
odwiedzaliśmy bieszczadzkie i pogórzańskie wsie to miejsca te były
doskonale pamiętane przez ówczesnych mieszkańców wsi. Widać było
troskę jaką otaczane są te miejsca i stojące tam krzyże. W Hoczwi
lśnił nowością kolejny drewniany krzyż ustawiony na grobie
pańszczyzny i choć nie miał żadnej tabliczki to wszyscy o nim
wiedzieli. W Bykowcach zadbany krzyż metalowy z okresu
międzywojennego zdobi stosowna metalowa tabliczka odlana na pewno w
XX w. W Polanie dawni mieszkańcy bez wahania wskazywali starą lipę
rosnąca na grobie pańszczyzny, choć drewniany krzyż już nie istniał.
To przekonanie o możliwości przywrócenia pańszczyzny poprzez jej
odkopanie zaowocowało w dramatyczny sposób latem 1932 r. Otóż w
Bóbrce (koło Soliny) rozpoczęto prace przy utwardzaniu i poszerzaniu
drogi. Mieli w nich nieodpłatnie uczestniczyć również mieszkańcy
wsi. Choć zobowiązano ich do wykonania pracy, z której efektów sami
mieli potem korzystać, to nie byli zadowoleni. Pamiętali opowiadania
dziadków o pańszczyźnie, którą wykonywało się też za darmo. W
trakcie prac okazało się, że poszerzeniu drogi przeszkadza murowana
kapliczka ustawiona w 1848 r. na grobie pańszczyzny. Gdy robotnicy
przymierzali się do jej rozbiórki wśród ludu gruchnęła straszliwa
wieść: „panowie chcą odkopać pańszczyznę!". W krótkim czasie chłopi
z Bóbrki i okolicznych wsi, uzbrojeni w kosy, widły i siekiery
ruszyli bronić swych praw. Rozpędzili robotników drogowych i kilka
niewielkich grup policjantów, które przybyły zaprowadzić porządek
Rozruchy zakończyła kompania ze szkoły podchorążych w Sanoku, która
po przybyciu do Bóbrki oddała dwie salwy w powietrze nad głowami
zgromadzonych obrońców chłopskich praw. Chłopi rozpierzchli się nie
mając ochoty na konfrontacje kos z karabinami. Nikt nie zginął, było
tylko kilku czy kilkunastu pobitych.
Wydarzenia w Bóbrce odbiły się jednak echem w innych wsiach
bieszczadzkich i to niekiedy z tragiczniejszym skutkiem. Plotka, że
panowie chcą przywrócić pańszczyznę rozeszła się błyskawicznie.
Chłopi zbierali się w miejscach gdzie była zakopana pańszczyzna, by
nie dopuścić do jej odkopania gdyż w ich mniemaniu w ten sposób
mogła być przywrócona. Lokalne władze widząc gromadzących się i
uzbrojonych chłopów czuły się zagrożone, więc wysyłały do ich
rozpędzenia policję. Widok nadciągającej policji utwierdzał chłopów
w przekonaniu o niecnych zamiarach władz, tym bardziej ich opór
twardniał. Ta spirala nieporozumień prowadziła do tragicznych w
skutkach konfrontacji. W Smereku policja próbując rozpędzić
zgromadzenie użyła broni. W efekcie jeden z obrońców kaplicy został
śmiertelnie postrzelony. W Wetlinie mieszkańcy wsi uzbrojeni w
motyki i siekiery gromadzili się przy krzyżu, by nie dopuścić do
planowanej jakoby jego likwidacji. Gdy do Wetliny zbliżała się
policja, wtedy z Berehów Górnych nadciągnęło wsparcie – 42 mężczyzn
z widłami i kosami na sztorc. Doszło do starcia z policją, które na
szczęście nie spowodowało ofiar śmiertelnych. Te incydenty musiały
rozegrać się w wielu wsiach bowiem nauczyciel ze Smereka w
sprawozdaniu do swych władz w Sanoku tak pisał cztery lata
później: „Specjalnym kultem i pamięcią są otaczane krzyże wolności,
postawione na pamiątkę zniesienia pańszczyzny w 1848 r. Niedawne są
czasy niepokojów i rozruchów włościańskich w roku 1932, które
rozegrały się tak tragicznie pod krzyżami wolności w prawie każdej
tu wsi."