zorka7
08.11.04, 09:17
Przeszył mnie dreszcz, gdy przeczytałam w dzisiejszej Gazecie Wyborczej słowa
księdza...
Już sam tytuł ("Anioł na lewym ramieniu") sprawił, że ręce mi zadrżały.
Dzień po śmierci Martynki musieliśmy załatwiać z mężem mnóstwo urzędowych
spraw. ...Było nawet chwilami zabawnie - pamiętam cukierki dla petetnów w
Universum, które pakowaliśmy garściami do kieszeni śmiejąc się że są zatrute,
pamętam fioletowo-złote urny wyglądające jak z teledysków dico polo.
Chwytaliśmy sie wszystkiego, by nie zwariować z rozpaczy. Ratowało nas
podobne poczucie humoru.
Gdy sprawy związane z pogrzebem zostały "załatwione", wolniejszym krokiem
przeszliśmy przez poznański Stary Rynek. Na środku rynku jest miejsce, w
którym prezentowane są rozmaite wystawy. Spojrzeliśmy z mężem na tytuł.
Dziwny dość - brak autora, nie wiadomo o co chodzi.
My wiedzieliśmy - wielkie, dobre litery mówiły prosto do nas:
"KOCHAM CIEBIE Z DALEKA".
Biała, wielka tablica, czarne litery.
Nie mieliśmy wątpliwości od kogo "dostaliśmy" te słowa. (na drugi dzień mąż
wybrał się z aparatem - plakatu już nie było.)
Gdy spojrzeliśmy, mąż uśmiechnął się do mnie i szeptem zapytał: "Ty też to
czujesz? To ciepło na lewym ramieniu?"...
...Proszę księdza - oboje czuliśmy Anioła, nasza Martynka była z nami cały
ten trudny czas! To jeden z piękniejszych darów od Boga - czuć swoje dziecko,
które "kocha z daleka", które przysiadło na ramieniu jak maleńka sówka...
Bardzo się wzruszyłam, gdy przeczytałam słowa księdza o naszych Aniołach
siedzących na lewym ramieniu (...bo prawe zarezerwowane dla Anioła Stróża).
Zrozumiałam, że... nam się "nie wydawało", że również w tym nie jesteśmy sami.
:)