kevalt
13.08.08, 21:02
Cześć,
Obejrzalam dziś film o kobietach, które straciły dzieci i wreszcie
jakiś impuls popchnął mnie do napisania, zapytania jak moge zacząć
pomagać innym...
W 2006 roku dowiedzialam się, że jestem w ciąży, co po 2
poronieniach, w 6 i 9 tygodniu oraz uporze lekarzy, że ciąża w moim
przypadku nie jest możliwa, bylo po prostu cudem... I cud ten trwal
i trwal... W 22 tygodniu, na połówkowym badaniu wszystko bylo w
porządku. 5 dni później leżalam na porodówce z kobietami rodzącymi
dzieci, słuchając bić serca ich dzieci, roniąc mojego synka...
Na początku poród zatrzymano, ale potem okazało się, że mam duże
zakarzenie krwi i poród trzeba bylo wywołac na nowo... Z usg
wynikalo, że nawet jeśli mój synek będzie żywy, to "takich" dzieci
sie nie ratuje... ratują wcześniaki od 600 gram a Jerzyk w usg
ważył 540...
Po 16 godzinach urodził 600 gramowy Jerzyk.. 1 punkt... natychmiast
wylądował w inkubatorze. Ja po wyjściu z narkozy (łożyska już
nie "urodziłam" zostało usuniete) zostalam w sali sama, bez wiedzy o
czymkolwiek.... Dopiero jak sama wstałam z łóżka i zaczęłam
zakradac sie na OIOM (piętro wyżej, po schodach...) zrozumiano, że
nic mnie nie powstrzyma i muszą pokazać mi Jerzyka...
Mój synek walczył o życie 10 długich i wspanialych dni.. Zaskoczyl
wszystkich, z całej warszawy przyjeżdżali neonatolodzy zajrzć do
badań i z niedowierzaniem patrzyli jak mały walczy... W końcu
jednak zrozumieliśmy, że on po prostu daał nam czas, żeby sie z nim
porzegnać. Dopiero kiedy oboje poprosiliśmy go, zeby zajął sie sobą
i swoim cierpieniem a nie toczyl walki dla nas miał pierwszy dzień,
kiedy widać było, że nie cierpi, jest spokojny... następnego dnia
zmarl...
Pierwszy raz trzymałam mojego synka, gdy już nie żył...
Pies z kulawą nogą nie zainteresowal sie mną. Właściwie, wszyscy w
szpitalu tak jakby z ulgą pozbyli się mnie...
Gdyby nie moj mąż, jego milość i wsparcie...
Gdyby nie te 10 dni, podczas których zrozumiałam, jakie szczęście
mnie spotkało, że 1. zaszłam w ciążę, 2. urodzilam dziecko, 3.
miałam okazje przywitać się i pożegnać z moim wspanialym synkiem...
Kiedy ja rodzilam, w sali obok lekarze "obsługiwali" w sumie 8
poronień... 8 kobiet, które nie miały takiego szczęścia jak ja...
Po pogrzebie zaczęła we mnie kielkowac potrzeba zrobienia "czegoś".
Chęc zaangażowania się w pomoc innym... ale przez pół roku
walczylam, aby dowiedzieć sie co sie stało, dlaczego tak sie
stało... a potem kolejny rok walki o kolejną ciążę...
Udało się. jestem w ciąży, zagrożonej ale jestem.
Obejrzałam film o kobietach, które straciły dzieci... Teraz mam i
siłę i czas, żeby zacząć pomagać innym... Ale jak.
I czy w ogole mogę pomóc innym?