aqua1980
29.10.14, 21:42
Mam taką sytuację.
Studenci english division, z którymi prowadzę od początku października seminaria, zaczęli się żalić asystentowi, z którym mają ćwiczenia, że na moich zajęciach jest nudno, bo nie wciągam ich w dyskusję, po czym zaczęli go prosić, żeby to on miał z nimi seminaria. On na to, że to raczej niemożliwe, a oni mu na to, że w takim razie pójdą z tym do profesora...
To jest akurat coś, czego chciałabym uniknąć; będzie gadanie, będą jakieś niekończące się wizytacje na zajęciach, będą złośliwe, krytyczne uwagi, a koniec końców pewnie zostanę od tego odsunięta, a kto wie, może i od innych zajęć z ED, bo u nas generalnie słowo studenta, jest święte.
Afery raczej wolę gasić w zarodku. Wobec czego wstępnie się zdecydowałam, że oddam te seminaria temu koledze, który ma z nimi ćwiczenia. I tak wszyscy robimy to w nadgodzinach, szczególnie od tego nie zbiednieję, a on akurat chętnie je weźmie.
Ale w sumie, to nie wiem czy tj. dobre wyjście. Bo jakoś hm, kretyńsko się z tym czuję. Jest mi przykro. Nie cierpię być krytykowana. Jak każdy, zresztą. No ale co, na jakiś byle zarzut wszystko tak bez wyjaśnienia, walkowerem, oddać, jakby sprawy nigdy nie było, hm. No, ale to co, mam z nimi rozmawiać, co im się nie podoba konkretnie i co mam zmienić? Ależ dżizas, co to za czasy, że student ma decydować o tym jak ja prowadzę zajęcia.
Co myślicie? Miał ktoś z Was taką sytuację?