Dodaj do ulubionych

Droga do habilitacji;)

11.01.06, 00:05
Tamat może trochę przyszłościowy i nie związany z bezpośrednią tematyką tego
forum, ale pewnie każdego z nas będzie dotyczył;)
Czy uważacie, że habilitacja jest reliktem przeszłości? Czy ma sens, czy
staje się w naszych czasach "sztuką dla sztuki", a właściwie - "celem"
ekonomicznym, a nie stricte naukowym?
Osobiście zastanawiam się nad sensem ewentualnej habilitacji. Z jednej strony
stopnie po to są, żeby je zdobywać i przeć do przodu osiągając coraz wyższe
stadia rozwoju w uczelnianej hierarchii;), z drugiej zaś strony - układy i
układziki;))) i nie wiem, czy chcę mieć z nimi do czynienia;).
Obserwuj wątek
    • lepionka Re: Droga do habilitacji;) 11.01.06, 11:42
      Zdaje się, że jakoś teraz zaczynają się prace nad nowelizacją, czy zmianą ustawy
      o tytułach i stopniach... Poczekałabym aż się skończą :)
      I zdaje się, że właśnie dlatego, że to osobna ustawa tamat nie był ruszony w
      ustawie o szkolnictwie wyższym, czy jak tam ona się nazywa.
      Nie jestem prawnikiem, ale podobno w nowej ustawie wszystkie zapisy są takie, że
      można habilitację zlikwidować odpowiednią ku temu ustawą i wszystko będzie
      działało.
      Ale szczerze, to raczej na zasadzie obiło mi się o uszy, bo to dla mnie za
      daleka perspektywa :D Więc mijać z prawdą też się mogę.
      • madaminka Re: Droga do habilitacji;) 11.01.06, 13:28
        Moze jestem zielona ale moze mi ktos powiedziec czy habilitacja to jest tylko
        wymysl polski? czy w USA , Europie zachodniej i w ogole wszedzie jest cos
        takiego? A jesli nie tyn ze po doktoracie od razu wskakuje sie na profesora?
        Czy polska habilitacja to jest podsumowanie dorobku naukowego na przestrzeni
        lat czy ma wnoscic cos zupelnie nowego?
          • madaminka Re: Droga do habilitacji;) 11.01.06, 14:20
            to w taki ukladzie ta cala polska nauka przedstawia sie bardzo smutnie....w
            zasadzie wyglada jak bezwartosciowy grajdolek w ktorym walka o stolki,
            wzajemne wygryzanie sie i "plecy" zajmuja miejsce meritum czyli rzetelnej przcy
            naukowej.....i dlatego wlasnie wyglada to u nas jak wyglada......zal mowic.....
            czy w takim ukladzie jest sens sie w to bawic w polsce? przeciez cala sprawa,
            caly ten uklad akademicki nie ma nic wspolnego z nauka.........niestety. Warto
            tracic na to swoje sily w tym kraju?????????????warto bablac sie w tym
            bajorku?????
          • klee Professor vs. profesor 11.01.06, 16:32
            node napisał:

            > Nikt nie obrazi sie tam jak zatytulujesz profesora
            > doktorem, a wrecz jest to wskazane, bo tytulowanie profesorem jest uznane za
            > brak wyczucia.

            To interesujące. Dlaczego jest to wskazane? Jeśli komuś przysługuje tytuł
            profesora, nawet jeśli wynika on z zajmowania określonej pozycji zawodowej, a
            nie otrzymania stosownego tytułu naukowego, to dlaczego lepiej mówić do niego
            per "doctor"? To nawet pachnie pewną sprzecznością. No bo jeśli w systemie
            amerykańskim "professor" jest tytułem przede wszystkim zwyczajowym, a zwyczaj
            nakazuje go nie używać, to powinien zupełnie zniknąć.

            Nie wiem, nie wiem, ciekawe to jest. Nigdy niczego na ten temat nie czytałem.
            Za to znawcy przedmiotu twierdzą, że np. zwrot "Professor Brown" implikuje
            większy dystans od samego "Professor", a po polsku raczej w ogóle nie powie
            się "profesorze Kowalski".
            • node Re: Professor vs. profesor 13.01.06, 14:50
              klee napisał:

              > To interesujące. Dlaczego jest to wskazane? Jeśli komuś przysługuje tytuł
              > profesora, nawet jeśli wynika on z zajmowania określonej pozycji zawodowej, a
              > nie otrzymania stosownego tytułu naukowego, to dlaczego lepiej mówić do niego
              > per "doctor"?

              Bo rzeczywistym osiagnieciem jest Ph.D. a nie posada na uczelni, i skonczenie
              studiow doktoranckich ma duuuzo wieksze znaczenie niz praca na uczelni. Nota
              bene, mozna byc profesorem bez Ph.D.

              > To nawet pachnie pewną sprzecznością. No bo jeśli w systemie
              > amerykańskim "professor" jest tytułem przede wszystkim zwyczajowym, a zwyczaj
              > nakazuje go nie używać, to powinien zupełnie zniknąć.

              Nie zwyczajawym, tylko posada na uczelni. Tak jak np. dziekan.

              > Nie wiem, nie wiem, ciekawe to jest. Nigdy niczego na ten temat nie czytałem.

              Ja czytalem rozne rzeczy, czasami takie banialuki ze dech zaperalo. Gdzies
              uslyszalem nawet ze Amerykane nie uzywaja czasow perfect... Najlepiej samemu
              przekonac sie na wlasne uszy.

              > Za to znawcy przedmiotu twierdzą, że np. zwrot "Professor Brown" implikuje
              > większy dystans od samego "Professor", a po polsku raczej w ogóle nie powie
              > się "profesorze Kowalski".

              Rzeczywiscie implikuje, ale problem w tym ze jest za razem troszeczke
              falszywy... bo poslugiwanie sie takim zwrotem sugeruje lekko przesadzona
              grzecznosc. Dr Brown przekazuje ten sam szacunek, a jest lzejsze wagowo.
              • klee Hypergrzeczność 24.01.06, 04:29
                node napisał:

                Fajnie, że odpowiedziałeś, ucieszyło mnie to. :-) (Chociaż to, co obecnie mi
                piszesz, mniej mnie już cieszy, bo i mniej rozmowę przpomina. :-/)

                > Bo rzeczywistym osiagnieciem jest Ph.D. a nie posada na uczelni, i skonczenie
                > studiow doktoranckich ma duuuzo wieksze znaczenie niz praca na uczelni. Nota
                > bene, mozna byc profesorem bez Ph.D.

                No to teraz już zupełnie zamieszałeś, zamiast wyjaśnić. A myślałem, że tylko
                humaniści to potrafią. ;-)

                Chyba jednak gdyby prawdziwym osiągnięciem był doktorat, to ludzie
                poprzestawaliby na nim i nie starali się o posady na uczelni. Doktorat nie może
                mieć większego znaczenia od pracy na uczelni też dlatego, że jest koniecznym
                warunkiem otrzymania tejże pracy, pomijam nieliczne wyjątki, o których
                napomykasz w ostatnim zdaniu. Zresztą fakt, że można być profesorem bez
                doktoratu potwierdza właśnie jego mniejsze znaczenie.

                > Nie zwyczajawym, tylko posada na uczelni. Tak jak np. dziekan.

                No tak, ale jeśli zwracamy się kogoś w sposób odpowiadający temu, jaką posadę
                ten ktoś zajmuje, to to jest zwrot zwyczajowy właśnie, dokładnie tak samo
                jak "panie dziekanie", może mu powiedzieć "proszę pana", jeśli wolisz. Co
                innego posada, a co innego tytuł. I czy to trzeba się odwoływać aż do przykładu
                z dziekanem? Mnie się zdaje, że to tak samo jak z polskim profesorem. Przecież
                w Polsce ludzie też są zatrudniania na stanowisku profesora, też mają posadę
                profesra. A że poza tym otrzymują również oficjalny tytuł profesorki, to inna
                sprawa, zresztą otrzymują go potem.

                > Ja czytalem rozne rzeczy, czasami takie banialuki ze dech zaperalo. Gdzies
                > uslyszalem nawet ze Amerykane nie uzywaja czasow perfect... Najlepiej samemu
                > przekonac sie na wlasne uszy.

                Ale chyba nie chcesz przez to powiedzieć, że sam banialuki pleciesz? ;-) Bo ja
                się odnosiłem do tego, co Ty napisałeś. Informowałem, że o tym nigdy niczego
                nie czytałem. A czytać warto tylko mądre rzeczy, to jasne. A o tym czasie to w
                podręcznikach piszą w ten sposób? W podręcznikach to w ogóle różne dziwne
                rzeczy piszą. Np. w książkach do nauki niemieckiego każą mówić "warum?", gdy
                chce się zapytać "dlaczego?", a kiedy wyjechać do Niemiec, to się okazuje, że
                jedynymi osobami, które używają tego słowa są obcokrajowcy. ;-)

                > Rzeczywiscie implikuje, ale problem w tym ze jest za razem troszeczke
                > falszywy... bo poslugiwanie sie takim zwrotem sugeruje lekko przesadzona
                > grzecznosc. Dr Brown przekazuje ten sam szacunek, a jest lzejsze wagowo.

                Cóż, szacunek jest pewnie ten sam, ale poza nim "professor" może komunikować
                coś jeszcze lub coś innego niż "doctor". No i jednak nie mogę się zgodzić z
                tym, co tu piszesz. Być może tytułowanie per "professor" jest w odwrocie,
                podobnie jak w Polsce tytułowanie w ogóle i dlatego w niektórych sytuacjach lub
                niektórym osobom może się wydawać nazbyt grzeczne. Są jednak takie osoby, do
                których nie wypada zwrócić się inaczej niż "professor", to wiem. Nie wiem
                tylko, do czego to zależy, być może to tylko kwestia wieku, i taka jest
                możliwość. No ale od Ciebie się chyba tego nie dowiem, bo Ty tego zjawiska nie
                widzisz.

                A może zwracanie sie do młodych profesorów per "professor" jest tak samo nie na
                czasie jak zwracanie się do polskiego doktora habilitowanego per "profesorze"?
                Może tu należałoby szukać analogii...

                A wiesz, jest w Krakowei pani, która się hypergrzecznością zajmuje. Słyszałem
                jeden jej referat, bardzo przyzwoicie zrobiona rzecz, dobrze uargumentowane
                sądy, przekonujące egzemplifikacje. No ale oczywiście "starszym" się nie
                podobabło. Jednak jedyne, co potrafili stwierdzić, to niemertytoryczne zupełnie
                stwerdzenia typu: "Pani musi być bardzo młoda, skoro powiedziała pani, co
                powiedziała.", czym tylko potweirdzili trafność jej obserwacji (skoro przyznali
                tymi słowami, że nie potrafią powiedzieć niczego, co by obalało jej tezy lub
                przynajmniej podawało je w wątpliwość). ;-)
    • suffo Re: Droga do habilitacji;) 11.01.06, 12:58
      Dla mnie habilitacja nie wiąże się z ekonomią, bo przeskok z doktora na doktora
      hab. finansowo nie jest wielki (może jedynie wtedy, gdy ze stopniem doktora
      bierze się najniższą stawkę). Dla mnie habilitacja jest tylko i wyłącznie
      pomysłem na naukę, sposobem mobilizacji do pracy nad rozwiązaniem nowego
      problemu, nad zgłębieniem nowych zagadnień. Uważam, że przy obecnych kryteriach
      przyznawania doktoratów habilitacja jest potrzebna, ale należałoby coś w tym
      temacie zmienić ;-) Tzn. z tego co słyszę i co dzieje się w moim otoczeniu, żeby
      uzyskać habilitację trzeba się podobać (czyt. siedzieć w układzie ;-). Poza tym
      chyba dość niejasno sformułowane są kryteria i recenzenci oceniają według
      swojego temperamentu (jeden lubi twardą oprawę, inny ilość, jeszcze inny
      Filadelfię ;-)))).
      Pomysł na likwidację habilitacji wypłynął lata, lata temu i póki co nic się nie
      zmieniło, tzn. zmieniło się - coraz więcej ludzi robi doktorat, a co się z tym
      wiąże, to wiedzą najlepiej pseudo ;-)))
      • dunia77 Re: Droga do habilitacji;) 11.01.06, 20:43
        Niespecjalnie (bylam ostatnio swiadkiem dwoch konkursow profesorskich).
        Publikacje + doswiadczenie w innych dobrych osrodkach + doswiadczenie w
        zdobywaniu grantow + ciekawy pomysl na dalsze badania to przepis na dobry tenure
        track czy profesure.
        Pracy doktorskiej nikt nie czyta, na postdoca chca co najwyzej streszczenie, na
        tenure co najwyzej temat i date obrony ;-)
      • harry1973 Re: u USA nie ma, w Europie jest 11.01.06, 14:17
        W ogóle w krajach anglosaskich występuje zupełnie inny system.
        Ale problem polega, jak napisałem w czymś innym: w Polsce mamy coraz więcej
        doktoratów, coraz mniej miejsc na uczelniach i w nauce. Jak jest
        na "Zachodzie"? Dlaczego pytam - pojawia się coraz więcej osób, które chciałyby
        realizowac się w nauce, bo to 1) lubią, 2) chcą, 3) mają powołanie;). Ale z
        drugiej strony - ściana. Już teraz widzę, że tak naprawdę człowiek z doktoratem
        na uczelni nic nie może. O ile w ogóle znajdzie sobie miejsce na jakiejkolwiek
        uczelni...
        A jak wygląda habilitacja z wolnej stopy?;) Czy ktoś słyszał o takim
        przypadku?;))
        • suffo Re: u USA nie ma, w Europie jest 11.01.06, 14:24
          > Dlaczego pytam - pojawia się coraz więcej osób, które chciałyby
          >
          > realizowac się w nauce, bo to 1) lubią, 2) chcą, 3) mają powołanie;). Ale z
          > drugiej strony - ściana. Już teraz widzę, że tak naprawdę człowiek z doktoratem
          >
          > na uczelni nic nie może. O ile w ogóle znajdzie sobie miejsce na jakiejkolwiek
          > uczelni...

          Zawsze można być docentem PAN ;-))))
        • dunia77 Re: u USA nie ma, w Europie jest 11.01.06, 17:03
          > Ale problem polega, jak napisałem w czymś innym: w Polsce mamy coraz więcej
          > doktoratów, coraz mniej miejsc na uczelniach i w nauce. Jak jest
          > na "Zachodzie"?

          Tak samo. Ale wiele osob robi doktorat, zeby po prostu podniesc swoje
          kwalifikacje, a np. przemysl (w przeciwienstwie do tego, co jest w Polsce)
          zatrudnia doktorow.
      • tocqueville poprawka 11.01.06, 14:18
        po pewnym wczytaniu się muszę skorygować moją wypowiedź - kraje zach. Europy
        stopniowo odchodzą od habilitacji, mimo, iż kiedyś była rozpowszechiona
    • pseudo-dr Re: Droga do habilitacji;) 13.01.06, 20:40
      harry1973 napisał:
      > Tamat może trochę przyszłościowy i nie związany z bezpośrednią tematyką tego
      > forum, ale pewnie każdego z nas będzie dotyczył;)
      > Czy uważacie, że habilitacja jest reliktem przeszłości? Czy ma sens, czy
      > staje się w naszych czasach "sztuką dla sztuki"

      Tak na dobrą sprawę, to już samo doktoryzowanie się stanowi "sztukę dla
      sztuki", zwłaszcza w naszym kraju.
      • uscha Re: Droga do habilitacji;) 13.01.06, 20:54
        Nie powiedzialabym, ze na zachodzie odchodzi sie od habilitacji... Coraz
        czesciej ma ona forme nie pojedynczej pracy pisemnej, ale sklada sie ze zbioru
        dorobku publikacji. W Niemczech np. nadal sa popularne tzw.
        Habilitationsschriften, ale maja one na celu udostepnienie pretendentom
        mozliwosci nauczania na wyzszych uczelniach.
    • wiola87 obowiązki adiunkta 14.01.06, 18:44
      Prosze napiszcie jakie obowiązki ma adiunkt? Czym to się rózni od asystenta?
      Wiem ze adiunktem moze byc doktorant i na tym stanowisku musi zrobic
      habilitacje w ciągu 8 lat.A co poza tym? Wiecie? Dziękuję
      • mrjulek Re: obowiązki adiunkta 14.01.06, 19:00
        wiola87 napisała:

        > Prosze napiszcie jakie obowiązki ma adiunkt? Czym to się rózni od asystenta?
        > Wiem ze adiunktem moze byc doktorant i na tym stanowisku musi zrobic
        > habilitacje w ciągu 8 lat.A co poza tym? Wiecie? Dziękuję

        CHYBA DOKTOR MOZE ZOSTAC ADIUNKTEM??? A NIE DOKTORANT. JA ZNAM ADIUNKTOW
        DOKTOROW I DOKTOROW (re)HABILITOWANYCH:)))
        • wiola87 Re: obowiązki adiunkta 14.01.06, 22:22
          Tak adiunktem moze zostać doktor nie doktorant. Dzieki za poprawke, ale i tak
          to nie wyczerpuje mojego pytania co należy do ich obowiązków moze wiesz skoro
          znasz paru? Dziękuję pozdrawiam
      • suffo Re: obowiązki adiunkta 14.01.06, 22:49
        Droga Wiolu, "dodatkowe" obowiązki adiunkta w stosunku do asystenta:
        - prowadzi wykłady (asystent też może, ale to raczej wyjątki);
        - recenzuje prace magisterskie;
        - prowadzi prace magisterskie (jest promotorem znaczy się ;-, bo asystenci
        często prowadzą prace magisterskie jako konsultanci);
        - powinien zrobic habilitację w ciągu x lat (w zależności od uczelni), jednak
        zapis w umowie o pracę jest mniej więcej taki (podobnie zreszta jak dla
        asystenta), że na stanowisku adiunkta ze stopniem doktora można pracować x lat.
        Oznacza to, że po x latach, jeżeli nie zrobisz habilitacji, musisz przejść na
        stanowisko np. wykładowcy (pracownik dydaktyczny). Chyba tak, choć mogę cos
        mieszać.
        - dodatkowo większa szansa, że będą cie angażować do różnych komisji

        Na razie tyle mnie się nasuwa ;-))))
        • wiola87 Re: obowiązki adiunkta 15.01.06, 00:33
          U nas na uczelni (UJ) asystenci tez prowadza zajecia, recenzują lub prowadzą
          prace mgr(u nas maja 8 lat na hab). To w takim razie nie ma zbyt dużych róznic
          w zakresie obowiązków przy przejściu na adiunkta nie? pozdarawiam
          • rpj4 Re: obowiązki adiunkta 15.01.06, 01:08
            Jakieś dziwne rzeczy piszesz o mojej Alma Mater :). Nie wiem, jak na innych
            kierunkach, ale wydaje mi się, że miała to być zasada ogólnouczelniana, i u nas
            na wydziale tak jest, że wymogiem ubiegania się o stanowisko _asystenta_ jest
            doktorat, jeśli się taki asystent ze stopniem naukowym dra będzie dalej się
            rozwijał ;) to ma szansę na stanowisko adiunkta. I na tym stanowisku pojawia
            się wymóg przygotowania rozprawy habilitacyjnej. Faktycznie zasadniczo w ciągu
            8 lat.
            Co ciekawe po habilitacji dostaje się nowy, drugi i ostatni stopień naukowy,
            tj. dra habilitowanego nauk jakiśtam, ale przynajmniej na Alma Mater
            Cracoviensis zostaje się znów na pewien czas na tym samym stanowisku, tj.
            adiunkta. I trzeba trochę zaczekać na awans na stanowisko profesora
            uczelnianego.

            A asystent z magisterium nie może mieć _żadnego_ limitu na habilitację, bo aby
            się habilitować trzeba mieć już pierwszy stopień naukowy, czyli dr :).

            Jeśli asystenci z magisterium mają jakiś limit czasowy, to właśnie na uzyskanie
            stopnia naukowego dra.

            Pozdr.

            rpj4
            • wiola87 Re: obowiązki adiunkta 15.01.06, 02:03
              Wybacz ale pisze dobrze. Zle się wczytałeś w moj post. Przeczytaj wczesniejsze
              a pożniej dopiero twierdz,że napisałam iz na adiunkta moze ktoś startować z
              mgr. ok? pozdrawiam
              • rpj4 Re: obowiązki adiunkta 15.01.06, 02:52
                Fakt - poprawiłaś się z tymi doktorantami na doktorów :). I tu zgoda.

                Natomiast jak jednak zostanę przy swoim ;) - a mianowicie, że droga UJotowska
                to dr-asystentura, czyli doktor asystent przez jakiś czas (rok, dwa), a potem
                dr adiunkt, i dopiero od uzyskania stanowiska adiunkta zaczyna się liczyć to 8
                lat na habilitację (przynajmniej u mnie to tak funkcjonuje).

                A co do różnic pomiędzy adiunktami a asystentami z dr, to faktycznie podstawowa
                jest taka (poza obowiązkiem habilitacji), że ci pierwsi łatwiej uzyskują prawo
                do wykładania (owe veniam legendi), i prowadzą wykład kursowy na st. zaocznych,
                czy innych kierunkach poza podstawowym, czy jakieś wykłady specjalizacyjne.
                Jeśli im zostaje jeszcze coś z pensum, to prowadzą też ćwiczenia, jak
                asystenci, czy doktoranci.

                Pozdr.
                rpj4
                • mrjulek Re: obowiązki adiunkta 15.01.06, 11:28
                  Na UWr u mnie w instytucie (Wydzial Filologiczny) tez jest chyba tak, ze doktor
                  jest przez pewien czas asystentem. Zreszta, najlepiej zapytac mamy.tadka - ona
                  to doswiadcza na wlasnej skorze.

                  A co do UJ, to wlasnie na stronkach www UJ czesto jest napisane, ze dana osoba
                  jest doktorem i asystentem lub doktorem hab. i adiunktem.


                  pzdr.
                  • rpj4 Re: obowiązki adiunkta 15.01.06, 16:05
                    To co napisałem powyżej jest informacją "insidera" ;) - tzn. w katedrze w
                    której jestem są dr-asystenci, dr-adiunktci, i dr. hab-adiunktci.

                    Ale to napisał mrjulek jest oczywiście też możliwe - że dr są "trzymani" na
                    stanowisku asystenta aż do habilitacji, wtedy dopiero awansują na stanowisko
                    adiunkta.

                    Pozdr.
                    rpj4
                    • rpj4 Re: obowiązki adiunkta 15.01.06, 17:28
                      Coś mi nie pasowało w moim tekście - oczywiście "adiunkci", a nie żadni
                      tam "adiunktci". Poprawiłem sobie wcześniej z dobrej na złą formę, ale to nie
                      zwalnia mnie z obowiązku pisania poprawnie, – czyli krótko mówiąc duża wpadka.

                      Pozdr.
                      rpj4


                      Pozdr.
                      rpj4
          • suffo Re: No tom się zdziwił 15.01.06, 15:33
            klee napisał:

            > U nas do wykonywania obowiązków zawartych w pierwszych trzech punktach, a także
            >
            > do egzaminowania studentów, uprawnia dopiero habilitacja.
            >

            Żałuję, że u nas tak nie jest. Chętnie prowadziłabym tylko
            laboratoria/ćwiczenia. Ileż bym miała czasu na pchnięcie habilitacji, a tak
            muszę "tracić" czas na wykłady (też się żaliłam wyżej ;-) Co więcej, musiałam
            się tak męczyć przed obroną dratu. O ja biedna, chlip, chlip ;-))))
            • klee Biedni studenci 17.01.06, 06:03
              Mnie się to wydaje cokolwiek zdumiewające z powodu studentów, było nie było,
              najważniejszych osób na uczelni. Oni na tym tracę, bo siłą rzeczy jakość ich
              kształcenia musi się obniżać przy takiej polityce uczelni. Trudno mi sobie
              bowiem wyobrazić, żeby młody doktor mógł być dobrym opiekunem pracy
              magisterskiej. Chociaż promotorzy będący samodzielnymi pracownikami często nie
              mają czasu na zajmowanie się magistrantem i i tak pracę pisze się samemu, więc
              może i na jedno wychodzi.

              A na Twój wykład chętnie bym przyszedł. ;-)
              • suffo Re: Biedni studenci 17.01.06, 10:29
                Klee, ja znam prace magisterskie promowane przez profów, które są marniutkie i
                znam prace magisterskie promowane przez ambitnych młodych doktorów, które są na
                przyzwoitym poziomie. Ja sama na razie ograniczam się do recenzji, więc nie
                szkodzę tak bardzo (mam nadzieję ;-)
                A co z doktorami z 10-20 letnim stażem, którzy nie dorobili się jeszcze
                habilitacji (a wiemy, że brak hab. może być spowodowany różnymi przyczynami,
                nie tylko słabym poziomem naukowym)? W moim najbliższym otoczeniu jest
                przynajmniej paru, którzy są poważnymi naukowcami i/lub świetnymi dydaktykami i
                realizują b. dobre prace magisterskie.
                Ogólnie uważam, że powinno być tak jak u Ciebie - wykłady, recenzje i prace mgr
                prowadzone przez profesorów lub wykładowców. I właściwie jeżeli chodzi o prace
                magisterskie, to mogłabym się jeszcze zgodzić na dopuszczenie do promowania
                młodych adiunktów, bo nie ma obowiązku u takiego pisać i chyba taki nie ma
                obowiązku proponować tematów. Ja widzę większe zagrożenie na wykładach.
                Osobiście nie czuję się na siłach bycia wyrocznią w danej działce, a nie chcę
                młodzieży mieszać. Gdyby był to jakiś mały bloczek, ściśle związany z moją
                pracą doktorską, no to może jeszcze bym się czuła kompetentna...
                • klee Re: Biedni studenci 17.01.06, 18:05
                  suffo napisała:

                  > Klee, ja znam prace magisterskie promowane przez profów, które są marniutkie
                  i
                  > znam prace magisterskie promowane przez ambitnych młodych doktorów, które są
                  na
                  >
                  > przyzwoitym poziomie. Ja sama na razie ograniczam się do recenzji, więc nie
                  > szkodzę tak bardzo (mam nadzieję ;-)

                  Mam takie dziwne przeczucie, że Twojej opiece (naukowej, naturalnie ;-)) można
                  się poddać bez jakichkolwiek obaw, z realnymi szansami na sukces. :-) Ale
                  problem pt.: "jakość prac dyplomowych a zaangażowanie opiekunów", to chyba
                  oddzielna sprawa i na pewno - zgadzam się - nie ma tu prostej odpowiedniości.
                  Poziom pracy jest przecież wypadkową wielu czynników, nie tylko zaangażowania
                  promotora, ale też samego piszącego, jego zdolności etc.

                  > A co z doktorami z 10-20 letnim stażem, którzy nie dorobili się jeszcze
                  > habilitacji (a wiemy, że brak hab. może być spowodowany różnymi przyczynami,
                  > nie tylko słabym poziomem naukowym)?

                  Pewnie różnicy między takimi delikwentami a młodymi schabami (samodzielnymi
                  pracownikami) nie ma, ale jakichś zasad formalnych trzeba się trzymać, bo
                  inaczej byłby bałagan. No bo jeśli starszy adiunkt może, to czemu nie młodszy,
                  gdzie miałaby być ta granica. Habilitacja chyba jest najlepszą z możliwych.

                  > Ja widzę większe zagrożenie na wykładach.
                  > Osobiście nie czuję się na siłach bycia wyrocznią w danej działce, a nie chcę
                  > młodzieży mieszać. Gdyby był to jakiś mały bloczek, ściśle związany z moją
                  > pracą doktorską, no to może jeszcze bym się czuła kompetentna...

                  Tak, o wykładach też sobie pomyślałem. Bo taki młody adept nauki, to może chyba
                  dobry monograf przygotować tylko na temat związany z jego magisterką lub
                  doktoratem.
                  • dunia77 Re: Biedni studenci 17.01.06, 18:19
                    No bez przesady... moim zdaniem swiezy doktor moglby bez problemu prowadzic
                    wyklady typu "wstep do..." dla I czy II roku. Co w tym trudnego ?

                    Jesli nie czuje sie na silach, to jest albo zbyt ambitny, albo zakompleksiony,
                    albo niedouczony, moim zdaniem... bo nie wiem, jak mozna miec doktorat z danej
                    dziedziny i nie byc w stanie poprowadzic wykladow dla poczatkujacych. Serio.
                    • klee Co to znaczy "dana dziedzina"? 17.01.06, 18:41
                      Moim zdaniem nie mógłby. I twierdzić inaczej, to albo być nieostrożnym, albo
                      nierozsądnym. Myślę, że zawsze warto zachować dużo pokory wobec danego
                      przedmiotu, szczególnie takiego jak "Wstęp do...", bo taki to wymaga sporej
                      orientacji w całej dyscyplinie, a nie tylko małym poletku zagadnień, którymi
                      się zajmujemy. Ja znam pewną doświadczoną panią prfesor, która od lat prowadzi
                      taki kurs i stale się doskonali. Pisze mi, że kilka lat temu szło jej
                      prowadzenie tych zajęć o wiele gorej niż obecnie. Poprosiła mnie kiedyś nawet o
                      przysłanie skryptu do tego przedmiotu, który był osiągalny tylko u nas.
                      Zareagowałem wtedy podobnie do Ciebie. Po co komuś takiemu skrypt, ona przecież
                      wie nieporówannie więcej od tego, co w tym skrypcie, pomyślałem. Ale teraz już
                      chyba rozumiem, o co chodzi.

                      Jeśli ktoś nie czuje się na siłach, jak piszesz, to może też być pokorny
                      właśnie, albo może się nie czuć z powodów, o których piszesz, albo z jakichś
                      jeszcze innych. Możliwości jest wiele i nie chwytam, czemu znowu wartościujesz
                      to tak negatywnie. Powiem Ci też, jak można mieć doktorat z danej dziedziny i
                      nie być w stanie poprowadzić wykładów dla początkujących. Mój znajomy
                      przygotował pracę np. pracę doktorską o kategorii czasu w powieści sci-fi. Ktoś
                      taki nie będzie w stanie poprowadzić wykładu z literatury staropolskiej, gdyż
                      ma o niej prawdopodobniemneijsze pojęcie niż studenci I roku, którzy mają z
                      niej wykład i ćwiczenia. A to przecież jedna i ta sama dziedzina -
                      literaturoznawtswo.
                      • dunia77 Re: Co to znaczy "dana dziedzina"? 18.01.06, 00:10
                        > jeszcze innych. Możliwości jest wiele i nie chwytam, czemu znowu
                        wartościujesz
                        > to tak negatywnie.

                        Uwazam, ze doktor matematyki, ktory nie potrafilby nauczyc studentow podstaw
                        analizy, czy doktor fizyki, ktory nie ma kompetencji, jesli chodzi o wyklad z
                        mechaniki, to d*** a nie doktor. Przykladow z nauk humanistycznych nie podaje,
                        bo sie nie znam.
                        Wiadomo, kazdy sie specjalizuje, ale nie znac *podstaw* wlasnej dziedziny w
                        zakresie, ktory przekazujesz ludziom swiezo po LO, to juz chyba jakas patologia.

                        > przygotował pracę np. pracę doktorską o kategorii czasu w powieści sci-fi.
                        Ktoś
                        > taki nie będzie w stanie poprowadzić wykładu z literatury staropolskiej

                        Ach, ta scisla specjalizacja :-) Ja nie mialabym problemu poprowadzic wkladow
                        ze wstepu do fizyki czy astronomii dla I roku. Serio. Moze jestem genialnym
                        dydaktykiem :-)
                        • klee Ewolucja w regresie 18.01.06, 00:58
                          dunia77 napisała:

                          > Uwazam, ze doktor matematyki, ktory nie potrafilby nauczyc studentow podstaw
                          > analizy, czy doktor fizyki, ktory nie ma kompetencji, jesli chodzi o wyklad z
                          > mechaniki, to d*** a nie doktor. Przykladow z nauk humanistycznych nie
                          podaje,
                          > bo sie nie znam.
                          > Wiadomo, kazdy sie specjalizuje, ale nie znac *podstaw* wlasnej dziedziny w
                          > zakresie, ktory przekazujesz ludziom swiezo po LO, to juz chyba jakas
                          patologia

                          Jak powiedziałem wcześniej o astrofizyce, tak teraz powtórzę to samo w
                          odniesieniu do matematyki. Matematyka to nauka, nauka to nie matematyka.

                          Poza tym mógłbym powtórzyć historyjkę o pokornej wobec materii prowadzonego
                          przez siebie kursu/wykładu pani profesor.

                          > Ach, ta scisla specjalizacja :-) Ja nie mialabym problemu poprowadzic wkladow
                          > ze wstepu do fizyki czy astronomii dla I roku. Serio. Moze jestem genialnym
                          > dydaktykiem :-)

                          Ja z kolei mógłbym poprowadzić wykład z językoznawstwa ogólnego. A mimo to
                          prawo do prowadzenia go mają u nas wyłącznie wyłącznie samodzielni pracownicy.
                          Oczywiście, że i oni są w stanie to zrobić, i my, bo i oni się tym zajmują, i
                          my. Rzecz w tym, że prawdpodobnie zrobią to lepiej, bo zajmują się tym kilka
                          razy dłużej od nas. Gdyby miało być inaczej, gdyby magistrowie i doktorzy byli
                          we wszystkim lepsi, to profesorowie w ogóle by zniknęli z uniwersytetów. ;-)
                          • dunia77 Re: Ewolucja w regresie 18.01.06, 01:52
                            Klee, zlituj sie, jakie ja mam przyklady dawac, jak nie ze swojego poletka ? U
                            was jest inaczej ? To oswiec mnie.
                            W naukach scislych imho mlody doktor moze bez problemu poprowadzic dowolny
                            podstawowy wyklad. I zrobic to dobrze.
                            Jesli nie jest w stanie, zle to moim zdaniem o nim swiadczy.

                            Rzecz w tym, że prawdpodobnie zrobią to lepiej, bo zajmują się tym kilka
                            > razy dłużej od nas.

                            No wlasnie, ja niekoniecznie jestem przekonana, ze dluzej=lepiej.

                            > razy dłużej od nas. Gdyby miało być inaczej, gdyby magistrowie i doktorzy
                            byli
                            > we wszystkim lepsi,

                            Nie mowie, ze lepsi. Sadze, ze w niektorych rzeczach rownie dobrzy po prostu.



                            • klee No to rozmawiajmy 18.01.06, 03:34
                              dunia77 napisała:

                              > Klee, zlituj sie, jakie ja mam przyklady dawac, jak nie ze swojego poletka ?

                              Nie musisz podawać innych. Wystarczy, jeśli przykładów pochodzących ze swojego
                              poletka nie będziesz odnosić do całej nauki.

                              > U was jest inaczej ? To oswiec mnie.

                              Już o tym pisałem, choć właściwie nie o nas, tylko o literaturoznawcach.

                              > W naukach scislych imho mlody doktor moze bez problemu poprowadzic dowolny
                              > podstawowy wyklad. I zrobic to dobrze.

                              Tak, językoznawstwo też jest w zasadzie nauką nomotetyczną (zależy jakie,
                              naturalnie) i pisałem Ci, że też mogę poprowadzić wykład ogólny z tej
                              dziedziny. I może nawet zrobiłbym to dobrze, ale nie tak dobrze jak
                              językoznawca ze znacznie większym stażem, to jasne. Niedorzecznością jest dla
                              mnie twierdzenie, że ktoś, kto zajmuje się czymś kilka razy dłużej, ma w tym
                              mniejsze obycie od kogoś, kto zajmuje się tym krócej.

                              Może łatwiej się nam będzie rozmawiało i nie będziesz musiała wołać o litość ;-
                              ), jeśli zaczniesz się odnosić do konkretnych przykładów i sądów przez mnie
                              podawanych, a nie powtarzać stale te same twierdzenia, z którymi za pomocą
                              wspomnianych przykładów staram sie właśnie polemizować.

                              > No wlasnie, ja niekoniecznie jestem przekonana, ze dluzej=lepiej.

                              Jeśli nie jesteś przekonanana, że tak jest zawsze, to i ja nie jestem o tym
                              przekonany. Ale jeśli przyjmujesz to jako zasadę, to takie myślenie prowadzi do
                              uznania, że im młodszy naukowiec, tym lepszy.

                              > Nie mowie, ze lepsi. Sadze, ze w niektorych rzeczach rownie dobrzy po prostu.

                              Co do tego pełna zgoda, nikt nie twierdził inaczej.
                    • suffo Re: Biedni studenci 17.01.06, 18:41
                      dunia77 napisała:

                      > No bez przesady... moim zdaniem swiezy doktor moglby bez problemu prowadzic
                      > wyklady typu "wstep do..." dla I czy II roku. Co w tym trudnego ?
                      >
                      > Jesli nie czuje sie na silach, to jest albo zbyt ambitny, albo zakompleksiony,
                      > albo niedouczony, moim zdaniem... bo nie wiem, jak mozna miec doktorat z danej
                      > dziedziny i nie byc w stanie poprowadzic wykladow dla poczatkujacych. Serio.

                      Ja z tych zakompleksionych i niedouczonych (z pewnością nie ambitnych ;-) oraz
                      prowadzących zajęcia ze studentami od III do V roku (co nie znaczy, że nie
                      podstawy ;-)))) Dunia, prowadziłaś kiedyś wykład, który nie byłby tylko
                      wyświetleniem folii, czy czytaniem z notatek? Jeżeli prowadziłaś, to powinnaś
                      wiedzieć w czym problem ;-) O ile dobrze kojarzę, to ścisła jesteś, więc pewnie
                      czujesz, co to wypisywanie/wyprowadzanie wzorów, rysowanie schematów,
                      odpowiadanie na przeróżniste pytania i wysłuchiwanie ochów i achów przy kolejnej
                      całce przez 90 min ;-) I jeszcze dodam, że nie zawsze dostanie się wykład z
                      własnej dziedziny (w moim przypadku jeden przedmiot związany jest z moim
                      doktoratem tylko tym, że bazuje na matematyce)
                      • dunia77 Re: Biedni studenci 18.01.06, 00:16
                        Czyli masz wyklady, a nie czujesz sie na silach ? :-)

                        To, co opisalas, to normalne akademickie zycie, u nas nawet cwiczenia tak
                        czesto wygladaly (nauczasz tego, czego profesor nie ma czasu i zwalil na
                        cwiczeniowcow).
                        No i dlatego napisalam o podstawach... czy naprawde uwazasz, ze dla doktora
                        matematyki przeprowadzenie wykladu "analiza I" (czy jak to sie u Was nazywa) to
                        takie straszne wyzwanie ? Przeciez to sa prosciutkie rzeczy, nawet jak nie
                        pamietasz, to pol godziny i jestes na biezaco.
                        Profesory tez sie nie zajmuja na codzien tylko liczeniem granic ciagow ;-)

                        No ludzie, bo sie zadufam w sobie na dobre ;-(
                        • suffo Re: Biedni studenci 18.01.06, 08:11
                          dunia77 napisała:

                          > Czyli masz wyklady, a nie czujesz sie na silach ? :-)
                          >

                          Dokladnie tak :-))))

                          > To, co opisalas, to normalne akademickie zycie, u nas nawet cwiczenia tak
                          > czesto wygladaly (nauczasz tego, czego profesor nie ma czasu i zwalil na
                          > cwiczeniowcow).
                          > No i dlatego napisalam o podstawach... czy naprawde uwazasz, ze dla doktora
                          > matematyki przeprowadzenie wykladu "analiza I" (czy jak to sie u Was nazywa)
                          to
                          >
                          > takie straszne wyzwanie ? Przeciez to sa prosciutkie rzeczy, nawet jak nie
                          > pamietasz, to pol godziny i jestes na biezaco.
                          > Profesory tez sie nie zajmuja na codzien tylko liczeniem granic ciagow ;-)
                          >

                          Oj, Dunia, młoda jestes i niedoswiadczona :-), ale dziękuję za rady (z tym pół
                          godziny szczególnie ;-). Ja nie doktor matematyki, ale analizę, czy nawet
                          algebrę na I roku bym pociągnęła (przynajmniej mam świetne wykłady z czasów
                          studenckich ;-)))) Widzisz, jest jeszcze wiele innych gałęzi matematyki, z
                          któych już nie mam tak dobrych wykładów ;-), a jeszcze muszę je zaadoptować na
                          potrzeby przedmiotów technicznych. Tak, czy siak, masz rację - gdybym była
                          douczona i na siłach, nie miałabym tych dylematów.
                          • dunia77 Re: Biedni studenci 18.01.06, 18:21
                            > Oj, Dunia, młoda jestes i niedoswiadczona :-)

                            No to oswiec mnie. Pamietam z pierwszych lat studiow, ze na podstawowych
                            wykladach rzadko kiedy byla jakas burza mozgow (ze strony studentow), zeby
                            trzeba bylo byc ekspertem z 20letnim doswiadczeniem, zeby umiec odpowiedziec na
                            pytania. Zreszta, mam wrazenie, ze o wiele wiecej podchwytliwych pytan pojawialo
                            sie na cwiczeniach, a nie na wykladach (tak w Polsce, jak i w Niemczech), a
                            jednak to swiezynki prowadza cwiczenia. I wlasciwie to oni studentom tlumacza
                            wiekszosc rzeczy, a nie profesory na wykladach.

                            > potrzeby przedmiotów technicznych. Tak, czy siak, masz rację - gdybym była
                            > douczona i na siłach, nie miałabym tych dylematów.

                            Mnie sie wydaje, ze po prostu starasz sie robic to perfekcyjnie, co oczywiscie
                            moze byc trudne, stad watpliwosci. Moim zdaniem jednak wazniejszy jest entuzjazm
                            i odpowiednie podejscie pedagogiczne wykladowcy (a z tym akurat cienko) niz fakt
                            bycia ekspertem swiatowej klasy.

              • dunia77 Re: Biedni studenci 17.01.06, 18:14
                No coz, moj maz nie jest nawet doktorem, a juz byl opiekunem kilku studentow
                (Diplom, czyli cos w stylu niemieckiego magisterium). Nieoficjalnie oczywiscie,
                bo oficjalnym promotorem byl profesor.
                Wydaje mi sie, ze mlodsi opiekunowie prac (abstrahujac od tytulu) sa czesto
                lepsi, bo sie bardziej przykladaja... i proponuja z reguly ciekawsze tematy.
                • klee Olewanie to postawa ludzi a nie profesorów 17.01.06, 18:29
                  O tym właśnie pisałem, że się bardziej przykładają. Dlatego stwierdziłem, że na
                  jedno wychodzi, czy to profesor będzie promotorem, czy młody doktor. Chociaż
                  jak się później nad tym zastanowiłem, to doszedłem do wniosku, że ten argument
                  bardzo łatwo zbić. Bo jak sobie poczytasz różne wątki na forum dotyczące
                  dydaktyki, to zobaczysz, że doktoranci piszą tu, iż olewają sobie pracę
                  dydaktyczną tak samo jak starsi pracownicy.

                  Może i młodzi proponują ciekawsze tematy, tylko nie wiem, czy orientują się w
                  nich na tyle, by nie proponować czegoś, co już nie zostało opisane.
                  • flamengista ja zauważyłem prawidłowość wręcz odwrotną... 17.01.06, 18:50
                    U nas większość profesorów pracuje na 2-3 etatach, prowadzi projekty, publikuje,
                    jeżdzi na konferencje, prowadzi własne biznesy... Seminaria magisterskie i
                    licencjackie traktują jak dopust Boży. Mają najczęściej 8-9 dyżurnych tematów,
                    które studenci odklepują z roku na rok. Faktycznie, trochę się na tym znają, ale
                    to najczęściej wiedza sprzed 5 i więcej lat.

                    Natomiast doktorzy (w większości) rozwijają sie nadal naukowo, mimo nawału
                    obowiązków znajdują czas na pracę z seminarzystami. To oni mają właśnie wiedzę
                    "na czasie", bo przygotowują habilitację. I to u nich powstają najlepsze prace
                    magisterskie - bo najwięcej w nie wkładają wysiłku.
                    • klee Nauczyciele na uczelnie 17.01.06, 19:19
                      Powtórzę raz jeszcze to, co już Dunii powtarzałem - dlatego napisałem, że na
                      jedno wychodzi. Inna rzecz, że to, o czym piszesz, nie jest żadnym argumentem
                      na rzeczt tezy, że im starszy naukowiec, tym mniej chętnie należy mu dawać
                      seminaria do prowadzenia, a im młodszy, tym chętniej. To po prostu opisuje
                      jedynie jakąś patologię. Sygnalizuje problem i jeśli jest argumentem na rzecz
                      jakiejś tezy, to takiej, że należy tę niezdroową sytuację zwalczać. Bo jakich
                      Wy tam macie profesorów na tym UJ-ocie, jeśli oni się uwsteczniają z wiekiem?
                      Normalnie bowiem, naukowcy się rozwijają i im są starsi, tym bardziej
                      doświadczeni i mądrzejsi, a tym samym bardziej predystynowani do zajmowania się
                      młodszymi.

                      Bo idąc tym tropem rozumowania, który prezentujecie z Dunią, przyjdzie uznać,
                      że seminaria magisterskie równie dobrze mogą prowadzić parcownicy szkół
                      średnich i podstawowych.
                      • flamengista tak, to patologia. 17.01.06, 19:36
                        I właśnie chodziło mi o poisanie tej patologii. Tak być nie powinno.

                        A dlaczego tak jest? Bo u niektórych, pamiętających jeszcze czasy PRL-owskie (i
                        ówczesne pensje) apetyt na posadki i etaty rośnie w miarę jedzenia.

                        Nie wystarczą dwa po 4 tys. zł każdy. Trzeba jeszcze orżnąć własną, macierzystą
                        uczelnię (nie dając jej ŻADNYCH uprawnień do kierunków), by załapać się na dwa
                        etaty w prywatnych (dając tam uprawnienia). Plus gościnne wykłady w Pipidowie
                        Dolnym i objeżdżanie konferencji w Zadupiu Górnym - oczywiście za swoite
                        honoraria. Jak się ma szczęście/znajomości, może uda się załatwić członkostwo w
                        PAN - kolejny etacik. Aha i jeszcze mnóstwo nadgodzin - jak szaleć, to na całego!

                        W ten sposób można i zarobić z 30 tys. zł miesięcznie. Ale jakim kosztem? Co
                        sobą reprezentuje taki profesor? Przecież zamiast się rozwijać, on się wręcz
                        uwstecznia...
                  • dunia77 Re: Olewanie to postawa ludzi a nie profesorów 18.01.06, 00:21
                    W Niemczech np. profesorowie maja bardzo duzo zajec administracyjnych, wiec nie
                    ma szans, ze ktorys poswieci Ci tyle czasu, co doktor bez obowiazkow na
                    uczelni. Nawet juz nie chodzi o olewanie, tylko o czas wlasnie. Poza tym starsi
                    naukowcy czesto wpadaja w rutyne, a mlodsi sa bardziej otwarci na
                    niekonwencjonalne pomysly.

                    Nie twierdze, ze im mlodszy promotor tym lepszy, sa jednak pewne uwarunkowania,
                    ktorych nie da sie zmienic.
                    Promotorem mojej pracy magisterskiej byl prof przed emerytura, ale bez
                    obowiazkow uczelnianych, duzo czasu i cierpliwosci. Bylo super. Nie mam
                    uprzedzen :-)
                    • harry1973 Re: Olewanie to postawa ludzi a nie profesorów 18.01.06, 01:33
                      dunia, ale my żyjemy w Polsce, w kraju, w którym ludzie chcą jak najszybciej do
                      czegoś dojść. Dlatego nie można porównać kraju, w którym profesor dostaje 5000
                      euro do Polski, w której profesor dostaje 4500 PLN ale ma apetyt na 20000 PLN,
                      zatem będzie robił wszystko, żeby to osiągnąć. Są naukowcy, dla których nauka
                      jest dobrem samym w sobie, ale są i tacy, którzy na tym zarabiają, tyle tylko,
                      żeby zarobić na toyotę avensis muszą poświęcić więcej czasu...
                        • klee Kraj dobrobytu 18.01.06, 03:38
                          Co do schabowego ;-) to niezupełnie. Wiele produktów żywnościowych kosztuje
                          tyle samo co w Polsce, a niektóre są nawet tańsze. I to jest piękne w
                          Niemczech. Zarobki wysokie, a ceny w sklepach niskie. :-D
                        • flamengista zgadzam się 18.01.06, 09:55
                          akurat 4000 zł na rękę dla profesora to przyzwoita kwota. Nawet na jednym
                          etacie, przy dodatkowych obowiązkach (promotor, recenzent) można wyciągnąć
                          dodatkowe 1000 zł miesięcznie. Do tego dochodzą publikacje. Słowem, będąc
                          profesorem w Polsce można żyć na przyzwoitym poziomie przy równoczesnym ROZWOJU
                          naukowym.

                          Można też starać się znaleźć złoty środek. Moim zdaniem jeszcze przy dwóch
                          etatach można w Polsce spokojnie znaleźć czas na rozwój naukowy. Przy trzech
                          jest to już bardzo utrudnione. Przy czterech - praktycznie niemożliwe.
                          • harry1973 4 tysiące dla niejednego profesora to nic;( 18.01.06, 10:20
                            Zgadzam się, za etat, parę godzin na uczelni - 4 tysiące to ogromne pieniądze.
                            Ale ja napisałem o profesorach, którzy mają apetyt na więcej - w pewnym
                            momencie wszystko, co robią w życiu najpierw planują z nieodłącznym
                            kalkulatorem w ręku...
                            Niestety znam takich na uczelniach. Niestety chyba jest takich sporo -
                            przynajmniej tam, gdzie istnieją możliwości dorobienia "na fuchach".
                            Czytaliście pewnie artykuł o profesorze PKP, który w dobrym miesiącu
                            obskoczywszy 5,6 uczelni w Polsce zgarniał do 30 tysięcy....
                            Tacy ludzie są i dopóki będą istnieć w uczelnianych klubach kawiarniano -
                            dziekanatowych nauka Polska będzie stała w miejscu w którym jest.
                            To chyba od naszego pokolenia zależy to: czy zaczniemy myśleć inaczej, czy
                            wszystko będziemy wartościować etc. apropo's przeraża mnie postrzeganie
                            edukacji wyłącznie, jako rynku - na uczelniach za niedługo będzie trzeba uiścić
                            opłatę za samo wejście do dziekanatu, nie mówiąc już o skorzystaniu z toalety...
                            To chyba kompilacja "takich ludzi" z "takimi czasami" w których przyszło nam
                            żyć.
                            • flamengista problem jest poważniejszy 18.01.06, 12:39
                              i wieloaspektowy:

                              a) przerażający materializm wśród niektórych profesorów. Rozumiem, że zarabiając
                              4 tysiące można chcieć więcej. Ale jakaś granica zdrowego rozsądku powinna być,
                              szczególnie że są przecież koszty takiego gonienia za kasą. Cierpi na tym poziom
                              naukowy i uczelnie, które takiego kogoś zatrudniają.

                              b) problem systemowy - dopóki profesorowie będą potrzebni do akredytacji,
                              problem wieloetatowości nie zniknie. Ludzie często pobierają spore pieniądze za
                              same uprawnienia, a na uczelni prywatnej pojawiają się 2-3 razy w roku. Odwalają
                              tam zajęcia na żenującym poziomie - i o dziwo, uchodzi to im płazem.

                              c) interes macierzystej uczelni - bardzo się dziwię rektorom uczelni, że
                              pozwalają na jawne OKRADANIE swojej uczelni przez takich kombinatorów. Kradzież
                              polega na:
                              1. nie dawaniu uprawnień (przynajmniej jednego) macierzystej uczelni;
                              2. wyrabianiu olbrzymiej ilości nadgodzin, mimo obniżonego pensum (spora częśc
                              tych zajęć prowadzona jest faktycznie przez adiunktów i asystentów, więc stawka
                              powinna być niższa);
                              3. firmowaniu nazwiskiem, a często zajmowanie stanowisk wręcz w konkurencyjnych
                              uczelniach;
                              4. absolutny marazm naukowy, a jeśli publikowanie - to na konto innych uczelni,
                              mimo że z tej państwowej jest dofinansowanie wyjazdów, są pieniądze na zakup
                              książek, a prestiż uczelni pozwala na zdobycie KBN-owskiego grantu.
                              To znaczy - bardzo się nie dziwię, bo rektorzy przed wybraniem na to stanowisko
                              robili podobnie, a urząd zawdzięczają swoim kolegom...
                • suffo Re: Biedni studenci 17.01.06, 18:47
                  dunia77 napisała:

                  > No coz, moj maz nie jest nawet doktorem, a juz byl opiekunem kilku studentow
                  > (Diplom, czyli cos w stylu niemieckiego magisterium). Nieoficjalnie oczywiscie,
                  >
                  > bo oficjalnym promotorem byl profesor.
                  > Wydaje mi sie, ze mlodsi opiekunowie prac (abstrahujac od tytulu) sa czesto
                  > lepsi, bo sie bardziej przykladaja... i proponuja z reguly ciekawsze tematy.

                  Pisałam o tym wyżej. Często w praktyce pracę magisterką prowadzi konsultant (lub
                  prawa ręka profesora) a nie promotor.
        • suffo Re: obowiązki adiunkta 15.01.06, 15:27
          Po raz kolejny wychodzą różnice uczelniane :-)
          Z doświadczenia znam system: asystentem jest się z mgrem, adiunktem z drem lub
          drem hab. Moja "kariera" rozwija się zgodnie z tym kluczem ;-)))). Dlatego też
          pisałam wcześniej o braku znaczących różnic w wynagrodzeniu ze stopniem dra i
          dra hab.

          Pragnę zaznaczyć, że nie uważam, że mam monopol na prawdę i cieszę się, że ktoś
          chce mnie oświecić :-D
    • flamengista idiotyczny relikt przeszłości 15.01.06, 21:26
      Nie wypowiadałem się do tej pory na ten temat, bo:
      a) dopiero robię doktorat, a myślenie o habilitacji to trochę za daleko jak na
      razie;
      b) coś mnie trafia;) jak słyszę o naszej habilitacji.

      Habilitacja jest w moim przekonaniu nie tylko niepotrzebna, ale i szkodliwa!

      Niepotrzebna, bo sam doktorat powinien świadczyć o samodzielności naukowej. A
      habilitacja wcale nie gwarantuje odpowiedniego poziomu naukowego (jak twierdzą
      jej zwolennicy).

      Szkodliwa, bo pomaga w utrzymywaniu feudalnego systemu w polskiej nauce.
      Habilitacja jest bowiem nie tylko swoistym "naukowym egzaminem dojrzałości", ale
      i testem akceptacji środowiska naukowego.

      I tu jest pies pogrzebany. Często środowisko nie chce przyjąć nowej, ambitnej i
      młodej osoby - bo boi się konkurencji. System przyznawania habilitacji jest
      chory, skoro zdolnemu 40-latkowi może habilitację zablokować negatywna recenzja
      (1-stronicowa!) 83-letniego profesora. Nawet nie wiadomo, czy recenzent jest w
      pełni sił umysłowych. Ale nawet stojąc nad grobem ma w ręku los obiecującego
      naukowca.

      Słowem, tą patologię trzeba jak najszybciej zlikwidować - dla dobra polskiej
      nauki właśnie. Inaczej zmiana pokoleniowa, która jest w tej dziedzinie
      nieodzowna, zostanie opóźniona. A przez to postęp naukowy i gospodarczy Polski.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka