praktycznyprzewodnik
07.11.04, 14:24
My specjalnie bierzemy na siebie rolę pośredników między nimi (biednymi i
bogatymi). Proszę sobie wyobrazić ubogich odwiedzających dom bogatych i od
razu te ogromne emocje z gatunku: “dlaczego to nie jest moje życie?”. I
odwrotnie. Jak wiele nieporozumień może przynieść wizyta w domu ubogiego -
powiedział ksiądz Jacek Stryczek, prezes Stowarzyszenia Wiosna.
Jak zmienia się sytuacja ludzi ubogich w Polsce?
– Najprościej ją opisać poprzez przemiany cywilizacyjne. Kiedyś problemem
ubóstwa był brak ziemi. Kto nie miał własnego pola, był zdany na łaskę
innych. Dziś o utrzymaniu decydują raczej wiedza i umiejętności. Ubóstwo
polega więc na niedopasowaniu do otaczającej rzeczywistości, nieumiejętności
radzenia sobie w niej. W związku z tą zmianą powinien się również zmienić
sposób reagowania na biedę ze strony tych, którym się lepiej powodzi.
Zatem porozmawiajmy o tym, jak wspierać potrzebujących, by im rzeczywiście
pomóc.
– Kiedyś w duszpasterstwie akademickim, które prowadziłem, w ogóle nie
mówiliśmy o pieniądzach. Sam wszystko organizowałem i załatwiałem. Do momentu
kiedy po dwóch latach zaproponowałem składkowy obóz rowerowy. Reakcją był
szok: dlaczego nie jest tak jak zawsze? Musiałem zmienić sposób współpracy –
od tej pory studenci za wszystko płacili sami i bardzo korzystnie to na nich
wpłynęło. To było dla mnie bardzo cenne doświadczenie. Już nigdy nie wróciłem
do koncepcji, że pomoc polega na dawaniu. Teraz robię coś wartościowego i
zapraszam potrzebujących pomocy, by się do tego włączyli. Stwarzam im szansę
uczestnictwa, wejścia w inny świat. – Dlaczego w takim razie cały system
opieki społecznej jest oparty na dawaniu? Może ubodzy tego właśnie oczekują?
Jak ktoś się znalazł w biedzie, gotów jest przyjąć wszelkie warunki. Dlatego
uważam, że życie biednych kreują ci, którzy dzielą środki pomocowe. To od
nich w dużej mierze zależy, jacy biedni będą. Łatwiej dać pieniądze i nie
myśleć, po co i dlaczego. Problem tkwi nie tyle w mentalności tych, którzy
biorą, ile tych, którzy dają.
Jest jeszcze coś takiego, jak ogólnie obowiązujące myślenie o sprawiedliwości
społecznej…
Tę obowiązującą wciąż mentalność nazwałem kiedyś socjalistyczno-katolicką.
Ewangelia mówi, że należy być wrażliwym na ubogich. Socjalizm wyciąga z tego
słusznego założenia fałszywy wniosek, że należy odbierać bogatym i dawać
biednym. Myślę, że w wielu polskich głowach pomieszały się te dwa porządki.
Mało kto zastanawia się, na czym polega istota ewangelicznego udzielania
pomocy, za to większość chodzących do kościoła przejęła wykładnię rozwiązania
problemu ubóstwa z systemu, który już dawno przeminął. Istota rzeczy tkwi
gdzie indziej. Papież, opisując sferę ubóstwa, mówi o “czwartym świecie”
funkcjonującym poza barierą cywilizacyjną, wszędzie, bez względu na szerokość
geograficzną. Ludzie nie przeskoczą tej bariery samodzielnie. Ale pomoc nie
może polegać jedynie na tym, by dać im pieniądze. Najlepszym tego przykładem
jest Afryka, którą zepsuto pieniędzmi, nie proponując żadnego sensownego
sposobu wejścia w krąg naszej cywilizacji.
Często mówi się w tym miejscu o “społecznej bezradności”. Czy słusznie? Czy
nie jest to kolejny mit? Wielu ubogich wykazuje się dużą zaradnością, potrafi
świetnie zaadaptować się do systemu, jaki im zaproponowano, czyli do
korzystania z zasiłków.
– Przyzwyczajenie do pobierania stałych zasiłków jest niszczące w tym sensie,
że, faktycznie, uzależnia od chorych systemów pomocowych, trzymających ludzi
ubogich z dala od rzeczywistości rynkowej. Oni potrafią być zaradni w takich
realiach, jakie im się stwarza. Ale zdarzają się też i inne postawy. Mam
znajomego, lekko upośledzonego, który wbrew woli swoich najbliższych został
zbieraczem i co rano przegląda śmietniki, a potem sprzedaje to, co znalazł.
On chce mieć swoje pieniądze, a nikt mu nie zaproponował innej formy ich
zdobywania.
Mówi Ksiądz, że istotniejsza od mentalności ubogich jest dziś mentalność
tych, którzy pieniądze mają i dają. Jak to się przekłada na wyprowadzanie
ludzi z owego “czwartego świata”?
– Przecież to mający pieniądze kreują rzeczywistość, w której biedni sobie
nie radzą. Nawet w Polsce jest dziś coraz więcej ludzi bogatych, i to tak, że
mogą albo deprawować ubogich, którzy nie są w stanie z nimi konkurować, albo
wskazywać im drogę. Kiedyś rzeczywistość była raz na zawsze wykreowana. Był
sekretarz partii, który dzielił i rządził. Dziś rzeczywistość można zmieniać.
I to ludzie bogaci decydują, kto jest ubogi w danym momencie. Właściciel
jakiejś firmy nagle stwierdza, że przenosi produkcję do innego kraju, bo tam
ma większe zyski, i z dnia na dzień tysiące ludzi pozostaje bez pracy. Stają
się ubodzy. Z dnia na dzień można też zmienić przepisy dotyczące samotnych
matek i wykreować całą armię ubogich.
Istnieje teoria, że to całe mówienie o tworzeniu miejsc pracy, ograniczaniu
sfer biedy to tak zwane młócenie słomy, bo w gruncie rzeczy wszystko i tak
zależy od wzrostu gospodarczego…
– Wyobraźmy sobie, że nastąpił wzrost, ale taki, który daje zysk jedynie
wąskiej grupie ludzi. Tak już się w Polsce dzieje. Jedna grupa staje się
jeszcze bardziej bogata, inna jeszcze bardziej uboga. Paradoks polega na tym,
że ci bogaci wcale na tym nie korzystają, bo w systemie demokratycznym i tak
zostaną przegłosowani przez ubogich, a w dodatku w wielu praktycznych
sytuacjach będą narażeni na społeczne skutki ubóstwa: na to, że ktoś ich
napadnie, okradnie mieszkanie czy wybije szybę w samochodzie. Wtedy bogactwo
zacznie być wykorzystywane, by budować mur między tymi społecznościami.
Pieniądze – w interesie ich właścicieli – powinny zatem iść na poprawę bytu
ubogich, bo w Polsce problem ubóstwa to tak naprawdę problem ludzi bogatych.
Stawianie murów między sferami biedy i bogactwa to nie jest nasz oryginalny
patent, ale raczej ogólnoświatowa prawidłowość. Nie można natomiast
twierdzić, że nie przeciwdziałamy temu zjawisku. Eksperci edukacyjni alarmują
na przykład, by zapobiegać segregacji już na poziomie szkolnym.
– Walka z segregacją szkolną, owszem, jest, tyle że prowadzi do absurdalnych
postulatów, by nie robić egzaminów po szkole podstawowej, bo dzieci są w ten
sposób dzielone na te lepsze i gorsze. To może, zgodnie z taką logiką,
zabrońmy dzieciom startować w zawodach sportowych. Tu zawsze są wygrani i
przegrani. Myślę, że problem jest źle zdefiniowany. Wygląda to tak, jakbyśmy
się bali prawdy o sobie. Jakbyśmy się wstydzili mówić otwarcie zarówno o
tych, którzy pieniądze mają, którym się udało, jak i o tych, którzy są
wykluczeni. Wciąż żyjemy w świecie łatwych uogólnień, fałszywie deklarowanej
równości. Pozwólmy ludziom startować w zawodach. Niech się okaże, kto jest w
czym lepszy, a kto gorszy. Wtedy z każdym będzie można o jego pozycji
rozmawiać uczciwie. Nie ma w tej chwili w Polsce dobrych rozwiązań
społecznych także dlatego, że nie ma powszechnej zgody, by takie zawody się
odbyły. Oficjalnie, przy podniesionej kurtynie. Bo one i tak się odbywają,
tyle że bez ustalonych jasno reguł i wtedy niszczą ludzi.
W jaki sposób pieniądze bogatych – w ich dobrze rozumianym interesie –
powinny iść na poprawę bytu ubogich, bo przecież nie chodzi o jałmużnę?
– Kiedyś ewangeliczne przesłanie rozumiano dosłownie: należy sprzedać
wszystko i rozdać ubogim. W dzisiejszych czasach proponowałbym inną
interpretację tego wezwania: jeżeli ja jestem w jakiś sposób bogaty, to
pomogę ci, abyś ty też był w jakiś sposób bogaty. Bo to się nam wszystkim
opłaci. Im więcej jest ludzi w grupie, która sobie życiowo radzi, tym mniej
problemów społecznych. Myślę, że taka powinna być też nowa filozofia nauki
społecznej Kościoła. Ze świątyń coraz częściej wyco