Jak to u Was było?
Moje córki w ostatni piątek wyruszały z mężem do teściów,
czyli ukochanych dziadków. 360km. Bez mamy, która do tej pory
była z nimi wszędzie i na każde zawołanie (ale bez przesady).
Ja się strasznie bałam, że do tego wyjazdu w ogóle nie dojdzie...
Wyobrażałam sobie reakcję starszej córki, Julki (6 lat).
Miała wrzeszczeć, wzbraniać się przed wejściem do samochodu,
miała obudzić pół bloku (wyjazd o 4:30).
O młodszą Mikę (4 lata) jakoś się nie martwiłam, twardsza jest.
Przygotowywałam dziewczynki jak się dało, ale bez jakiegoś rozczulania się.
Mówiłam, że będzie fajnie. Podsuwałam pytania odnośnie tego,
co będą z dziadkami robić. Obiecałam, że każdego wieczoru zadzwonię
i przeczytam im bajkę albo wierszyk na dobranoc.
Reagowały dobrze, choć zdarzyło się, że Julka się popłakała
i prosiła "Mamo, jedź z nami".
I w piątek było zupełnie inaczej, niż się spodziewałam.
Julka płakała bezgłośnie (uff, to jeszcze gorsze dla matczynego
serca, niż wycie...), z buźki zrobiła ryjek i była
bardzo nieszczęśliwa. A ja razem z nią, ale poznać po sobie nie dałam.
Mika wstała z uśmiechem na twarzy, ubrała się, poszła do
samochodu, zapięła pasy, dała całuska, pomachała i...
pojechali.
Ja ryczałam przez godzinę...
Już trzeci dzień bez mamy, a płacz Julki nie powtórzył się!
Jestem z niej dumna.
Z Miki też, ale jakby inaczej, bo i ona jest inna