alcine
18.01.04, 14:55
Mój mąż ma problem alkoholowy, obecnie w fazie terapii. Chodzi tam od trzech
miesięcy, więc to na razie krótki okres, a jednak problemy zaczynają być
widoczne niejako spod problemu z piciem.
Dotyczy to stosunków między nami. Jesteśmy małżeństwem od 15 lat, więc
niejako naturalne jest że nie można oczekiwać wielkiej namiętności 24
godz/dobę przez cały czas jego trwania, ale dla mnie sytuacja jest nie do
przyjęcia na dłuższą metę. Chodzi o to, że jesteśmy dla siebie jak para
obcych ludzi mieszkająca pod jednym dachem. Owszem, obecnie kiedy on nie
pije, nie ma kłótni i „cichych dni”, ale poza zdawkowymi rozmowami na tematy
bieżące nie ma między nami żadnej więzi. Czasami mam wrażenie jakby on
zupełnie się poddał, uznał że nie warto się starać, mówić o co chodzi i
nawiązywać żadnego bliższego kontaktu. Najczęściej albo ogląda telewizję,
albo siedzi przy komputerze (od razu zastrzegam- nie czatuje w internecie).
Kontakty z innymi ludźmi mamy poważnie ograniczone z powodu alkoholu- po
prostu unikamy kontaktów towarzyskich typu „my do was, wy do nas”, na jego
prośbę, bo chodzi chyba o to żeby nie tłumaczyć się dlaczego u nas nie ma
nawet piwa... Na moje próby wyciągnięcia go gdzieś poza dom, reaguje
niechęcią, ja rozumiem to tak że nie ma ochoty nic wspólnie ze mną robić, ani
iść do kina (bo tam coś wspólnie się ogląda) ani nawet pójść na obiad do
knajpy (bo wtedy trzeba siedzieć naprzeciw siebie i chociaż rozmawiać i nie
wyglądać na znudzonego). Nie ma ochoty na żadne zaproponowane przeze mnie
rozrywki, nawet filmu na dvd wspólnie obejrzeć! To nie tak, że ja tryskam
pomysłami i zarzucam go propozycjami, no ale czasami coś chciałoby się
wspólnie zrobić! Dodam na marginesie, że właściwie nie mamy żadnych problemów
finansowych i nawet spontaniczny weekend w Paryżu wchodziłby w grę, gdyby
jemu się tylko chciało! Ja to po prostu odbieram emocjonalnie jako komunikat-
„z tobą nic nie ma sensu”. Na zarzut, że kiedyś mieliśmy więcej pomysłów
jak spędzać razem czas pada odpowiedź że to ja nigdy nie chciałam nic robić.
Tak, nie chciałam. Nie chciałam chodzić po nocnych klubach, bo wiedziałam że
tam jest alkohol i to życie, które nie jest moje. Nie chciałam „balować”, bo
tego nie cierpiałam i mówiłam o tym głośno. Teraz tak jakby odgrywał się na
mnie ze to moje „niechcenie”... I to oczywiście nieprawda, że nic nie
robiliśmy, bo oprócz tego, że nie lubię nocnego hulaszczego życia, robiliśmy
razem mnóstwo rzeczy- wyjeżdżaliśmy, robiliśmy razem zakupy, uczestniczyliśmy
w różnych rozrywkach, mieliśmy życie towarzyskie, urządziliśmy razem
mieszkanie i dom... No, a potem urodziła się nasza córka, siłą rzeczy tych
zajęć pozadomowych musiało być mniej, więc on zaczął mniej bywać w domu, za
to więcej pić....
Kiedy pił, swoje „życie towarzyskie” miał w pracy i w piciu. Zawsze zresztą
twierdził, że pije bo „załatwia interesy”, „musi się z ludźmi spotykać” i
temu podobne dyrdymały. Teraz, kiedy nie pije, jakoś te interesy dalej
prowadzi i nie odbywa się to do trzeciej nad ranem w knajpie, a z ludźmi jak
widać nie spotyka się wcale poza normalnymi godzinami pracy i poza grupą
terapeutyczną dwa razy w tygodniu. Oczywiście, jestem jak najbardziej
szczęśliwa z tego powodu, że się leczy i nie pije, ale mimo tego martwię się
o niego i o nasze małżeństwo. Tak jakby problem picia zapewniał nam jakiś
komfort, bo przynajmniej mieliśmy jakiś wspólny problem... Pytałam go czy
porusza temat stosunków rodzinnych z terapeutką, ale mi powiedział że nie.
Nie bardzo w to wierzę, bo co to za terapia, która nie umieszcza człowieka w
kontekście jego związków z ludźmi z którymi spędza życie... Pytałam, czy może
ja też mam chodzić na terapię dla współuzależnionych, ale zaprzeczył. Wiem
trochę na temat alkoholizmu, próbowałam różnych sposobów radzenia sobie z
problemem jego picia kiedy pił, ale wszystko właściwie obraca się wokół- jak
zachęcić delikwenta do podjęcia leczenia. Co dzieje się dalej, nie
wiem. „Specjalistyczna pomoc terapeutyczna” ma załatwić sprawę... Wiem już
jedno- powrotu do picia nie będzie. Nie w tym małżeństwie. Tak naprawdę to on
na terapię zgłosił się w ostatniej chwili- zdążył dosłownie w momencie w
którym ja podjęłam decyzję, że z go związku już nic nie będzie. Nie mówiłam
mu o tym, więc on chyba o tym nie wie, ale może przeczuwał. Na terapię
zgłosił się sam, po jakimś roku od kiedy powiedziałam mu, że moim zdaniem
jest alkoholikiem i dałam numer do poradni odwykowej.
Wiem, że jest jeszcze bardzo wcześnie, przeszliśmy maleńki odcinek na tej
drodze, nie ma co podejmować żadnych działań, ale nie wiem co mam zrobić żeby
pomóc jemu, i pomóc też sobie. Ten emocjonalny chłód na co dzień mnie
wykańcza. Przecież on nawet na mnie zazwyczaj nie patrzy! Omiata wzrokiem
pokój w którym jestem, i nawet jakbym ogoliła się na łyso to chyba by nie
zauważył! Nie chciałabym czegoś zepsuć naciskając na niego, robiąc jakiś
niewłaściwy krok, ale nie mam już sił. Czy mam do cholery znaleźć sobie
kochanka na boku, który mi da poczucie, że jestem komuś nieobojętna? Tak,
nawet rozważałam taki wariant, ale czułabym się jak ostatnia szmata,
porzucając go emocjonalnie w takim momencie. Chcę dać mu szansę, ale czy to
ma jakikolwiek sens? A, nie pisałam nic o wariancie „porozmawiaj z nim”, bo
każdemu kto znał bliżej kiedykolwiek alkoholika wie, że rozmowy o uczuciach
są całkowicie wykluczone, przynajmniej dopóty dopóki niektórym nie uda się w
ramach terapii tego nauczyć (potem zresztą niektórzy nadrabiają stracone lata
z dwójnasób ;)). Podkreślam z całą mocą- jakiekolwiek próby poruszenia tematu
naszych wzajemnych uczuć wobec siebie kończą się po 5 sek. najczęściej jego
ucieczką- udaje że śpi, włącza telewizor (albo przełącza na Eurosport i mówi:
cicho, cicho ), wychodzi z pokoju, a przyciśnięty do muru (przyznaję ze
wstydem- i do tego w desperacji się uciekałam), np. jadąc samochodem gdzie
nie ma dokąd uciec, po prostu milczy albo wywołuje awanturę.
A, zanim zaczął się leczyć, zaciągnęłam go na terapię małżeńską, bo już nie
wiedziałam co jest pierwotne, a co wtórne- jego picie czy nasz brak
porozumienia. Jak zaciągnęłam? Szantażem... Albo idziemy tam, albo idę do
adwokata. Z jakiegoś powodu wydawało mi się to łatwiejsze do przeprowadzenia
niż taki sam szantaż z poradnią odwykową....Odbyliśmy wstępną sesję, po
której powiedział mi, że chyba upadłam na głowę jeśli myślę, że będzie płacił
stówę obcej babie za to co i tak może mi sam powiedzieć. (nota bene za tę
wizytę ja zapłaciłam). A, przy tej okazji nie padło ani słowo na temat
picia... Zresztą nikt nie pytał, a i my nie wyglądaliśmy na parę z problemem
alkoholowym (sic!). Też jakiś tam element do piramidy zaprzeczeń, a propos.
No, ale niedługo po tym zgłosił się do poradni sam. Więc niejako temat
trochę „podsechł”. Ale teraz zastanawiam się co dalej. Terapia się toczy, do
końca ma 3 miesiące, podczas których ja mam ....co właściwie? Być
wyrozumiała, ciepła, kochająca? W zamian dostając zimne, obojętne spojrzenie
i zero zainteresowania? To już nasz kot ma większy ładunek emocji, jeśli o to
chodzi. A po terapii co? Dalej to samo? A jeśli on nie umie inaczej, to może
go zostawię? No, ale przecież go skrzywdzę, przecież już nie pije, to czego
ja chcę? Czy pragnienie miłości to tak wiele? Boję się że czas ucieka,
ostatnie 6-7 lat uważam za stracone bezpowrotnie i mam o to do siebie
pretensję, że nie zorientowałam się wcześniej o co chodzi. Być może
uchroniłabym naszą 7- letnią córkę przed niepotrzebnymi dla niej przeżyciami,
być może wcześniej zacząłby się leczyć....
Miałam trochę nadzieję, że ta terapia uzmysłowi mu jaką krzywdę wyrządza
najbliższym i sobie nie tylko pijąc, ale także będąc takim zapuszkowanym w
środku. Ale n