zawsze_nadszyszkownik
28.09.10, 16:18
moja siostra ostro/regularnie popija sobie już jakiś (kilka lat). W czerwcu doszło do padaczki, ale również to (ostrzeżenie) nie podziałało odstraszająco, ani nie uświadomiło, że problem jest poważny. Zamieszkuje z konkubentem (również ostro pijący) u mojej matki, która dostrzega problem (giną jej pieniądze, kosztowności), ale nie utrudnia im picia - za cenę swojego złudnego świętego spokoju (przerywanego awanturami).
Przez chwilę (wczoraj) myślałam, że zdarzył się cud. Siostra poprosiła mnie o sprawdzenie, jakich trzeba dopełnić formalności, aby zostać przyjętym do ośrodka na leczenie zamknięte. Dowiedziałam się, ba, wpisałam ją nawet na listę oczekujących - no i się zaczęło. Ona z narkomanami (!) nie pójdzie się leczyć i chce koniecznie z nim (ze swoim konkubentem znaczy). Jednym słowem tak, ale na jej warunkach - wczasy znaczy.
Wiedziałam, szczerze mówiąc, ze tak będzie. Jak ja mam znaleźć motywację do przekonania matki, że krzywdzi ją swoją bierną postawą i cichym przyzwoleniem na picie, zamiataniem spraw pod dywan (spotkania dla współuzależnionych nie wchodzą w rachubę).
Mam dość obarczania mnie tym, telefonami z żalami o awanturach, o tym, że giną jej pieniądze. mam dość.
Wiem, na czym polega choroba alkoholowa, wiem, jestem idiotką.
Wypisuję się z tej rodziny.
Wygadałam się i wcale mi nie lepiej...