bialy_plomien
02.08.04, 15:20
Przepraszam z góry, ale mój post będzie dość enigmatyczny. Głównie chodzi o to, że ja nie "piję i płaczę" jak wielu - ja piję i czuję się naprawdę spełniony. Nie chodzi nawet o to, by zapomnieć. Rzadko upijam się na umór.
Po prostu: ludzie są milsi, problemy błache, świat piękniejszy. Ogarnia mnie błogi spokój, opuszczają nerwy... jest mi tak dobrze, że łomocze mi serce a radość ściska gardło. Alkohol już psuje mi życie, rodzinę, choć jeszcze nie w wielkim stopniu. Można by rzec; jestem na początku swojej drogi. Nie mam jednak nadziei na pomyślny jej koniec. Mogę się zwrócić o pomoc... tylko, że nie umiem, nie chcę, nie potrafię. To jakby przyznanie się do zbrodni. A ja zawsze panowałem nad swoim życiem. Pomoc = litość. A mnie nic bardziej nie odstręcza jak okazana mi litość. Czuję się wtedy jak śmieć. Jak gówno (za przeproszeniem). Wiem, że ten post właściwie do nieczego nie prowadzi. Sam zdaję sobie sprawę z mojego fatalnego położenia. Ale czasmi muszę/odczuwam potrzebę - by się komuś wygadać. Najzwyczajniej w świecie przyznać. Tak przed wami - jak i przed samym sobą.