patrycja62
08.02.06, 20:22
Witam,
Chcę opowiedzieć swoją historię i mojego ojca,
nie wiem, może wtedy troche ulży.
Pomagałam ojcu przez ostatnie trzy lata jego życia, kryłam go przed innymi,
holowałam do domu gdy leżał po parę dni pijany w pracy, można
powiedzieć....zajmowałam się nim , bo myślałam, że na tym polega pomoc - tak
się zazwyczaj pomaga, chodził na terapię, nigdy nie widzialam człowieka,
który do tego stopnia byłby świadomy swej choroby i wiedział o niej tyle , co
nie jeden terapeuta, miał 49 lat , wyglądał fajnie i młodo - nie jak pijak
bez zębów, wierzyłam, że się uda, raz było dobrze raz nie...i obiecanki, że
to ostatni raz...terapia - picie, terapia - picie i tak w kółko przez dwa
lata,
rodzina odwróciła się od niego tzn. druga żona i dzieci z drugiego małżeństwa
(ja z pierwszego) mimo, że mieszkali razem,
któregoś dnia ...po tygodniowym ciągu w pracy zadzwonił pracownik, że
niestety - nie żyje, upadł i zmarł nim przyjechało pogotowie - od dwóch lat
miał nadciśnienie -nie leczył,
byłam wtedy w 7 miesiącu ciąży...minął już ponad rok i ciągle nie mogę się z
tym pogodzić - był taki młody i odszedł tak nagle.