niedzwiedziopies
18.12.06, 20:46
Witam uczestników tego forum.
Wpadam do Was, raz na parę miesięcy, poczytać sobie nieco o doświadczeniach
innych niż moje własne. Z dzisiejszej lektury wywnioskowałem pewną znamienną
przypadłość charakteryzującą teksty ludzi nie pijących wszak najwidoczniej
zainteresowanych tematem alkoholizmu. Otóż wciąż i nadal poddawana jest w
wątpliwość teza o "chorobowym" pochodzeniu problemu alkoholowego. W
argumentacji dominuje przekonanie o jakimś wolicjonalnym skrzywieniu -
słabości woli. Trudno nie przyznać temu racji lecz jeszcze trudniej jest się z
tym zgodzić :-)
Właśnie jestem w stanie "zejścia" po tygodniowym ciągu; drugi dzień nie piję i
generalnie składam się z dreszczy i nudności, mam 28 lat i nie dbam już o
własne ciało - służy mi ono jako przepompownia smutku i euforii, miewam
biegunki trwające niekiedy tydzień czasu, sporadycznie moczę się w łóżku,
wahania temp ciała są w zasadzie normą. Do takiego stanu doprowadziłem się w
jakieś 10 - 8 lat. Tak wyglądam. Tyle, że nikt mnie takim nie widzi gdyż
podzieliłem życie na wstydliwą sferę osobistą oraz pracę, w której muszę być
trzeźwy. Kilka razy obie te sfery "zadzierzgnęły" się, kilka razy straciłem
pracę.
A teraz o organizmie nieco większym a mianowicie: rodzina i przyjaciele.
Najbliżsi krewni są bardzo kochającymi mnie ludźmi, którzy nigdy nie
nadużywali alkoholu, w takim też domu wyrastałem. Ogromnie ich krzywdzę i wiem
o tym. Przyjaciół wielu nigdy nie miałem ale też nie jestem zupełnym odludkiem
- były i dziewczyny. Teraz są koledzy od picia. Jak sami rozumiecie o żadnych
kobietach mowy być nie może. Jestem niesamodzielny a co za tym idzie
społecznie zupełnie nieatrakcyjny. Tak to się mniej więcej przed Wami prezentuję.
A wiecie jak się zaczęło? Miałem po prostu defekt w głowie. Zakochałem się w
kobiecie, której nienawidziłem. Trwało to przeszło dekadę czyli ponad 1/3
mojego życia. Oczywiście skończyło się bardzo źle. Mniej więcej u początków
tego okresu zacząłem popijać - przede wszystkim aby ułatwić sobie sen, z
którym jak pamiętam miałem problemy. Wydaje mi się że sytuacja permanentnego
stresu zwiazanego z brakiem zaspokojenia (wydumanej lub nie) potrzeby
dzielenia sie z kimś (pozytywnym lub nie) uczuciem wymuszała częstsze
wprawiannie sie w stan upojenia. Dodam że mam także te przykrą przypadłość że
potrafię bardzo dużo wypić - co nie umożliwia mi "normalnego" zaprzestania
wieczoru. Najczęściej po prostu kończy się to upodleniem, czyjąś i moją
krzywdą, spotkaniem w rynsztoku - dobrze jesli tylko z policją.
Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie i dziękuje za to forum